Więzień sułtana

Więzień sułtana

Może znajomość arabskiego Alfons wyniósł ze swojego rodzinnego, żydowskiego domu, a jego nazwisko jest zlatynizowanym hebrajskim przydomkiem Ben Tow?

Minęło już sporo lat od chwili, gdy w jednej z francuskich gazet czytałem reportaż z pogrążonego w wojnie Libanu: grupa dziennikarzy towarzyszyła żołnierzom odpowiedzialnym za ewakuację ludności cywilnej z najbardziej zagrożonych terenów stolicy. Mieszkańcy Bejrutu w popłochu opuszczali płonące miasto, dzielnice pustoszały jedna po drugiej. Do wojskowego patrolu dotarła wiadomość, że w małym klasztorze w pobliżu uniwersytetu pozostało dwóch dominikanów, którzy nie chcieli opuścić niebezpiecznej okolicy. Mały oddział natychmiast udał się na miejsce. Niemłody już zakonnik poinformował ich, że czeka na swego współbrata, który właśnie pracuje w uczelnianej bibliotece. W bibliotece?! Artyleryjskie pociski padały coraz bliżej. Po długich poszukiwaniach oczom żołnierzy i reporterów ukazał się zdumiewający widok. Oto na zasypanych spadającym tynkiem schodach przylegających do bibliotecznego magazynu (klatki schodowe to w czasie bombardowania jedno z najbezpieczniejszych miejsc), obłożony stertami książek stary człowiek w drucianych okularach w skupieniu robił notatki.

— Czy ojciec oszalał?! Przecież strzelają! Tej biblioteki za chwilę nie będzie.
— Wiem — odpowiedział spokojnie dominikański profesor — ale chciałbym, żeby po wojnie wiedzieli przynajmniej, co tutaj było.

Wariat czy święty? Odkładając gazetę, ze wzruszeniem zadawałem sobie odwieczne pytanie zwyczajnych zjadaczy chleba, którym zdarzyło się oglądać heroizm. Nie mogłem wiedzieć wtedy, że w przyszłości na kartach XV–wiecznego rękopisu spotkam innego dominikanina, który w trudnych i niebezpiecznych warunkach nie zapomniał, że jedną z cech brata kaznodziei jest służba prawdzie. Również tej zapisanej w książkach.

Syn „dobrego człowieka”

Po łacinie jego imię brzmiało Alphonsus Boni Hominis, choć w hiszpańskim, jego ojczystym języku, nazywano go z pewnością Buenhombre. Jedynym oficjalnym dokumentem dotyczącym Alfonsa, który dotarł do naszych czasów, jest bulla Klemensa VI (Piotra Rogera) z 1344 roku mianująca go biskupem Maroka. W przeciwieństwie do zwykłego formalnego i oficjalnego tonu podobnych dokumentów bulla wydana dla naszego dominikanina nosi bardzo osobisty charakter. Papież wspomina zasługi Alfonsa dla pracy misyjnej w krajach arabskich, osobiście wyznacza biskupa, który ma udzielić konsekracji oraz życzy mu wielu duchowych owoców w jego nowej posłudze. Z tekstu domyślamy się również, że Buenhombre prawdopodobnie nie był absolwentem fakultetów teologicznych, gdyż papież nie nazywa go żadnym naukowym tytułem. Wspomina tylko, iż kandydat na biskupa ma wystarczającą znajomość teologii. Zaufanie, którym Klemens VI obdarzał nowego biskupa Maroka, zrodziło się w ciągu wielu lat znajomości i współpracy między nimi, kiedy to kardynał Roger wielokrotnie słuchał sprawozdań młodego dominikanina powracającego z długich i nieco tajemniczych wypraw do Egiptu, Ziemi Świętej i krajów północnej Afryki. Nie dowiemy się nigdy, w jakim charakterze Alfons odbywał swoje podróże. Na szczęście listy dedykacyjne, którymi opatrzył przygotowane przez siebie łacińskie tłumaczenia kilku arabskich dzieł, przynoszą nam garść ciekawych wiadomości.

