Wierzę w zmartwychwstanie

Wierzę w zmartwychwstanie

Zapytała mnie ostatnio pewna pani, czy wiem, co się dzieje z młodzieżą, która przechodzi przez Bramę III Tysiąclecia, lednicką Rybę. Gdzieś w podtekście tkwiła myśl, że tyle wysiłków, pieniędzy, świątecznej euforii, a po przejściu Bramy młodzież i tak wraca na swoje drogi i kręte ścieżynki, przechodzi przez całkiem inne bramy, drzwi i furtki. „A Papież powiedział, że nie wystarczy przekroczyć próg, trzeba iść w głąb” — argumentowała pani.

Oczywiście, trzeba iść w głąb, ale moje możliwości prowadzenia na głębiny są ograniczone, choć staram się robić, co w mej mocy. Czuję się za tę młodzież odpowiedzialny, nie jestem jednak w stanie opiekować się stutysięczną rzeszą. Na Jamnej i w Hermanicach próbuję wziąć w opiekę choć jej cząstkę. Też w ograniczonym wymiarze. Nie jestem, niestety, a może na szczęście, biurem detektywistycznym, nie wyśledzę wszystkiego i każdego. Tej młodzieży nikt nie upilnuje. Ani nauczyciel, ani duszpasterz, ani rodzic. Po prostu ona chodzi szybciej od nas. My — przynajmniej ja, ze słabnącymi nogami, wymagającymi pończoch ortopedycznych — nie nadążamy. Jedyne, co mogę zrobić, to zawierzyć tę młodzież Chrystusowi i Matce Boskiej. Tak właśnie robi gigant wiary i młodzieżowej pedagogii Jan Paweł II. Dopiero zawierzywszy, truchtam za młodymi, nie denerwując się już, że nie zdążę.

Staram się, by młody człowiek nie był osamotniony na swej drodze, żeby przeszedłszy bramę i wybrawszy Chrystusa na króla, nie był sam. Ciągle nawołuję i wrzeszczę, by nie ulegać pokusie indywidualizmu. Człowiek czuje się silny, wznosi swą budowlę, lecz przychodzi wichura i nie ma kto jej podeprzeć. Dlatego mówię, że trzeba mieć TOWARZYSZA.

Jeden z moich przyjaciół, należący do średniego pokolenia, zapytał mnie, czy nie obawiam się używać tego skompromitowanego przez komunistów słowa. Odpowiadam, że nie. Po pierwsze etymologia słowa jest jak najbardziej szlachetna. Towarzysz to ktoś niosący towary, ciężary drugiego. Odnaleźć w tym można ewangeliczne przesłanie o wzajemnym niesieniu brzemion. Po drugie wierzę w oczyszczenie i zmartwychwstanie słów ukradzionych i zabrudzonych onegdaj przez PRL. PRL i post–PRL próbowały nam podkraść nie tylko słowa, pojęcia, kolory i tradycje. Osobiście nieraz żałowałem, że kolor czerwony, przynależny w liturgii męczennikom i oznaczający miłość silniejszą od śmierci, znalazł się na komunistycznych szturmówkach.

Mój rozmówca tłumaczył mi, że „towarzysz” kojarzy mu się z towarzyszem Breżniewem i towarzyszem Wiesławem. Jemu, ale nie młodemu pokoleniu. Te zbitki pojęciowe nie niosą już dziś tych samych smaków. Lepiej, gorzej? Andrzej Wajda opowiadał, że oglądając ze znajomymi telewizję, zobaczył Władysława Gomułkę w jednym ze sławetnych wystąpień. Syn gospodarzy był zachwycony grą tego — jak mu się zdawało — znakomitego aktora, parodysty. To, co dla nas było realną, szarą, momentami koszmarną rzeczywistością, dla niego było już tylko kabaretem. Przyszło młode pokolenie, nieskażone Peerelem.

Czeka nas praca wskrzeszania słów na nowo. Jak każde pokolenie, zabieramy się do pracy, sięgając do korzeni. Słowa są jak ludzie. Rodzą się, żyją i umierają z każdym pokoleniem. I tak jak obowiązkiem jest strzec granic, tak samo obowiązkiem jest strzec języka. Język jest również naszą ojczyzną, którą nosimy w sobie. Zatem wierzę w zmartwychwstanie słów.

Wierzę w zmartwychwstanie
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...