Wojna na slogany

Wojna na slogany

Starsi nie rozumieją młodych, młodzi uciekają od „wieku dojrzałości”, ideową pustkę zasłania się „potrzebą zmiany”, kłopoty w szkolnictwie tłumaczy się brakiem solidarności, zabójczą konkurencją, odchodzeniem od modelu państwa socjalnego, a jednocześnie tworzy się nowe ideologie, obiecuje raj i wielkie szczęście, nakręca spiralę konsumpcji, oferuje nowe formy rozrywki i rozkoszy. Proponuje się nawet takie prawa, które pozwolą „lepiej żyć i prawdziwie kochać”, a zupełnie zapomina się o tym, czym są: przyjaźń, oddanie, solidarność i miłość.

„Francja jest krajem wolnym i laickim, a nie krajem klerykalnej pseudodemokracji” — pisał czytelnik „Le Nouvel Observateur” po paryskiej manifestacji przeciwko tzw. Paktowi Solidarności Cywilnej (PACS), zrównującego prawa związków homoseksualnych z heteroseksualnymi. „Laickość jest kruchym kompromisem, zawartym po oddzieleniu państwa od Kościoła na początku XX wieku. Dlaczego trzeba ją ciągle renegocjować” — pytał dziennik „Le Monde”. 18–letnia, „głęboko wierząca” katoliczka domagała się religijnej tolerancji, albowiem — jak dowodziła — Bóg nie powiedział, że jedynie małżeństwo jest dopuszczalne, lecz że jedni drugich mają kochać. „Kościół nie powinien się wtrącać do cywilnego prawa” — twierdził katolicki duchowny, opowiadając się za neutralnością bosko–ludzkiej instytucji.

Madonną nietolerancji, popleczniczką Watykanu i rzeczniczką Opus Dei (na konferencji w Kairze w 1994 roku „sprzymierzającą się z najbardziej fundamentalistycznymi reżimami islamistycznymi”), propagatorką „strategii geopolitycznej Jana Pawła II” — okrzyczano deputowaną z Yvlines, Christine Boutin, która na forum francuskiego parlamentu przeciwstawiała się nowej, legalizującej związki homoseksualne, ustawie. „Kiedy widzę panią Boutin, histerycznie agitującą na rzecz swojej Biblii, wydaje mi się, że jestem w Iranie” — wyznał były prawicowy minister spraw wewnętrznych Charles Pasqua.

„Dla homoseksualistów, od dwóch tysięcy lat prześladowanych lub marginalizowanych przez tradycję judeochrześcijańską, PACS znaczy o wiele więcej niż zdobycie kilku uregulowań prawnych i podatkowych” — pisał Dominiquez Fernandez. Autor listu otwartego do żony prezydenta Francji, znany pisarz i publicysta, wyjaśniał, iż tym, czego żądają geje, „jest zadośćuczynienie moralne, analogiczne do tego, jakiego domagali się i otrzymali Żydzi po Holocauście: odkupienie wielowiekowej niesprawiedliwości”. Shmuel Trigano, socjolog z Uniwersytetu Paris–X–Nanterre, przekonywał, iż równouprawnienie dla seksualnej mniejszości jest szansą dla demokracji XXI wieku. Czy „małżeństwo–bis” przestanie być traktowane jako anomalia i odstępstwo od normy? — zastanawiał się filozof François Dagognet. „Skończmy z hipokryzją” — postulowała Irčne Théry, socjolog, walcząca o prawa osób żyjących w konkubinacie.

Rząd nie jest od tego, żeby mówić ludziom, jak mają żyć, lecz — jak przekonywała minister pracy Martine Aubry — „musi pomagać, żeby dobrze żyli i naprawdę się kochali”. Prawica nic nie zrozumiała z liberalizmu, jej reakcje — zdaniem politologa Guy Sormana — są dowodem, że jest ona ślepa na przemiany zachodzące we francuskim społeczeństwie. Jednak Julien Dray, deputowany z Essonne, nie zachowując „dyscypliny partyjnej” i nie biorąc udziału w parlamentalnym głosowaniu, nie był jedynym członkiem Partii Socjalistycznej przyczyniającym się do upadku „lewicowego” projektu.

PACS, czyli Pacte civil de solidarité, reguluje między innymi sprawy majątkowe i spadkowe, kwestie ubezpieczenia i wspólnego opodatkowania, nie jest wprawdzie ślubem, nie mówi o adopcji dzieci i sztucznym zapłodnieniu, sankcjonuje jednak związek osób tej samej płci.

Parlamentarna debata zapoczątkowała nie tylko „wojnę na slogany” i uaktywniła organizacje pro– i anty–Pacsowskie, przyczyniła się też do burzliwej dyskusji: lawina artykułów i audycji, dociekania, czy istnieje gen odpowiedzialny za homoseksualizm, teorie o dwupłciowości biblijnego Adama, sodomia w starożytnej Grecji, a nawet związki genialności z homoseksualizmem stały się zasadniczym tematem.

Nie pominięto Kościoła, jego grzechów i win, ale też — jak głoszą niektórzy — jego niespójnej doktryny moralnej, zróżnicowania i skomplikowanej historii. Kościół — mówił Jacques Rossiaud, mediewista, profesor Uniwerytetu Lyon–II–Lumičre — przechodził różne okresy, od Pawłowego (z Listu do Rzymian i Listu do Koryntian) wykluczenia gorszycieli ze społeczności i zamykania przed nimi bram Królestwa Niebieskiego, poprzez nieufność do spraw cielesnych, także osób żyjących w związku heteroseksualnym, aż do traktowania homoseksualistów jak przestępców. Kler — jak dowodził — „nigdy nie przemawiał jednym głosem, wśród [duchownych] byli rygoryści, laksyści, konserwatyści i zwolennicy umiarkowanej linii” postępowania. Kościół i dziś — co często podkreślają oponenci — nie mówi jednym głosem. Wszak są tacy hierarchowie, których wypowiedzi przypominają retorykę Frontu Narodowego, ale są też i tacy, którzy nie ukrywają, że w samym Kościele istnieje problem księży–homoseksualistów, którzy potrafią być solidarni nawet z tymi, którzy zostali odsunięci, wypędzeni spod ołtarza. Na szczęście — przekonują niektórzy zwolennicy PACS–u — niewielu wierzących akceptuje paragraf 2357 nowego Katechizmu Kościoła Katolickiego i brak tolerancji dla „kochających inaczej”.

