Wezwanie

Wezwanie

Prawdopodobnie nie powinienem nikomu o tym mówić ani tym bardziej pisać o tym w miesięczniku. Być może rzeczywiście spotkania z zarządem są moją prywatną sprawą i nie muszę drażnić tych, którzy z jakichś powodów nie lubią władzy, lub innych, którzy ze zwierzchnością nie mają większego kontaktu. Miałem szczery zamiar milczeć w tej sprawie, z czasem jednak wydała mi się ona na tyle ważna, że czuję się w obowiązku podać ją do publicznej wiadomości: miesiąc temu zostałem wezwany na rozmowę z szefem.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że szef prawie nigdy tego nie robi. Jedynie w ostateczności — gdy zawiodą inne sposoby. Zawsze przy tym stara się być dyskretny, w związku z tym jest niewiele osób, które mają z nim regularny osobisty kontakt. Prawdopodobnie należy mu przyznać rację, gdy mówi, że cały jest w zasadach naszej firmy, które opracował. Można zgodzić się z tezą, że zawsze możemy tam znaleźć część jego myśli, idei, a nawet życia. „Firma to ja” — mógłby powiedzieć o sobie i mają rację ci, którzy twierdzą, że jest zbyt skromny. Prawdą są też jednak wyniki ostatnich sondaży. Okazało się, że trzy czwarte personelu prawie nic nie wie o szefie. Wielu z nas — o wiele więcej, niż można by przypuszczać — ma na jego temat tak skąpe informacje, że ludzie korzystający z naszych usług często dochodzą do przekonania, iż szef najprawdopodobniej nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to nie ma wpływu na firmę i cały swój czas spędza, badając rafy koralowe na odległych wyspach na Pacyfiku. Byłem w mniejszości, ale to niewielka pociecha. Większość przyznała, że istnienie bądź nieistnienie szefa nie ma żadnego związku z firmą, ekonomią, pracą ani w ogóle z ich życiem. Pozostała, czwarta część obsługi podzieliła się na pół. Powodem był spór o narodowość szefa. Jedni twierdzili, że szef jest Żydem. Inni zaś zaprzeczali, wynajdując niezbite dowody na to, że jest Brazylijczykiem. Pod wpływem Zdzicha i jego taneczno–futbolowych upodobań znalazłem się we frakcji brazylijskiej, dziś jednak nie jestem zbyt pewny naszych racji. Ostatnie pytanie ankiety brzmiało: „kiedy ostatni raz rozmawiałeś z szefem?”. Prawie wszyscy odpowiedzieli: „nie wiem”. Jedynie pani Janeczka, która jest naszą księgową, odpowiedziała: „wczoraj”, ale to akurat uznaliśmy za najzupełniej normalne. Pani Janeczka zawsze wydawała się nam trochę dziwna.

Sam zatem fakt wezwania był na tyle niezwykły i intrygujący, że mniejszą uwagę zwróciłem na to, kiedy to się stało: szef wezwał mnie do siebie w nocy. Siedziałem akurat w moim ulubionym zielonym fotelu pod oknem. Na prawo miałem stoliczek ze szklanym blatem, na którym stała lampka czerwonego wina i szklaneczka ze złotymi paluszkami „Lajkonik”. Po lewej rozpościerała się żółtawa sawanna kawalerskiego tapczanu. Na wprost, umiejętnie wkomponowany w meble, świecił trzydziestocalowy ekran płaskiego grundiga. Oglądałem właśnie na kanale „National Geografic” film o krabach, kiedy usłyszałem ów charakterystyczny, niski szept. Spojrzałem w okno, ale nic nie zauważyłem. Szept dobiegał ze środka. Nie jestem pewny, czy tak to rzeczywiście wyglądało, sądzę jednak, że otwarłem usta i przez chwilę sprawdzałem, czy świat jest na swoim miejscu: czy zasłony w oknach wciąż przypominają wielkie liście palm wokół Sunset Beach, czy biurko świeci jasnym światłem przypominającym kolor chłodnego cabernet, czy wykładzina szeleści trawami hrabstwa Yorkshire i czy z szafy na pewno sączą się obrazy podwodnej przyrody. Niczego nie brakowało. Skapitulowałem i mruknąłem zwyczajowe „oto jestem”. Powolny, sobotnio–niedzielny, wyjęty spod zwykłego rytmu, domowy czas święta skończył się szybciej, niż myślałem. Gwiazdy zgasły, a w ich miejscu zapaliły się zwykle miejskie latarnie. Nie wypadało odmówić.