Nieudana krucjata

W początkach XIV wieku sytuacja polityczna w basenie Morza Śródziemnego wydawała się stabilna. Po nieudanych próbach odbicia świętych miejsc z rąk muzułmanów i ustanowienia chrześcijańskiego królestwa Jerozolimy w poprzednim stuleciu, zarówno papież, jak i europejscy książęta wydawali się pogodzeni z zaistniałym układem sił. Zresztą sułtan Egiptu Malek–en–Naser, nazywany przez współczesnych władcą Babilonii, okazał się człowiekiem nadzwyczaj otwartym i tolerancyjnym. Poza tym dobre stosunki z państwami Europy przynosiły mu niezaprzeczalne korzyści materialne. Do arabskich portów zawijały chrześcijańskie statki, które po okazaniu papieskich pozwoleń i gwarancji mogły liczyć na niebanalny kredyt w wysokości 3000 złotych bizantów. Kupcy z Wenecji, Genui, Marsylii chętnie prowadzili interesy z zamożnymi arabskimi i żydowskimi kontrahentami. Pokojowa wymiana dóbr wpływała również korzystnie na wzajemne relacje zwaśnionych od wieków religii. W wielu miastach Egiptu i Palestyny wspólnoty parafialne i klasztory cieszyły się względną wolnością wykluczającą oczywiście jakiekolwiek próby ewangelizacji wśród ludności muzułmańskiej. W 1322 roku Jakub, król Aragonii, uzyskał od sułtana złagodzenie warunków dla chrześcijańskich więźniów w Kairze oraz przywilej ustanowienia dominikańskiego klasztoru przy bazylice Grobu Pańskiego. Rok później grupa dwunastu białych braci wyruszyła z Hiszpanii, aby rozpocząć posługę w Jerozolimie.

Odwieczna rywalka iberyjskiej potęgi, Francja, również nie ustawała w wysiłkach, aby zaskarbić sobie względy wschodniego monarchy. Ambasadorzy, tajni posłańcy, listy zapewniające o przyjaźni i kosztowne prezenty powoli przynosiły oczekiwane skutki. W roku 1323 król Francji za pośrednictwem swego wysłannika Wilhelma de Bonnesmains uzyskał przywrócenie kościoła Santa Maria della Cave dla kultu kairskiego i nic nie wskazywało na to, że ten sielankowy okres wkrótce się skończy.

Jak to często bywa, początkiem politycznego konfliktu okazały się niesnaski na tle ekonomicznym. Katalońscy kupcy, którzy zarabiali krocie na interesach omijających system podatkowy, a często zajmowali się przemytem, niechętnym okiem patrzyli na francuską konkurencję. Pod wodzą Piotra z Mediavilla uknuli więc spisek mający na celu zdyskredytowanie w oczach sułtana osoby francuskiego posła. Nie znamy szczegółów konfliktu, możemy się jednak domyślać, że dominikanie odegrali w nim dość istotną rolę. Prawdopodobnie usiłowali zażegnać spory i ukrócić nielojalność Hiszpanów, co nie spodobało się Jakubowi Aragońskiemu, który w 1327 roku zwrócił się do sułtana o odebranie braciom bazyliki Grobu Pańskiego i przekazanie jej franciszkanom. Poirytowany sułtan poprosił listownie papieża i brata króla Francji, księcia Filipa Walezjusza o interwencję, świadom, iż zatargi pomiędzy chrześcijańskimi kupcami nie tylko wpłyną niekorzystnie na wymianę handlową, ale w dłuższej perspektywie mogą rozbudzić uśpioną niechęć do muzułmanów i odświeżyć marzenia o zdobyciu Jerozolimy.

