Wulgarność

Wulgarność

Jest wszędzie, przenika wszystkie sfery życia, choć wszyscy się od niej odżegnują i robią wielkie oczy, gdy im się zarzuca niestosowne zachowanie. Wylewa się hektolitrami z telewizji, z billboardów, wypełnia puby, stadiony i najbardziej intymne zakątki ulic.

Oto kilka niezwykle popularnych programów telewizyjnych promuje psychiczne znęcanie się nad młodymi ludźmi. Ci przyjeżdżają do Warszawy pociągami podmiejskimi i PKS-ami, rozedrgani i podnieceni myślą o wielkiej karierze, niekiedy nieśmiali i skromni, czasami butni i zbyt pewni siebie. Śpiewają, podskakują, gimnastykują mięśnie twarzy w groteskowych minach, nawiązują niezdarny dialog z prowadzącymi, po czym zostają zmieceni spienioną falą wulgarności, wypływającą z ust ludzi, którzy znają się na wszystkim, tylko nie na PKS-ach i pociągach podmiejskich, wiedzą też wszystko o życiu, chyba że jest to życie w 12-tysięcznym miasteczku na ścianie wschodniej.

To złagodzona wersja rzymskich igrzysk, w których nikt nikogo nie zjada, choć zapewne wielu kandydatów na piosenkarzy wolałoby koniec w paszczy wygłodniałego lwa niż upokorzenie na oczach milionów telewidzów. Dzisiejsi drapieżnicy mieszają swe ofiary z błotem, a przecież mogliby pożreć. Tylko publika jakże podobna: równie uradowana i podekscytowana losem nieszczęśnika, który dał się zwabić w pułapkę pięciominutowej sławy.

Telewizja: oto nasze kuszące, cieplutkie szambo, w którym nurzamy się, jęcząc z rozkoszy. „Ja ci zaśpiewam”; „Zobacz, kto tańczy na lodzie” – czy inne podobne przeboje dla tłuszczy wyznaczające dziś normy zachowania. Zgnoić. Zdeptać i upokorzyć. A przy okazji pokazać też własny tyłek i czekać na burnyje apłodismienty.
Czy podpici fani Palikota z Krakowskiego Przedmieścia, kpiący z krzyża i ze staruszek w moherowych beretach byli widzami TVP Kultura, miłośnikami Goethego i Bergmana, znawcami Chopina i Bacha? Otóż nie, raczej byli wyznawcami nowej religii, akolitami Kuby Wojewódzkiego i jego Kościoła Ostatecznego Chamstwa, w którym nie ma żadnych świętości, a najwyższą formą nonkonformizmu jest podpisanie trzymilionowego kontraktu reklamowego z jakąś fajną komercyjną instytucją finansową.

Futbol: kolejna rozrywka, która mogłaby być szlachetna, gdyby nie garstka nieokrzesanych plebejuszy, grożących swoimi brudnymi pięściami i zaśmiecających nieznośnymi okrzykami stadiony. „Rasiści i antysemici” – oburzają się postępowi komentatorzy, a to wszak przede wszystkim zwierzęta, które same nie bardzo rozumieją, co generują ich struny głosowe, nie pojmują głębszego sensu swych działań. Nie zdają sobie też prawdopodobnie sprawy z pokładów wulgarności, które zalegają w ich świecie, bo tę wulgarność mają już we krwi (razem ze środkami na rozrost bicepsów, dostępnymi w podziemiach warszawskiego Dworca Centralnego). Są uzbrojeni po zęby własnym chamstwem, podczas gdy my jesteśmy bezbronni. Okupują w przestrzeni publicznej miejsca, z których powinni zostać skrupulatnie usunięci – co do jednego. Co gorsza, wspierają ich także piłkarze, którzy nie widzą niczego zdrożnego w obściskiwaniu potworów, używają tego samego języka i tworzą z nimi jedną rodzinę. Ale to dla nich właśnie, dla tych istot o wielkich cielskach i mikroskopowych umysłach, budujemy dziś piękne stadiony na Euro 2012, które już wkrótce staną się lennami kibolskich książąt o malowniczych ksywkach, żywymi pomnikami wulgarności.

Nie trzeba jednak iść na stadion ani włączać telewizora, by nadziać się na wulgarne słowa, obrazy i gesty.

Oto ulica, zwyczajna, prosta, ze sklepami, bankami, kinami. Okraszona billboardami, z których spoglądają na nas 18-letnie modelki, wzrokiem zachęcającym do ryzykownych myśli, z lekko rozchylonymi ustami. Pół biedy, gdy kończy się na oczach i ustach, ale są jeszcze ledwo skrywane piersi i nogi odkryte od kostek do bioder. Nikt nie odmówi piękna tym kobietom, uroda ich ciał jest niepodważalna, czy musi być jednak eksponowana w tak powszechny, cyniczny i wulgarny sposób? Piękno było niegdyś towarem trudno dostępnym, obrazy Tycjana czy rzeźby Berniniego cieszyły oczy wybranych. Dziś piersi, pośladki i pępki są osiągalne dla każdego za darmo, przez co stały się powszechne i niebezpiecznie zbliżają się do granic wulgarności. Kobieca nagość przestała być piękna, od kiedy stała się przymusowa. Przestała być estetyczna, od kiedy jest wykorzystywana ad nauseam jako dodatek do seksownej bielizny, do nowego samochodu, do nowej oferty banku czy firmy ubezpieczeniowej. Już nawet nie wywołuje poczucia winy u żonatych mężczyzn, spoglądających ukradkiem na owe piersi i pośladki, bo jest wulgarna, a wulgarność raczej odstręcza od grzechu. Nie ma przed nią ucieczki. Chyba, że schronimy się do własnego wnętrza, rozpamiętując obrazy Tycjana, dumne posągi Berniniego, arcydzieła Balzaka i Händla oraz wspominając niepiśmiennych i brudnych widzów rzymskich igrzysk, od których dzisiejsze vulgus mogłoby czerpać wzorce przyzwoitości.

Wulgarność
Marek Magierowski

urodzony 12 lutego 1971 r. w Bystrzycy Kłodzkiej – iberysta, absolwent hispanistyki na UAM, dziennikarz prasowy, polityk i dyplomata, od 25 czerwca 2018 r. ambasador RP w Izraelu. Karierę dziennikarską rozpoczynał w „Najwy...