Prawdę mówiąc, nie potrafię sobie przypomnieć, która mogła być wtedy godzina. Z najwyższą niechęcią wysunąłem spod pledu prawą stopę i dużym palcem dotknąłem wełnistej sierści dywanowej wykładziny. Lewa kończyna dolna wysunęła się wtedy sama i już po chwili wędrowałem do łazienki, wlokąc za sobą żałobny tren koca. Pamiętam, że odruchowo umyłem zęby i zrobiłem kilka min przed lustrem. Widocznie uznałem, że coś jest nie tak, bo pochyliłem głowę nad kranem i zmoczyłem włosy. Piętro wyżej dziecko wołało, że szampon szczypie je w oczy. Szybko zmyłem pianę, włączyłem suszarkę i zacząłem wkładać koszulę. Głos ucichł. Przez chwilę medytowałem przy szafie, po chwili zdecydowałem się jednak włożyć ciemniejszy garnitur i czerwony krawat. Czerwień dodawała mi odwagi. Potem już tylko przedpokój, rzut oka na gaz i na światło, kluczyki, które zawsze trzymam w bucie, żeby nie zapomnieć, płaszcz, kapelusz i mogłem biec na dół. Choć było już najprawdopodobniej bardzo późno, winda była zajęta i nie starczyło mi cierpliwości, żeby na nią czekać. Byłem na dole wcześniej niż ślamazarna maszyna.

— Nie bój się, to ja — Mrówa wynurzył się zza maski auta w chwili, gdy sięgałem po gaz obronny w sprayu. — Masz coś na żołądek? Dużo dziś chodziłem po mieście i musiałem się czymś zatruć…
— Siadaj… — otwarłem drzwi i Mrówa zatonął na tylnym siedzeniu. Pojechaliśmy do apteki.

Od kiedy właściwie znałem Mrówę? Tak naprawdę, chyba od niedawna. Chodziliśmy razem do szkoły i nad rzekę. Mrówa skakał na główkę, a ja na bombę. W lecie kładliśmy się na trawie i patrzyliśmy na kumulusy przesuwane niewidzialną siłą. Mrówa palił papierosy i był prawie dorosły. Ja zaś byłem chorowitym maminsynkiem.

— To nie dla ciebie… — odparł, gdy, starając się o odpowiednią dykcję, powiedziałem, żeby dał zapalić. Od tamtej pory o nic go już nie prosiłem. We wrześniu poszedłem do liceum, a Mrówa postanowił wziąć swój los we własne ręce. Spotykałem go później rzadko. Najpierw był kierowcą, potem kolejno zaopatrzeniowcem, szeregowcem, a wreszcie podróżnikiem i być może również poetą. Nie wiem wszystkiego, ponieważ studiowałem wtedy prawo kanoniczne na KUL–u i do domu przyjeżdżałem jedynie na święta.

— No i co… — Mówił wtedy tryumfalnie. — Nie lepiej było zostać przy rodzicach?

Właściwie zupełnie go nie znałem.

Kiedy to było ? Chyba cztery lata temu, w marcu… Szedł akurat do punktu skupu złomu, kiedy potrącił go samochód. Ktoś zadzwonił po mnie, bo Mrówa cały czas mamrotał moje dane. Nie wiedziałem, że nie ma już żadnej rodziny ani znajomych i że mieszka nie wiadomo, gdzie. Siedziałem na krawędzi łóżka w szpitalu, dopóki nie odzyskał przytomności, i słuchałem opowieści o jego życiu. Było całkiem inne niż moje. Rozgałęzione na wszystkie strony, nieułożone, zupełnie dzikie.

