Wszyscy będziemy jezuitami
fot. aditya wardhana / UNSPLASH.COM

Wszyscy będziemy jezuitami

Wiem, że tytuł nie wszystkim się spodoba. Ale zanim tłum dominikanów i dominikanofilów zgodnym chórem zakrzyknie, że to jezuicka prowokacja, zanim naczelny zwoła zebranie redakcji, by zastanowić się, czy miesięcznikowi „W drodze” jest z Ziółkiem po drodze, i zanim będę za tę prowokację osądzony, chcę wykorzystać jeszcze tę szansę (ostatnią?), jaką daje lipcowy felieton. Bo przecież każdy lipiec kończy się mocnym jezuickim akcentem.

Proszę sobie zatem wygodnie usiąść, zamknąć oczy i słuchać, a ja będę opowiadał: Jest rok 1521. W rodzinnym zamku Loyolów leży – unieruchomiony przez odniesioną w bitwie ranę – trzynasty, najmłodszy potomek rodu, czyli Iñigo López de Oñaz y Loyola. Tutaj, dwie komnaty dalej, niespełna trzydzieści lat temu przyszedł na świat. Tu przeżył dzieciństwo i wczesną młodość. Matki prawie nie znał. Umarła, gdy był dzieckiem. Została mu po niej wyrwa w sercu i tęsknota za kobiecą bliskością, której nie ukoiła ani wychowująca go bratowa, ani jego liczne późniejsze romanse. Otoczony zielonymi, baskijskimi wzgórzami, rósł w atmosferze przywiązania do tradycji, wierności królowi i gotowości obrony honoru swego pana i rodziny. Nawet za cenę życia, bo przecież to, co najważniejsze, warte jest każdej ceny. Oczywiście Loyolowie to była katolicka rodzina: przywiązana do wiary i Kościoła, zachowująca katolickie tradycje i w takim duchu wychowująca swoje dzieci. Bywało jednak, że zachowanie i postępki poszczególnych jej członków jawnie przeczyły deklarowanej wierze. To, co światowe, związane ze sławą, przyjemnościami i zaszczytami, wygrywało z tym, co katolickie, chrześcijańskie i Boże. Najmłodszy z potomstwa nie zastanawiał się nad tym wiele, bo też i sam szedł taką właśnie drogą. Odkąd – jako osierocony również przez ojca szesnastolatek – został paziem, a potem rycerzem na dworze królewskim, nie zapomniał co prawda o wierze i Panu Bogu, ale serce i umysł miał zajęte czym innym. Pragnął podziwu, marzył o sławie i zaszczytach, a te zdobywa się wielkimi czynami i odwagą. A nawet brawurą. Jako najmłodszy z rodzeństwa, a w dodatku jako młodzian niskiego wzrostu, ciągle rwał się do czynów, które potwierdzałyby jego wartość w jego własnych oczach. Stąd upodobanie do wyszukanych manier i elegancji, do pojedynków i wszystkiego, co wzbudzało podziw. Także do kobiet, bo przecież nic nie potwierdza wartości mężczyzny tak mocno, jak błysk zachwytu w damskim oku. Brawura doprowadziła go również do miejsca, w którym znajduje się teraz. Z pogruchotaną przez pocisk nogą leży w rodzinnym domu już kilka tygodni. A przecież nie musiało do tego dojść, przecież zdrowy rozsądek podpowiadał, że obrona Pampeluny nie ma żadnych szans na powodzenie, przecież wszyscy inni obrońcy twierdzy opowiadali się za kapitulacją. Wszyscy inni, ale nie on. Nie Iñigo Loyola. Kapitulacja to przecież plama na honorze. A poza tym, służąc swemu panu, nie można myśleć o ocaleniu własnej skóry, tylko trzeba ofiarować się bez reszty. Bo jeśli walczyć, to do upadłego, a jeśli kochać, to na zabój, rzucając świat cały pod stopy swojej ukochanej. Nieukojona tęsknota rozpalonego serca i nieugaszona ambicja równie rozpalonej głowy. Zajęty pojedynkami i sercowymi podbojami, marząc o sławie i zaszczytach, nie zastanawiał się nad tym, co nim poruszało. Teraz, przykuty do łóżka, ma czas. Dużo czasu, który w chorobie i rekonwalescencji zawsze płynie zbyt wolno. Dla jego zabicia prosi więc o jakieś książki, ale w domu nie mają żadnych modnych wówczas romansów rycerskich. Przynoszą mu zatem dwie, które – jak się później okaże – wywrócą do góry nogami całe jego dotychczasowe życie: Złotą legendę, czyli zbiór żywotów świętych napisany przez dominikanina (!) Jakuba de Voragine, oraz Żywot Chrystusa pióra Ludolfa z Saksonii. W tej drugiej, napisanej niemal dwieście lat przed powstaniem Towarzystwa Jezusowego, jego przyszły założyciel przeczytał takie oto zdanie: „W niebieskiej chwale sam Jezus nazwie nas wszystkich jezuitami, czyli zbawionymi Jego Imieniem”. Prawda, że piękne? Czyli że powie każdemu z nas: „Ty mój jezuito kochany!”. Kto by tak nie chciał? Iñigo chciał, a późniejszy Ignacy bardzo chciał, aby Towarzystwo było naznaczone Imieniem Jezusa. Ale nie tylko to. To Imię wzruszało go. Rzewne łzy wylewał, gdy Je wymawiał lub gdy o Nim myślał. Płakał i płakał. Jak to? Ten surowy i chłodno kalkulujący żołnierz płakał? Nie znaliście takiego Ignacego? To posłuchajcie słów tych, którzy go znali: „Wychodził na taras dachu, skąd bez przeszkód widać było niebo; stawał tam, zdjąwszy biret, i stał tak przez chwilę, nie ruszając się, z oczyma wpatrzonymi w niebo; później uginał nogi w kolanach i oddawał pokłon Bogu; potem siadał na niskiej ławeczce, bo słabość ciała nie pozwalała mu na nic innego. Siedział tam, z odkrytą głową, płacząc, łzy płynęły ciurkiem, a on płakał tak łagodnie i cicho, że nie było słychać ani szlochu, ani żadnych odgłosów, ani w ogóle nie dostrzegało się żadnego ruchu ciała”1.

Zostało Ci jeszcze 7% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się