Obawy Maleka–en–Nasera nie były przesadzone. Na Zachodzie wciąż istniały środowiska, którym marzyła się kolejna krucjata. Z podobnymi myślami nosił się przede wszystkim rezydujący w Awinionie papież Jan XXII. Jego legaci wysłani do Kairu w celu zbadania sprawy: Piotr de la Palu, dominikanin, kardynał i tytularny patriarcha Jerozolimy oraz biskup Mende, Wilhelm Durand, mieli nie tylko rozsądzić spór między skłóconymi kupcami, ale także — wedle wszelkiego prawdopodobieństwa — zasięgnąć informacji o militarnym i ekonomicznym stanie sułtanatu. Wiadomości, które przywieźli ze sobą do Europy w roku 1330, musiały być poważne, skoro papież zdwoił swoje wysiłki, aby zorganizować krucjatę. Rok 1331 był rokiem gorączkowych przygotowań. Między Awinionem i Paryżem bezustannie krążyły listy. W październiku 1333 roku, w kwiecistym i płomiennym kazaniu wygłoszonym do baronów francuskich zgromadzonych w miejscowości Pré–aux–clercs arcybiskup Rouen Piotr Roger starał się zagrzać do walki chrześcijańskie hufce. Król podczas uroczystej Mszy „podjął krzyż”, czyli zobowiązał się do zorganizowania wyprawy przeciw niewiernym, a książę Filip został mianowany głównodowodzącym armii krzyżowców. Mnożyły się plany i projekty. Dominikanin Wilhelm Adam napisał dwa traktaty: De modo extirpandi Saracenorum (O sposobie wykorzenienia Saracenów), w którym zachęcał do blokady ekonomicznej sułtanatu oraz Directorium ad passagium generale (Wskazówki do wspólnej przeprawy), w którym nawoływał chrześcijan do solidarności wobec wroga i przedstawiał projekt wspólnej przeprawy przez Morze Śródziemne. Datę wyprawy wyznaczono na rok 1336. Bitwa morska w 1334 roku, w której flotylla fracuska rozbiła siły sprzymierzonych z sułtanem Kairu Turków, wydawała się znakiem pewnego zwycięstwa. Jednak nagła śmierć Jana XXII zniweczyła militarne plany. Książęta pozbawieni duchowego przewodnika i inspiratora pogrążyli się w kłótniach. Król Francji dyskretnie wycofał swoje poparcie dla militarnego przedsięwzięcia, podtrzymywany nieco sztucznie zapał krzyżowców powoli wygasł i w końcu planowana krucjata nie doszła do skutku.

Podczas całego konfliktu dominikanie jak zwykle stanęli po stronie papieża. Ich antymuzułmańskie nastroje podsycał z pewnością fakt utraty ośrodka duszpasterskiego przy Grobie Chrystusa. Mając wiele klasztorów na rozległych terenach sułtanatu oraz dysponując dobrą znajomością lokalnych stosunków, bracia kaznodzieje służyli chętnie jako posłańcy, informatorzy, tłumacze, a także zapewne jako szpiedzy. Wśród nich znalazł się również Alfons Buenhombre, który swoją działalność okupił dwukrotnym pobytem w więziennych kazamatach.

Więzień — erudyta

W kairskim więzieniu sułtana znalazł się w 1336 roku. Nie stało się to na pewno wskutek porwania przez piratów — wtedy sprzedano by go jako niewolnika. Nie zapłacił także w ten sposób za nieopatrzny akt prozelityzmu, gdyż w podobnych przypadkach karą była śmierć. Sam Alfons, pisząc z więziennej celi o przyczynach swego uwięzienia do kardynała Piotra de la Palu, pozostaje bardzo dyskretny. Swą sytuację porównuje do losu braci starotestamentalnego Józefa, którzy przybyli do Egiptu w poszukiwaniu żywności, a których Egipcjanie posądzili o szpiegostwo. Sprytny dominikanin wiedział, że w listach, zwłaszcza więziennych, nie tylko nie należy opowiadać zbyt dużo, ale warto też zasugerować ewentualnym niepowołanym czytelnikom, własną niewinność. Zresztą, jak pisze nasz dominikanin, jego możny protektor zna przyczyny uwięzienia, a on będzie mógł mu opowiedzieć wszystko osobiście, bo podjęto odpowiednie starania i wkrótce wyjdzie na wolność.