— Najbardziej żałuję, że umarła moja mama — powiedział półprzytomnie Mrówa. — Leży w tej samej części cmentarza, co twoja. Zanoś jej zawsze kwiaty w dniu imienin. Było to cztery lata temu. Od tamtej pory zanoszę.
— Jedziesz do pracy? — na wszelki wypadek i ja wypiłem krople żołądkowe i siedzieliśmy teraz w aucie zatopieni w mocnym, miętowym zapachu alkoholu, homeopatii i zdrowia.
— Tak, wezwał mnie szef. Wiesz, jaki on jest…

— Wiem — Mrówa pokiwał głową i zaczął się gramolić do wyjścia, jakby rzeczywiście coś wiedział. Patrzyłem za nim, aż zniknął za aleją jarzębin. Przez moment miałem wrażenie, że z czegoś się śmieje, może jednak mówił jedynie sam do siebie, jak to mu się często zdarza. Ludzie uzdolnieni literacko zawsze mają jakieś dziwactwa. Szczypią się w ucho albo publicznie drapią po głowie. Nic nie wiedzą o autoprezentacji. Wsiadłem do auta i już po chwili byłem przy bramie firmy. Zostawiłem samochód pod drzewem i niepewnie uchyliłem drzwi do holu. Wszedłem na trzecie piętro i zobaczyłem, że z gabinetu szefa sączy się niepewne, niebieskawe światło. Przez chwilę stałem pod drzwiami i usiłowałem przypomnieć sobie wszystkie ostatnie zaniedbania w pracy, spięcia z personelem i klientami, spóźnienia, burkliwe odpowiedzi i wybuchy irytacji, następnie zaś próbowałem sporządzić listę ostatnio odniesionych sukcesów. Nie było ich zbyt wiele, więc wreszcie poprawiłem krawat i zapukałem.

— Proszę… — głos był niski i aksamitny, pomyślałem więc, że jeśli szef chce mnie zwolnić, to zapewne zrobi to w dobrym stylu i nie mam się czego obawiać. Zawsze lubił dobry styl. Niejeden raz ktoś pokazywał mi ten lub inny dom, który do niego należał. Wszystkie były stare i przestronne, wiele miało na ścianach drogocenne freski lub unikalne obrazy, w niektórych stały znakomite rzeźby, w innych — zabytkowe instrumenty muzyczne. Nie było dla nikogo tajemnicą, że szef lubi artystów i dobrą kuchnię. Że ma piwnice pełne starych win i że organizuje koncerty. Że napisano dla niego kilka oper i że ma ogromny wpływ na modę — przynajmniej w niektórych kręgach. Gabinet był urządzony ze smakiem. Żadnej przypadkowości i dysharmonii. Już na pierwszy rzut oka można było dostrzec, że szef — przynajmniej w miejscu pracy — powściąga swą naturę wiecznego dziecka oraz eksperymentatora i skłania się ku klasycyzmowi. Obok przestronnej, drewnianej szafy z kolumnami i starego, srebrnego lustra stał wyniosły galeon biurka ozdobiony porcelanowym kałamarzem, w którym tkwiło łagodnie zaostrzone, białe pióro. Na parapecie rozciągał się wielki, renesansowy kot. Z wyglądu przypominał mi któregoś ze znanych pisarzy. Próbowałem nawet przypomnieć sobie którego, ale moje myśli — tak zwykle lotne — utkwiły nagle w jednym punkcie i nie sposób było przesunąć ich dalej. W kącie pod oknem stała wysoka i szczupła madonna juki, nieco zaś dalej wznosiły się dwa anioły świeczników. Pod sufitem piętrzyły się chóry obrazów.

— Wojciech Kudyba?
— Tak, to ja… — wybąkałem, po czym, nie spuszczając oka z szefa, dyskretnie przestąpiłem z nogi na nogę i na pozór spokojnie podrapałem się po nosie.
— Proszę spocząć — szef mówił w taki sposób, że fraza przypominała dalekie pieśni aborygenów lub zagubioną w chmurach muzykę sfer. Wiedziony jej rytmem dotarłem do aksamitnego obicia krzesła i pogrążyłem się w stanie spoczynku.
— Wszystko się zgadza… — szef oderwał wzrok od jakichś papierów i spojrzał mi prosto w oczy. Historia użycia — bardzo dobry, prawo pięści — dobry, polityka sąsiedzka — dostateczny, wyjazdy zagraniczne — dobry, autoreklama — celujący, stosunek do ludzi i zwierząt?…

Zapadła cisza. Już miałem odpowiedzieć: „Och, ofiarny!”, ale kot na parapecie spojrzał na mnie jakoś dziwnie, więc rzekłem:

