Wołanie Godota

Wołanie Godota

Na bogatych ziemiach Europy i Ameryki Północnej większość ludzi żyje tak, jak się nawet nie śniło ich przodkom. Mimo to wydaje się, że jest między nami wciąż więcej tych, którym czegoś brakuje — niektórzy nawet mówią, że to jest bóg. Od mądrych i wykształconych ludzi możemy często słyszeć, że nieszczęście współczesnego świata polega na tym, iż stracił boga. Na praskim Forum 2000 mówiło o tym wielu sławnych ludzi, od Wacława Havla zaczynając. Oczywiście Europejczyk nie zadowoli się nigdy konstatowaniem, że czegoś brakuje: chce wiedzieć, co ma z tym dalej zrobić. Kiedy brakuje nam boga, zastanawiamy się, jak się do niego dostać, jak się o niego postarać.

Niektórzy idą najprostszą drogą: bogatsi wypróbują jakiś prawdziwy aśram, biedniejsi — odwiedzają na przykład Hari Kriszna niedaleko Pragi. To nie jest taka zła metoda: dopóki o tym myślą poważnie i wytrzymują, mogą się czegoś doczekać. Przed tymi, którym aż tak bardzo się nie spieszy, otwierają się wygodniejsze i tańsze drogi, na przykład książki. Są to książki raczej prostoduszne, które w pewien sposób uzasadniają istnienie boga czy choćby transcendencję (tunel i światło po śmierci, dowody stworzenia czy stary dobry Däniken); książki bardziej zabawne, na przykład Don Juan Castanedy, który żyje w świecie pełnym bóstw i mocy, wreszcie książki egzotycznych klasyków i inne. Ten, kogo to nie zadowoli, może spróbować praktyki: jogę, medytację itp. Kiedy to wszystko nie pomoże, jest i zupełnie pospolita droga. Ta jest najszybsza: przeżycie jest natychmiastowe, a po nim kac, ewentualnie uzależnienie.

Ci bardziej wykształceni i doświadczeni życiem już wiedzą, że nie będzie to takie proste. Martin Heidegger trafnie za nich powiedział: nie pozostaje nic innego, jak tylko „przygotować przygotowanie się” i „jedynie jakiś bóg może nas ocalić”. To wygląda znacznie lepiej, człowiek się tyle nie namęczy, niestety, rezultat jest podobny: Godota nie ma nigdzie. I tak nie pozostaje nic innego, jak rozłożyć ręce i pójść na kolację. Czego jeszcze chcecie? Godota nie można znaleźć, nie zgłasza się. Zresztą już stary Nietzsche…

Stary Nietzsche miał oczywiście jeszcze chrześcijańskie wykształcenie, więc potrafił rozróżnić, kim jest Bóg, a kim Godot. Dziś większość wykształconych ludzi tego nie umie, ponieważ jest przeświadczona, że religia jest poglądem, teorią, przekonaniem. Sami tego nie wymyślili — duża część nowoczesnych chrześcijańskich apologetów myślała podobnie i większość „obrońców” chrześcijaństwa to tylko potwierdza. Jak gdyby w religii chodziło o to, że człowiek myśli, iż „istnieje“ jakiś Bóg.

Gdyby tak było, ratunek byłby w zasięgu ręki — wystarczy zacząć sobie tak myśleć. Tego również wielu ludzi próbuje, ale ciągle to nie jest to. Niech myślą, ile chcą, Godota znowu nigdzie nie ma.

Pewnie nikt nie wyśmieje tego usilnego wołania Godota, dopóki jest naprawdę gorliwe, a nie odbywa się jedynie między jednym posiłkiem a drugim. Ma tylko jedną podstawową wadę: na pewno nie prowadzi do celu. Szuka bowiem w niewłaściwym miejscu, gdyż religie są wprawdzie różne, jednak żadna z nich nie jest tylko poglądem czy teorią, interpretacją świata ani intelektualnym przekonaniem. Jest to coś zupełnie innego, o wiele bardziej prostego i zwyczajnego. Religia nie jest ideą, lecz prawem, wymaganiem. Właśnie dlatego nie można jej tak łatwo zrozumieć.

Klasyczną pozytywistyczną interpretację powstania religii zna każdy: włochaty praczłowiek w puszczy, burza — i trach! Tuż obok uderza grom. Praczłowiek wpada w przerażenie, a z tego strachu wymyśla sobie bogów — dlatego Zeus ma w ręce piorun. Chociaż to wyjaśnienie dotyka religii jedynie na marginesie, nie jest zupełnie nietrafne. Nie dostrzega tylko jednego drobiazgu: wspomnianego praczłowieka ten grom nie zabił. Tak długo, jak łączył bogów z piorunem — co niektórzy naprawdę czynili — musiał mieć do nich co najmniej ambiwalentny stosunek: z jednej strony strach czy obawę, ale z drugiej strony głęboką wdzięczność za to, że tym razem przeżył.

Upraszczając, możemy powiedzieć, że te dwa elementy można znaleźć w każdej religii. Powiedzieliśmy jednak, że religie są różne. W tych mniej dojrzałych przeważa strach, w tych dojrzalszych — wdzięczność. Jednak nie jest to wdzięczność za to, że nie zabił mnie piorun, ale przede wszystkim za to, że w ogóle żyję — dlatego jedną z najstarszych form religii jest kult przodków, tych, którzy dali nam życie. Wdzięczność za to, że się narodziłem, że świeci słońce, że mam na przykład żonę i dzieci, że przeżyliśmy zimę, mamy co jeść i jest nam dobrze. Z tego powodu łączy się dobrych bogów prawie zawsze ze słońcem, a tylko czasami z piorunem.