Więzienne życie nie było dla Alfonsa łatwe. Wciąż towarzyszył mu głód, niewygody oraz lęk przed niewiadomą przyszłością. Uprosił więc jednego ze strażników, aby ten postarał się dla niego o jakąś książkę, która pozwoliłaby mu choć na chwilę oddalić niespokojne myśli. Nie wiemy, kim był ów strażnik i jakim sposobem zdobył dla niego arabską księgę popularną w środowisku tamtejszych chrześcijan, a mianowicie apokryf opowiadający dzieje patriarchy Józefa. Odkrywając w ten niecodzienny sposób nowy tekst, Buenhombre zachował się jak nieodrodny syn swojej epoki i swego zakonu: skoro natrafił na nieznane na Zachodzie, teologiczne dzieło, to należało je jak najszybciej przetłumaczyć na łacinę i udostępnić czytelnikom w Europie. Prawdopodobnie ten sam wielkoduszny dozorca przyniósł mu atrament i pergamin. Ciężka praca tłumacza wypełniła ponure dni niewoli. Kiedy w końcu otworzą się bramy więzienia, Alfons wyniesie pod zakonnym płaszczem bezcenny owoc swoich wysiłków.

Przez Cypr powrócił do rodzinnej Hiszpanii, lecz nie zagrzał tam długo miejsca: w 1338 roku wysłano go z misją, tym razem do Maroka — kraju szczególnie bliskiego dominikanom. Pierwszy znany biskup utworzonej w początkach XIV wieku diecezji Marrakeszu był dominikaninem. Zresztą z bulli papieskiej z 1310 roku dowiadujemy się, że cały kler marokańskiej diecezji stanowili w tym czasie bracia kaznodzieje. Ich obecność była tak znacząca, że kiedy mianowano tam biskupa niedominikanina, ten natychmiast zwrócił się do papieża o możliwość wstąpienia do zakonu, aby być bliżej kapłanów swojej diecezji. Na mocy specjalnych papieskich uprawnień przełożony dominikańskiej misji w Maroku przyjął więc rezygnację biskupa wymaganą prawnie, aby ten mógł rozpocząć życie zakonne, następnie odział go w dominikański habit, po czym — już jako członka zakonu — powołał go znowu na wcześniej zajmowane stanowisko. Ta kanoniczno–liturgiczna łamigłówka może nas dzisiaj nieco bawić, jednak pozostaje ona wymownym świadectwem nie tylko ogromnego wpływu dominikanów na tamtych terenach, lecz także pasterskiej troski biskupa o jedność w pracy misyjnej. Było to szczególnie ważne w kraju, w którym niepodzielnie władał islam. Nie chcąc wywoływać nieprzychylnych chrześcijanom reakcji oraz pragnąc upodobnić się do miejscowej ludności, bracia zrezygnowali tam z noszenia zakonnego stroju i tonsury, za to obowiązkowo zapuszczali długie brody. Średniowiecze znów zaskakuje nas swoją wolnością ducha i otwarciem na nowatorstkie rozwiązania, a my — dumni z teorii inkulturacji — musimy z zadumą przyznać, że idea to może nie tak wcale nowa, jak się nam dotąd wydawało.

Nie wiemy, jakie zadania miał do wypełnienia nasz dominikanin w trudnych marokańskich warunkach, jednak jego działalność musiała się mocno nie spodobać lokalnym władzom, skoro, wkrótce po przybyciu na miejsce, Buenhombre ponownie znalazł się w więzieniu. Czy scenariusz z Kairu powtórzył się w Marrakeszu? Nie poznamy nigdy odpowiedzi na to pytanie. Pozostaje jednak faktem, że opuszczając niegościnne Maroko, Alfons wywiózł ze sobą nowe arabskie manuskrypty. Tym razem były to dwa starożytne pisma tajemniczego rabina Samuela — Żyda, który prawdopodobnie skłaniał się do przejścia na chrześcijaństwo: list do rabina Izaaka udowadniający na podstawie Starego Testamentu, iż Chrystus był zapowiadanym Mesjaszem, oraz zapis dysputy pomiędzy Samuelem a muzułmańskim kaznodzieją na temat chrześcijaństwa, judaizmu i islamu.

Droga do Europy znowu wiodła przez Cypr, gdzie nasz dominikanin zatrzymał się na jakiś czas w klasztorze św. Antoniego Pustelnika. Mnisi egipscy, którzy tam mieszkali, nie tylko otoczyli troskliwą opieką steranego niewolą dominikanina, lecz także otworzyli przed nim drzwi biblioteki. W jednym z rękopisów Alfons natrafił na nieznany mu żywot świętego Patrona klasztoru i najszybciej jak potrafił przetłumaczył go na łacinę.