„Wojna na slogany” trwać będzie długo i nie zakończy jej, planowane przez rząd Jospina na jesień 1999, wprowadzenie ustawy w życie, czy też, w co z kolei wierzą anty–Pacsowcy, przewidziane na koniec roku całkowite jej odrzucenie. Problem w tym, że batalia toczy się nie na linii „katolicy — reszta społeczeństwa”, „fundamentaliści — liberałowie”, „chrześcijanie– –żydzi–muzułmanie — ateiści” czy „intelektualiści — ciemnogród”. Debata dotycząca Paktu Solidarności Cywilnej odsłania tylko wierzchołek góry lodowej, jest soczewką, w której skupiają się rzeczywiste linie podziału.

Pierre–Patrick Kaltenbach, przewodniczący Stowarzyszenia Rodzin Protestanckich, nazwał obecną politykę rodzinną „wielkim blamażem”. Rząd — jego zdaniem — chce tylko zachować pozory, że zajmuje się prawdziwymi, społecznymi problemami. Nie obchodzi go wzrost przestępczości nieletnich, alkoholizm, narkomania, rozbite małżeństwa, bezrobocie, szok cywilizacyjny, zanik więzi rodzinnych, czy nawet sami homoseksualiści. Joseph Sitruk, Wielki Rabin Francji, nazwał projekt pani Roselyne Bachelot niszczącym i niebezpiecznym dla kraju. David Massas, Wielki Rabin Paryża, stwierdził, że „prawo żydowskie jest jasne, homoseksualizm jest po prostu niedozwolony”. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Francji, abp Louis– –Marie Billé z Lyonu, przypominał, że uszanowanie godności, poszukiwanie dróg integracji osób homoseksualnych ze społeczeństwem, odrzucanie wszelkich form dyskryminacji, nie oznacza, iż heteroseksualizm należy zrównać z homoseksualizmem, nie są one bowiem ekwiwalentami.

Zgiełk, jaki zapanował w mediach, prowadzi jednak do tego, że przeciętny widz czy czytelnik przestaje się orientować, o co chodzi, kto jest naprawdę „humanistą”, a kto „homofobem”, kto „obrońcą”, a kto „ofiarą”, wreszcie, kto prawdziwym i kto fałszywym demokratą.

„Pokolenie Mitterranda”, któremu się przypisuje wszystkie najlepsze albo najgorsze cechy, nie bardzo wie, jak się określić. Starsi nie rozumieją młodych, młodzi uciekają od „wieku dojrzałości”, ideową pustkę zasłania się „potrzebą zmiany”, kłopoty w szkolnictwie, lecznictwie czy — o dziwo — w rolnictwie tłumaczy się brakiem solidarności, zabójczą konkurencją, odchodzeniem od modelu państwa socjalnego, a jednocześnie tworzy się nowe ideologie, obiecuje raj i wielkie szczęście, nakręca spiralę konsumpcji, oferuje nowe formy rozrywki i rozkoszy. Proponuje się nawet takie prawa, które pozwolą „lepiej żyć i prawdziwie kochać”, a zupełnie zapomina się o tym, czym są: przyjaźń, oddanie, solidarność i miłość.

Karl Rajmund Popper, występując „przeciwko wielkim słowom”, mówił o tych, którzy mają „sposobność i przywilej studiowania”, wzywał ich do zwięzłości i prostoty, przekazywania swoich myśli w jak najklarowniejszej formie. „Najgorsze, co intelektualiści mogą robić — grzech przeciwko Duchowi Świętemu — to pozować na wielkich proroków” — pisał W poszukiwaniu lepszego świata. Przestrzegał Zachód przed mitem „społeczeństwa otwartego” i przypominał, że „najgorsze zło naszych czasów zrodziło się ze szczerej chęci niesienia pomocy innym”.

Być może rolą współczesnych polityków jest czynienie złudnych obietnic, zaspokajanie nie tylko egzystencjalnych potrzeb. Być może polityk to ktoś, kto musi mieć odpowiedź na wszystkie pytania, wątpliwości, lęki człowieka XXI wieku. Czy jednak rolą „intelektualistów”, pisarzy, filozofów czy nawet politologów, jest „wojna na slogany”, zaś rabin powinien zamknąć się w synagodze, imam w meczecie, biskup w swojej katedrze? Nie ma ludzi nieomylnych — i rabin, i biskup mogą się mylić — lecz czy to znaczy, że tylko większość (dziennikarzy) się nie myli? Czy mamy walczyć o takie społeczeństwo, które otworzy się tak bardzo, że myślącym nie pozostanie nic innego, jak zamknąć się w swoim, coraz bardziej odległym od naszego świecie?

Wojna na slogany
Marek Wittbrot SAC

urodzony 16 września 1960 r. w Polanowie – pallotyn, dziennikarz, redaktor, fotografik, autor tekstów poświęconych literaturze i sztuce współczesnej, duszpasterz środowisk twórczych, działacz polonijny we Francji, był redaktorem miesięcznika katolickiego „Nasza Rodzina" (199...