Wino mego ojca

Kiedy wstąpiłem do zakonu, skończyła się sielanka. Życie rozrzuciło nas po świecie. Z braćmi widywaliśmy się coraz rzadziej, bo każdy poszedł swoją drogą. Jeden przesiadywał we Francji, dwaj pozostali w Niemczech. Spotykamy się regularnie na cmentarzu w Szczepanowie z okazji Wszystkich Świętych, ale i tak często któregoś brakuje. Ślub bratanka był więc znakomitą okazją, aby się zobaczyć, a skoro jestem kapłanem, to i wypadało poprosić, bym ten ślub pobłogosławił. Tak też się stało.
Wszystko się odbyło jak należy, aż tu w czasie kolacji mój brat Kazimierz wpadł na pomysł: – A może by tak właśnie dzisiaj wypić wspólnie butelkę wina z 1963 roku, które robił nasz ojciec? Nie wiadomo, czy się jeszcze kiedyś spotkamy, bo śmierć zaczęła już wybierać z naszych szeregów.

Niewiele myśląc, wsiadł do samochodu i po chwili wrócił z dużą, zakurzoną butelką z napisem: „wino z roku 1963”. Współbiesiadnicy też chcieli skosztować, ale Kazimierz stanowczo odmawiał: „Nie jesteś z Górów, więc nic ci do tego”. Kobiety pokornie rezygnowały, ale mężczyźni jak koguty nie dawali za wygraną.
Bałem się otwarcia butelki. Pamiętałem bowiem, jak od pewnej dziewczyny, kiedyś studentki z naszego duszpasterstwa, a dzisiaj żony dyplomaty, dostałem w prezencie butelkę chianti z roku 1966, a więc Millennium chrztu Polski, a także roku mojej matury i wstąpienia do zakonu. Butelka była w wymoszczonym pudełku, miała odpowiednie certyfikaty, pieczęcie i odsysacze wilgoci. Zgromadziłem zatem na Jamnej najznakomitszych gości i poprosiłem, by uklękli, jakby do jakiejś wyjątkowej ceremonii.

Zostało Ci jeszcze 68% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się