W 1339 roku odnajdujemy Buenhombre’a w Paryżu. Spędził tam dwa lata, szlifując przekłady dzieł przywiezionych z zamorskich podróży i pomagając sędziwemu kardynałowi Piotrowi de la Palu, który dożywał swych dni w konwencie św. Jakuba, w pracy nad opracowaniem dziejów krucjat, znanym dziś pod tytułem: Historia bellorum Domini tempore novae legis (Historia wojen Pańskich w czasach Nowego Prawa).

Swoje tłumaczenia Buenhombre zawsze opatrywał przedmową. Znajduje się tam zwykle opis okoliczności odnalezienia danego rękopisu, a także objaśnienie zasad, jakimi nasz dominikanin kierował się w swojej translatorskiej pracy. Przede wszystkim towarzyszyło mu przekonanie, iż powinien przybliżyć łacińskiemu czytelnikowi teksty nowe i oryginalne. Przekładając żywot św. Antoniego, czy apokryficzną historię Józefa, w pierwszym rzędzie — jak sam wyznaje — przetłumaczył fragmenty nieznane dotychczas na Zachodzie. Przy okazji dokonał też wstępnej krytyki tekstualnej, sprawdzając czy nowe dane nie stoją w jawnej sprzeczności z tym, co przekazuje godna zaufania tradycja biblijna lub hagiograficzna. Z kolei w trakcie tłumaczenia tekstów rabina Samuela, Alfons spostrzegł, iż autor, cytując Biblię, używa innego od powszechnie przyjętego w chrześcijańskiej Europie, łacińskiego tłumaczenia Wulgaty. Zaznacza więc, że aby pozostać wierny tekstowi dokona literalnego przekładu biblijnych cytatów, ażeby dociekliwy czytelnik mógł zweryfikować dokładność jego pracy, każdy z nich będzie przedstawiony w dwóch wersjach językowych: łacińskiej, w jego własnym tłumaczeniu i arabskiej — rabina Samuela. Niejeden dzisiejszy tłumacz mógłby się wiele nauczyć od Alfonsa Buenhombre!

Buenhombre czy ben Tow

Skąd znał arabski? Czy pobierał nauki w jednej ze szkół językowych zakładanych przez hiszpańskich dominikanów, w których kształcili przyszłych misjonarzy? Wydaje się, że gdyby tak było, Alfons nie oparłby się pokusie poczynienia gdzieś wzmianki na ten temat. Tymczasem nic podobnego nie znajdujemy w jego pismach, owszem, utyskuje on raczej na nikłą znajomość arabskiego wśród chrześcijan.

Krótka wzmianka we wstępie do jednego z tłumaczeń skłania mnie do sformułowania nieco fantastycznej — przyznaję! — hipotezy. Otóż, przekładając list O Mesjaszu rabbiego Samuela, dominikanin stawia pytanie, dlaczego pobożny rabin napisał go po arabsku, a nie po hebrajsku. Stało się tak dlatego — wyjaśnia — że, pragnąc ukryć swoje prochrześcijańskie sympatie, rabin Samuel użył języka słabo znanego zarówno Żydom, jak i chrześcijanom. „Znajomość arabskiego uchodzi wśród Żydów za powód do chwały, już to dlatego, iż daje im dostęp do pism filozoficznych, w większości zapisanych w tym właśnie języku, już to dlatego, iż pozwala na zachowanie w tajemnicy ich własnych opinii, skoro niewielu Żydów i jeszcze mniej chrześcijan umie się nim posługiwać” — pisze Buenhombre. Jeżeli list O Mesjaszu powstał w jednym z państw arabskich, a o tym przekonany był tłumacz, to jego wyjaśnienie wydaje się nieco dziwne. Jakiż bowiem sens miałoby używanie jako sekretnego kodu języka arabskiego w środowisku, w którym wszyscy zmuszeni byli używać go na co dzień? Sądzę raczej, że spostrzeżenie Alfonsa opisuje sytuację panującą we wspólnotach żydowskich w Hiszpanii. Tym samym nasz tłumacz zdradza niechcący dość dobrą orientację w kulturze i obyczajach żydowskich. Może więc znajomość arabskiego Alfons wyniósł ze swojego rodzinnego, żydowskiego domu, a jego nazwisko jest zlatynizowanym hebrajskim przydomkiem ben Tow? Jeśli pochodził z rodziny kupieckiej, to wydaje się wielce prawdopodobne, iż od wczesnej młodości przygotowywano go do kontaktów handlowych z Maurami, wciąż licznie zamieszkującymi Półwysep Iberyjski. Podobnie rzecz by się miała, gdyby jego ojcem był wykształcony rabin, który przygotowywałby syna do pogłębionej znajomości filozofii arabskiej. To prawda, że zarówno w Hiszpanii, jak i w południowej Francji nazwisko Buenhombre, czy Bonhomme jest dosyć popularne i nie można z całą pewnością wskazać na jego żydowskie korzenie. Z drugiej jednak strony, obecność ochrzczonych Żydów w szeregach zakonu kaznodziejów, a także wykorzystywanie ich do działalności ewangelizacyjnej lub, co gorsza, inkwizycyjnej wśród ich dawnych współwyznawców nie należały do rzadkości.