— Pełen rozlicznych zaniedbań…
— Czy podlewa pan kwiaty wtedy, kiedy trzeba? — juka spod okna odwróciła się nagle i trzepnęła listkiem.
— Nie zawsze…
— Wydaje mi się, że pogardza biedniejszymi… — odezwał się nagle dziad z obrazu w prawym górnym rogu sali.
— Wykorzystuje kobiety! — pisnął jakiś głosik z lewej.
— Wciąż jest rozproszony i nie pamięta, co się do niego mówi — głosów było coraz więcej i więcej, wznosiły się i kołowały niczym stado siwych gołębi u dziadka na Targówku. Wszystkie były prawdziwe, więc się nie odzywałem. Spuściłem głowę i czekałem, co się stanie.

„Teraz powie, że mu przykro, i że na pewno z moimi kwalifikacjami znajdę pracę gdzie indziej…” — pomyślałem po chwili, następnie zaś podkurczyłem nogi i zacząłem obserwować dywan. Patrzyłem w skomplikowany wzór tkacki i patrzyłem, a szef wciąż zastanawiał się zafrasowany. Nie pytał mnie ani o to, czy rzeczywiście spadłem z wozu, gdy byłem na wakacjach w górach, ani o to, czy przebyłem żółtaczkę w dzieciństwie, nie interesowały go moje bójki ze starszymi kolegami ani pierwsze sukcesy w konkursach poezji radzieckiej, nie wspomniał ani jednym słowem o studniówce, na której nie byłem z powodu wprowadzenia stanu wojennego, i prawdę powiedziawszy, w ogóle nie zachowywał się tak, jak nakazują procedury psychologicznej diagnozy podwładnych.

— Pomilczmy — powiedział wreszcie, ale tak naprawdę milczeliśmy przecież już od dobrej chwili i cisza rozciągała się coraz bardziej, obejmowała coraz dalsze zakamarki, w tych zaś, do których dotarła najwcześniej, z wolna i tężała — stawała się złotem, zaczynała się mienić kolorami.

Co powinienem robić? Wstać? Zaniepokoić się? Wyrazić niepewność? Nerwowo poruszyć brwiami, zatrzeć ręce? Może powinienem przeciwstawić jej jakiś dźwięk, jakąś mowę? Może powinienem zbudować kunsztowne zdanie: zastosować kilka figur retorycznych, użyć hiperboli i przeciwstawnej wobec niej litoty, nieoczekiwanie zawiesić głos? Może powinno to być zdanie zawierające polisyndeton lub isokolon? Może powinienem ukuć sentencję, formułę ze srebra? — żadnej odpowiedzi. Jedynie przepastne milczenie z błękitu i złota. Jedynie długa dolina ciszy pełna łąk i dzwonienia zagubionych owiec. Jedynie ocean.

— Widzisz chłopcze… — słowa szefa tym razem przybrały barwę wczesnego baroku. I znów zapadła cisza. Nie potrafię sobie przypomnieć, jak długo w niej trwaliśmy. Straciłem poczucie czasu. Byłem zupełnie zaskoczony, gdy poczułem, że wielka głowa pochyla się nade mną i właściwie nie tyle mówi, ile szepcze wprost do mojego sennego ucha:

— Widzisz, chłopcze, etat to jeszcze nie wszystko, tu chodzi o misję. Tak, tak — o misję. Mam nadzieję, że mnie rozumiesz: chciałbym, żebyś został moją reklamą…

— Reklamą? — cofnąłem się w głąb fotela i znieruchomiałem. Mówiono mi nieraz, że szef ma dziwne pomysły i że w ogóle używa słów, które nie są naszymi słowami, jednak to, co usłyszałem, pozbawiło mnie na chwilę zdolności wiązania faktów w logiczne ciągi oraz umiejętności podejmowania decyzji. Musiałem mieć dziwny wzrok, bo szef zaczął mi spokojnie wyjaśniać, że nie jest niezidentyfikowanym obiektem latającym, projekcją moich podświadomych tęsknot ani też ucieleśnionym mitem solarnym i że sprawa jest prostsza, niż mi się na pozór wydaje, w końcu sprawy ekonomii nowego typu, gospodarki trzeciego tysiąclecia nie są mi zupełnie obce. Nie skończyłem przecież prawa kanonicznego na KUL–u. Przeniosłem się na ekonomię i zarządzanie, bywałem tu i ówdzie na zagranicznych stypendiach, coś czytałem.

