Wybór ikony

Wybór ikony

Prawosławni teologowie, z którymi spotykałem się w Rosji, powtarzali mi, że to nie człowiek wybiera ikonę, lecz to ona wybiera człowieka. O prawdziwości tego stwierdzenia mogłem się przekonać przed 10 laty, kiedy byliśmy z żoną w Grecji. Odwiedziliśmy wówczas pracownię ikon mieszczącą się u podnóża Meteorów, czyli prawosławnych klasztorów położonych na szczytach maczugowatych skał. Przy pracowni znajdował się sklep, a w nim na półkach stało kilkaset ikon.

Kiedy weszliśmy do środka, Angelika spośród morza ikon wyłowiła wzrokiem jedną i podeszła do niej. Obraz przedstawiał Maryję z małym Jezusem na ręku i wyróżniał się tym, że hieratyczny styl bizantyjski zmiękczony został elementami włoskiego renesansu. Jeden ze sprzedawców, który okazał się ikonopisem i twórcą owej ikony, wyjaśnił nam, że jest to wizerunek Matki Bożej z Korfu, a ponieważ wyspa ta znajdowała się pod wpływami weneckimi, na desce widać było elementy stylu charakterystycznego dla szkoły malarskiej z miasta św. Marka. Chociaż właściciele sklepu zaoferowali nam 40–procentowy upust na wszelkie zakupy, to jednak cena wybranej ikony była dwukrotnie wyższa od środków, którymi wówczas dysponowaliśmy. Kiedy powiedzieliśmy, ile mamy pieniędzy, sprzedawca zaproponował kupno innych ikon. Zachęcał, że są większe i tańsze zarazem. Angelika jednak się żachnęła: – Nam nie chodzi o kupno jakiejkolwiek ikony, chodzi nam o kupno tej właśnie – powiedziała. Żadna inna ikona nie przemawiała do jej serca, więc Angelika poprosiła sprzedawców: – Czy mogę w takim razie pobyć trochę z tą ikoną? Kiedy się zgodzili, wzięła ikonę w dłonie i odeszła z nią na bok. Sprzedawcy w tym sklepie mówili po macedońsku, więc bez trudu zrozumieliśmy ich język.

Kobieta za ladą zwróciła się do twórcy ikony: – Nie wygłupiaj się, sprzedaj jej.

On odpowiedział: – Nie chodzi mi o pieniądze, ale o szacunek dla niej. Pracowałem nad nią długo i wiem, ile jest warta. Nie mogę jej oddać za mniejszą cenę.

Ona nie dawała jednak za wygraną: – O czym ty mówisz? Czy ty nie widzisz, co się między nimi dzieje?

Mężczyzna nie chciał słuchać swojej koleżanki i odwrócił się. Kiedy wychodziliśmy ze sklepu, zatrzymał nas jednak i powiedział do Angeliki: – Zgoda. Proszę ją wziąć.

Do dziś ta ikona zajmuje ważne miejsce w naszym pokoju gościnnym. Znajduje się obok innej, kilka razy większej od niej, przedstawiającej całun z twarzą Chrystusa otoczony wizerunkami różnych słynnych rosyjskich wyobrażeń Maryi, św. Mikołaja, św. Andrzeja i św. Jana Chrzciciela. Ta ikona również została wypatrzona przez moją małżonkę, tym razem w jednym z antykwariatów. Przez całą noc Angelika nie mogła spać, nie mogła jeść, rozmyślała tylko o tej ikonie. Następnego dnia wróciliśmy więc do antykwariatu i kupiliśmy ją.

Ojciec mojej żony jest prawosławny, ona sama jest grekokatoliczką. Widzę u niej pewną naturalną, niewymuszoną łatwość w obcowaniu z ikonami. Przyznam, że czegoś takiego nigdy nie doświadczyłem, chociaż naczytałem się wiele o teologii ikony, studiowałem dzieła Florenskiego, Uspienskiego czy Evdokimova, mogłem się rozwodzić o teorii odwróconej perspektywy, a jednak to moja żona – która nigdy o tej teorii nie słyszała – żyła w świecie ikon, a ja nie.

Przełom nastąpił w Manoppello – górskiej wiosce w Abruzji, w której odkryto niedawno tkaninę z wizerunkiem Jezusa uważaną przez wielu naukowców za płótno pogrzebowe Chrystusa z jerozolimskiego grobu. Kiedy pisałem o tym przed dwoma miesiącami felieton („W drodze” 7/2006), nie przypuszczałem, że wkrótce znowu zjawię się w Manoppello, tydzień przed wizytą Benedykta XVI. Wpatrywałem się w oblicze Jezusa i nagle olśniło mnie, że wszystko, czego dowiedziałem się o teologii ikony, sprawdza się w tej praikonie, matce wszystkich ikon. Najbardziej sprawdza się to, że jest ona źródłem kontemplacji, oknem do innego, nadprzyrodzonego świata.

W Manoppello nie ma do oglądania nic, dosłownie nic – poza owym jednym wizerunkiem Chrystusa. Są miasta niemal zalane przez zgromadzone tam skarby. Widziałem najcenniejsze zabytki i kosztowności w pałacach, kościołach i muzeach Rzymu, Jerozolimy, Paryża, Moskwy, Wenecji, Wiednia czy Petersburga. Jednak wszystko, co tam oglądałem, było niczym w porównaniu z tym obliczem, w które się wpatrywałem i które wpatrywało się we mnie.

I ta właśnie twarz pokazała mi, że sama jest niczym w porównaniu z twarzą drugiego człowieka. Można bowiem relikwię traktować jak Boga, a człowieka jak psa. Jeżeli jest prawdą, że ikony mówią, to ta właśnie ikona powiedziała mi, że Bóg o wiele bardziej niż w twarzy na desce czy płótnie obecny jest w twarzy drugiego człowieka. A jeszcze bardziej w Eucharystii. Doszło do mnie z całą wyrazistością, jak blisko Boga jest człowiek przemieniony przez Eucharystię. Być może dla niektórych jest prawdą oczywistą, że wszystko, za czym gonimy po świecie, jest niczym w porównaniu z uśmiechem żony, zabawą z dziećmi czy przyjacielską pogawędką z sąsiadem. Do mnie jednak musiała przemówić dopiero ikona, bym zrozumiał, że największe skarby nie znajdują się w dalekich krajach, lecz są tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Największy cud świata nie jest cudem wyjątkowym, lecz powszechnym i dokonuje się co dzień we wszystkich kościołach na kuli ziemskiej. Jeżeli rację mają prawosławni teologowie, że to ikona wybiera człowieka, to Chrystus z Manoppello wybrał mnie po to, by mi powiedzieć te właśnie proste rzeczy.

Wybór ikony
Grzegorz Górny

urodzony 30 marca 1969 r. – polski dziennikarz i publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Fronda”, publicysta i reportażysta, autor wielu artykułów.W latach 2003-2009 publikował felietony na łamach miesięcznika „W drodz...