Renesansowy plagiat

Zainteresowania Alfonsa Buenhombre nie ograniczały się jedynie do hagiografii i apologetyki. W czasie jednego ze swych krótkich pobytów w ojczystej Hiszpanii, wyszperał on rękopis arabskiego lekarza, w którym, jak pisze: „poucza się chorego, jak może on pomóc sam sobie, lub jak mogą mu pomóc inne osoby nieznające się na medycynie, kiedy nie ma w pobliżu lekarza, któremu można by bez wahania powierzyć własne zdrowie i życie”.

Tłumaczenie owego, jak byśmy to dziś powiedzieli, podręcznika „medycyny domowej” padło ofiarą bezczelnego plagiatu. Otóż w roku 1505, neapolitański lekarz Jan Elysius ofiarował swojemu dobrodziejowi i chlebodawcy, Franciszkowi Piccolomini, biskupowi Bisignano, przekład podręcznika autorstwa „arabskiego medyka, Alfonsa Boni Hominis”. Elysius przechwala się także, iż odnalazł ten traktat podczas swojego pobytu w Granadzie i osobiście przetłumaczył go na łacinę. Porównanie obu tekstów wykazuje jednak niezbicie, że Elysius przepisał tłumaczenie Buenhombre, dostosowując tylko gdzieniegdzie jego język do wymogów odnowionej, renesansowej łaciny. Biedny brat Alfons z pewnością nigdy się nie spodziewał, że w przyszłości żądny sławy humanista zrobi z niego arabskiego lekarza. Nie jest to zresztą jedyny przypadek, kiedy okazuje się, jak wiele erudyci doby odrodzenia zawdzięczają ich pogardzanym, średniowiecznym kolegom.

Przesłanie

Czytam fragmenty tekstów Alfonsa Buenhombre i usiłuję go sobie wyobrazić: biały habit, kruczoczarna broda, twarz ogorzała od słońca. Staram się zrozumieć jego zapał w głoszeniu Ewangelii, który pomógł mu przezwyciężyć gorycz trudnych doświadczeń i nakazał powrócić do wrogiego Maroka, by służyć tam chrześcijanom jako ich biskup. Widzę błysk w jego oczach, kiedy siada nad arabskimi rękopisami i — ostrożnie maczając w inkauście gęsie pióro — żmudnie tłumaczy słowo po słowie. Nagle przerywa pracę i podnosi wzrok znad pergaminu.

— Hej — mówi do mnie — nie daj się zbytnio nabierać na ten wasz mit „globalnej wioski” i nie słuchaj znudzonych pojękiwań, o tym, że wszystko już było i nic nowego pod słońcem. Rozejrzyj się dookoła: na świecie wciąż jest pełno piękna i prawdy, które czekają, byś odkrył je przez twoją pracę.

Więzień sułtana
Paweł Krupa OP

urodzony 4 lipca 1965 r. w Żyrardowie – dominikanin, doktor teologii, historyk mediewista, studiował w Krakowie, Paryżu i Rzymie, charyzmatyczny kaznodzieja, rekolekcjonista, dyrektor Instytutu Tomistycznego w Warszawie (2010-2016)....