O filozofii się mówi, że rozpoczyna się zdziwieniem. Tylko głupi człowiek nie widzi, że świat, życie, szczęście nie mają w sobie nic oczywistego. „Dlaczego istnieje raczej coś, niż nic?” — tak brzmi najstarsze filozoficzne pytanie. Religia jest mniej teoretyczna, ale i trochę głębsza: nie pyta, dlaczego, jest świadoma, że wszystko to, na czym nam w życiu najbardziej zależy, samo nam spada z nieba. Życie, zdrowie, szczęście, rodzina, przyjaciele — tego wszystkiego nie możemy sobie kupić ani w żaden sposób na to zasłużyć. Dostajemy to jako dar. Ten, kto nie jest zupełnym barbarzyńcą, wie, że za dar trzeba przynajmniej podziękować, okazać, że się go zauważyło. Oczywiście także dlatego, aby go nie stracić, ale nie tylko z tego powodu.

W swojej istocie jest więc religia próbą pokazania, że cudu świata i życia nie uważam za oczywistość. Wiem, że je dostałem bez wielkiego starania się, że muszę o nie się troszczyć i być za nie wdzięczny. Komu? To jest bardziej skomplikowane pytanie i z punktu widzenia człowieka religijnego raczej drugorzędne. Monoteistyczne religie mówią, że Bogu. To pierwsze i najważniejsze da się wyrazić czterema bardzo niemodnymi, religijnymi słowami: cud, dar, wdzięczność i troska.

Powiedzieliśmy sobie, że w niedojrzałej religii dominuje strach. Takiej religii ciężki cios zadała nauka. Boisz się gromu? Postaw sobie piorunochron i masz problem z głowy. Żadnych bogów już nie musisz się bać — i już także żadnych nie potrzebujesz. O tym, że religia w Europie nie była zbyt dojrzała świadczy jej zanik w czasach nowożytnych. Zdyskwalifikowały ją odkrycie plam na słońcu i piorunochronu. W pierwszym zapale nikt nawet nie zwrócił uwagi, że została utracona i ta druga, dojrzalsza strona. Nowożytny człowiek w pewnym sensie upadł dużo poniżej poziomu swych owłosionych przodków, ponieważ przestał dostrzegać, że życie jest cudem i darem. Stawało się ono dla niego czymś coraz bardziej bezpiecznym, wygodnym i oczywistym. W czasie pokoju i prosperity wydaje się nam nawet, że mamy do niego prawo, że możemy i mamy chcieć więcej i więcej, i ktoś powinien nam to dać. Kiedy czegoś brakuje, to znaczy, że nam ktoś złośliwie na to nie pozwolił albo raczej nam to ukradł.

Utrata religii, „śmierć Boga“ znaczy przede wszystkim, że nie umiemy docenić tego, co mamy, co dostaliśmy i dostajemy, powie religijny człowiek. Europejska religia przyczyniła się do tego sama. Dostała bowiem w swojej przyprawiającej o zawrót głowy historii kolejne nieprawdopodobne dary: żydowskie objawienie, Prawo, chrześcijańskie wcielenie czy zbawienie. Skupiła się na nich tak, że z jednej strony uwikłała się w poważne spory o ich dokładny charakter, z drugiej zaś odsunęła na bok wdzięczność za stworzenie — tę prostą podstawę każdej religii — aż o niej prawie zapomniała. Tylko gdy przeżyjemy ciężką katastrofę, umiemy się przez chwilę cieszyć, że jesteśmy wśród żywych, że świeci słońce albo że mamy dzieci. Za miesiąc, za rok już o tym nie pamiętamy.

Tym, którzy szukają pociechy w beznadziei albo w nieszczęściu, religia może jej dostarczyć. Odpowiedź jest jednak dosyć twarda: nawet temu najuboższemu przypomni wszystko, co otrzymał. Tym, którzy tę odpowiedź przyjmą i żyją według niej, może dać jeszcze jedną ważną rzecz: sens albo nadzieję, jednak jedynie wtedy, gdy zrozumieli, że religia od nich także czegoś wymaga — na przykład, aby miłowali swoich bliźnich jak samych siebie. Religijna postawa wobec świata jest cenna i wartościowa — dzięki niej mogły kiedyś powstać ludzkie społeczeństwa, instytucje, a nawet państwa. Jednak można ją wykorzystać również w zły sposób. Jednym z powodów utraty Boga w Europie jest i to, że — w odróżnieniu od Ameryki Północnej — państwa często nadużywały religijnego podejścia do świata.

Gdyby moja interpretacja w czymkolwiek miała urazić wierzącego czytelnika, chciałbym się na koniec usprawiedliwić. Do prawdziwej tajemnicy objawienia i zbawienia w ogóle nie dotarliśmy — na to parę linijek nie starczy. Jednak, kto uważnie przeczyta Ewangelię, znajdzie tam coś bardzo podobnego: pochwałę ubogich i ostrzeżenie przed bogactwem, przed bezpieczną egzystencją, które czynią nas ślepymi na to, co dostajemy. Pochwałę małych dzieci i przypowieść o tym, jak rośnie zboże albo kwiaty na łące. Temu, kto to wszystko przestał widzieć, ciężko spotkać się z Bogiem. A Godota oczywiście woła na próżno.

tłum. Joanna Brodniewicz

Wołanie Godota
Jan Sokol

urodzony 18 kwietnia 1936 r. w Pradze – czeski filozof, zegarmistrz, informatyk, profesor Uniwersytetu Karola w Pradze, wykłada filozofię i religioznawstwo, dziekan Wydziału Studiów Humanistycznych, mieszka w Pradze.Zięć...