— Nie powinno cię to dziwić. Pamiętasz, czego was uczono i do czego sam doszedłeś, pisząc swoją ambitną pracę magisterską. W ekonomii nowego typu najważniejsze są relacje personalne. Zarówno jakość pracy, jej efekty, jak i sukces finalnego produktu zależą od tego, czy ludzie poświęcają jej osiem godzin, czy też dają z siebie coś więcej: angażują całą swoją osobę. Jak wiesz, chodzi o całościowy rozwój człowieka, o to, by praca prowadziła do rozwoju jego potencjalnych uzdolnień i w ogóle do rozwinięcia wszystkich naszych osobowych walorów. W dawniejszej ekonomii ludzie stawali się ludźmi dopiero wtedy, gdy opuszczali pracę. Dziś każdy może być człowiekiem wtedy, gdy pracuje. Nie wszyscy o tym wiedzą. Celem pracy nie jest zysk. Celem jest osiągnięcie pełni. Ekonomia trzeciego tysiąclecia to ekonomia zbawienia…

— A praktyka, a wszystkie ograniczenia, słabości, bumelki, przygnębienie, uzależnienia, a wreszcie i nieznane, nierozpoznane coś, co sprawia, że teoria pozostaje wyłącznie pobożnym życzeniem? — poderwałem się, ale po chwili usiadłem. Szef podniósł głowę i popatrzył na mnie przenikliwie:

— No właśnie… Widzę, że zaczynasz rozumieć: nie wiadomo, dlaczego ludzie boją się nowej ekonomii. Nie chcą pracować w przedsiębiorstwach nowego typu, nie chcą naszej oferty, odrzucają propozycje, lekceważą komunikaty, apele, akcje informacyjne w Internecie, starają się o nas zapomnieć. To, czym chcielibyśmy ich obdarzyć, wydaje się im odległe i bez znaczenia…

— Nie ufają nam? Nie jesteśmy dla nich wiarygodni?

— Chyba tak… Być może właśnie to: wszystko opiera się na zaufaniu. Najpierw długo je budujesz, ale w pewnym momencie ludzie mogą przestać ci ufać — pójdą gdzie indziej i nie pomogą żadne kampanie w mediach. Minie wiele czasu, zanim do nas wrócą. Oczywiście, często odchodzą z twojej winy, odchodzą, bo w jakiś sposób ich oszukałeś, popełniłeś błąd. Bywa jednak i tak, że odchodzą, bo oszukał ich ktoś inny — ktoś, kto przedstawił nas w negatywnym świetle i wskazał atrakcyjność firm na pozór tylko podobnych i oferujących te same usługi. Nawet jeśli stosunkowo szybko doznają bolesnego rozczarowania, nie jest powiedziane, że od razu przybiegną z powrotem do ciebie. Może się okazać, że przez jakiś czas nie będą chcieli chodzić nigdzie. Mamy coraz większe kłopoty z zaufaniem. Niektórzy uważają nas za złośliwych pedantów i perfekcjonistów, inni za okrutników, kłamców i złodziei, wielu posądza nas o alkoholizm, homoseksualizm, pedofilię, interesowność i malwersacje finansowe, są też i tacy, którzy uważają, że jesteśmy słabi, nieskuteczni i że nie nadajemy się do współczesnego świata. Najlepszym sposobem wciąż pozostaje reklama personalna…

