Widmo przyszłości?

Widmo przyszłości?

W ułamanej łyżce bez rączki moczą się trzy rodzynki. To kielich, w którym dojrzewa wino. Obok leży metalowe wieczko od konserwy z grudkami pieczywa ulepionymi z białej mąki. To patera z hostią. Mszę trzeba odprawić w myślach, bo gdyby strażnicy usłyszeli, można trafić na miesiąc do karceru. Później mikroskopijne kawałki chleba zawinie się w papierosową bibułkę. Weźmie ją fryzjer, który raz w tygodniu obchodzi cały obóz, strzygąc i goląc więźniów. Zaniesie pokarm eucharystyczny do wszystkich baraków. Trzeba uważać, żeby strażnicy nie domyślili się niczego i nie sprofanowali Pana Jezusa. Do celi księdza Petra Ondoka wpadli z rewizją, gdy odprawiał cichą Mszę. Zdążył połknąć hostię, ale zauważyli to. Zawieźli go na rentgen, jednak urządzenie nie wykryło niczego. Przesłuchiwali go całymi dniami. Nie powiedział, co spożył. Dostał za to dodatkowe dwa lata więzienia.

Kiedy ksiądz Viktor Trstenský wspomina po latach dwadzieścia cztery więzienia i obozy koncentracyjne, w których siedział, mówi, że był to najpiękniejszy okres w jego życiu: – Komuniści nas więzili, bo chcieli nas odizolować od ludzi, ale właśnie tam, w obozach i więzieniach, byliśmy wśród ludzi. I nieśliśmy im nadzieję w sytuacjach, gdy nie było nadziei.

Księdza Trstenskýego odwiedziłem po raz pierwszy 28 marca 1998 roku, kiedy obchodził swoje dziewięćdziesiąte urodziny w miejscowości Trstena na Słowacji. Opowiadał, że w czasie swej 70letniej posługi kapłańskiej tylko 25 lat spędził przy ołtarzu jako proboszcz (w parafiach w Lewoczy, Rełowie, Dolnym Kubinie i Starej Lubowni) oraz jako prałat papieski (w Trstenej), pozostałe 45 lat przeżył natomiast w więzieniach i obozach koncentracyjnych oraz na przymusowych robotach pod kontrolą StB – czechosłowackich służb bezpieczeństwa. W czasach reżimu komunistycznego, gdy większość duchownych była zastraszona, wysłał do władz kilkaset listów protestujących przeciw prześladowaniu Kościoła i domagających się wolności religijnej.

Stary kapłan wspominał swoje spotkanie z chorwackim jezuitą księdzem Tomislavem Kolakoviciem, do którego doszło w latach trzydziestych w Koszycach. Przybysz powiedział mu, że już wkrótce zacznie się panowanie nazizmu, które będzie straszne, potem nastąpi panowanie komunizmu, które będzie o wiele dłuższe i jeszcze straszniejsze, ale w końcu przyjdzie panowanie liberalizmu, które może będzie najstraszniejsze, gdyż ludzie wyrzekną się Boga i chrześcijaństwa nie pod przymusem, ale dobrowolnie.

O chorwackim jezuicie przypomniałem sobie już po śmierci księdza Trstenskýego, kiedy odwiedziłem w Budapeszcie węgierskiego pijara księdza Györgya Bulanyiego. Opowiedział mi, że kluczowym wydarzeniem w jego życiu było właśnie spotkanie z ks. Tomislavem Kolakoviciem wiosną 1944 roku w Debreczynie. Chorwat przyjechał tam zaledwie na pięć tygodni, by założyć kilka wspólnot modlitewnych, w których gromadzili się głównie młodzi robotnicy i studenci. Przed wyjazdem z miasta Kolaković przyszedł do Bulanyiego i poprosił go, by ten został duchowym opiekunem owych paru grupek.

Pijar nie krył zdziwienia: – Ale po co się nimi zajmować? – pytał. – Przecież mamy dobry kontakt z młodzieżą. Kościół co niedzielę pęka w szwach. W parafii są tysiące ludzi. Mamy gimnazjum, internat, chór, różne organizacje. Po co nam jakieś małe wspólnoty?

– Jak przyjdzie na Węgry Armia Czerwona – odpowiedział Kolaković – to wam zabiorą te wasze parafie, gimnazja i internaty, rozgonią te wasze chóry i organizacje. A wtedy prawdziwy Kościół będzie istniał tylko w tych małych wspólnotach.

Po kilku latach przepowiednie jezuity sprawdziły się: 10 czerwca 1950 roku komunistyczne władze zaatakowały Kościół. Zamknięto katolickie szkoły, zlikwidowano zakony, upaństwowiono klasztory. Tysiące duchownych trafiło do obozów koncentracyjnych. W tym czasie ksiądz Bulanyi, który posłuchał rady Kolakovicia, od dawna prowadził już podziemne duszpasterstwo – stworzył najprężniejszy konspiracyjny ruch katolicki na komunistycznych Węgrzech o nazwie Bokor (Krzew). Przypłacił to wyrokiem dożywocia. Odsiedział dziewięć lat, gdyż zwolniono go na mocy amnestii. Po wyjściu z więzienia znów rzucił się w wir nielegalnej pracy duszpasterskiej.

Tomislav Kolaković, którego znam tylko z pełnych szacunku wspomnień słowackiego księdza i węgierskiego zakonnika, zmarł kilkanaście lat temu na emigracji w Paryżu. Wiele jego przepowiedni się sprawdziło. Czy prawdziwa okaże się również ta mówiąca o trzecim – po nazizmie i komunizmie – rodzaju dyktatury, który nie niszczy ludzkich ciał, lecz tylko dusze?

Widmo przyszłości?
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...