— Powinienem więc…

— Tak jest! — w głosie szefa dzwoniła teraz jakaś głębsza nuta, której znaczenie pojąłem o wiele później. — Widzę, że zaczynasz rozumieć powagę sytuacji. Gdybyś zechciał być bardziej łagodny, wyrozumiały, cierpliwy, ludzie z wolna nabieraliby przekonania, że także inni, w tym ja sam, posiadamy takie cechy. Nie wątpiliby w sens zwykłej, codziennej dobroci. Gdybyś zaczął poświęcać swój czas, energię i część majątku bliźnim, którzy z pewnością nie są w stanie ci się odpłacić, stopniowo dochodzono by do wniosku, że i ja jestem hojny i nikogo nie zostawiam bez opieki. Co więcej, przyznano by bezinteresowności jakąś wartość i nie uważano by jej za pozbawioną znaczenia. Twoja życzliwość i przyjazne usposobienie mówiłyby o mojej i nie tylko mojej otwartości. Ludzie zaczynaliby wierzyć, że życie nie jest wyścigiem szczurów i że warto zauważać innych. Dochodziliby do przekonania, że warto być przyzwoitym człowiekiem. Twoje zatroskanie mówiłoby o tym, że troskliwość jest możliwa i że wszyscy powinni się o nią starać. Nie możesz żyć tak, jak do tej pory. Musisz coś zmienić. Pamiętasz przecież: „środek przekazu jest przekazem”. Dobrze by było, żeby o zjawiskach, które wymieniłem, mówiły nie tylko twoje ręce, nie tylko twoja twarz, uśmiech, sposób poruszania się, ale także twój ubiór, dom, auto, ogródek… Nie byłoby źle, gdyby o twojej zdolności do wybaczania mówiły nie tylko twoje słowa, ale przede wszystkim konkretne sytuacje. Chciałbym, żebyś reprezentował naszą ekonomię w pełnym znaczeniu tego słowa. Nowa ekonomia to ekonomia miłości…

— I to wszystko bez przerwy? — wstałem nieco oszołomiony i w roztargnieniu przesunąłem ręką po włosach. Jeszcze raz rozejrzałem się po gabinecie, tym razem jednak nie zauważyłem niczego niezwykłego: juka była juką, świecznik świecznikiem, obrazy obrazami. Żadnych metafor, symboli, żadnej wieloznaczności. Jedyną rzeczą, której wcześniej nie dostrzegłem był wiersz Sępa Szarzyńskiego wypisany na suficie:

I nie miłować ciężko, i miłować
Nędzna pociecha, gdy żądzą zwiedzione
Myśli cukrują nazbyt rzeczy one,
Które i mienić, i muszą się psować.
Komu tak będzie dostatkiem smakować
Złoto, sceptr, sława, rozkosz i stworzone
Piękne oblicze, by tym nasycone
I mógł mieć serce, i trwóg się warować?

— Czy był tu już ktoś przede mną? — zapytałem.
— Tak, oczywiście — szef również popatrzył na sufit i lekko się uśmiechnął. — Wzywałem już wielu. Od dawna. Właściwie od początku. Wzywam każdego. Wiem o wszystkich trudnościach i rozterkach…
— Więc na pewno bez przerwy?
— Niestety… Od rana do wieczora… Od zmierzchu po różanopalce dłonie jutrzenki. Od stycznia do końca grudnia. Od nieśmiałych początków zimy po szary kres jesieni. W biurze i w lesie. Na pasach i na rybach. W tramwaju i w nocy. Za stacją paliw i za miesiąc. Pod drobną kostką kiosku z gazetami i pod Wielką Krokwią. Przed blokiem i przedwczoraj. Nie możesz się zatrzymać. Nie możesz przestać być moim wizerunkiem, moim żywym obrazem. Jeśli zrobisz jakąkolwiek przerwę, pomyślą, że ich okłamujesz… Takie są reguły… Wiesz o tym tak samo dobrze, jak ja: nowa ekonomia wymaga poświęcenia. Nie chodzi o to, by oddać cokolwiek. Chodzi ostatecznie o to, by oddać życie…
— Ile mam czasu do namysłu? — poprawiłem krawat i próbowałem się uśmiechnąć. Gabinet wciąż wydawał mi się normalny, jedynie kolory stały się nagle cieplejsze, jakby chciały mnie zachęcić.
— Tyle samo, co inni… Wracaj i prześpij się trochę…. — w głosie szefa zabrzmiała jakaś dziwna, ojcowska nuta. Zamknąłem drzwi i nie słyszałem, co szef powiedział do mnie na końcu. Dowiedziałem się o tym dopiero później. Na koniec szef powiedział, że jestem jego dzieckiem.

Kiedy jechałem do domu, nadchodził ranek i miasto dzieliło się na dwie wyraźne połowy: jedną stopniowo przenikał blask. Druga tonęła w mroku.

Wezwanie
Wojciech Kudyba

urodzony 18 września 1965 r. w Tomaszowie Lubelskim – polski poeta, krytyk, historyk literatury, norwidolog, doktor nauk humanistycznych KUL.Żonaty, mieszka w Nowym Sączu....