Wychodzić z wieczernika

Wychodzić z wieczernika

O apostolstwie świeckich

Ogromna część naszego apostolstwa odbywa się wtedy, kiedy o tym nie wiemy. Przez odruch, gest, postawę. Bez apostolskich intencji. Jako rzecz najnormalniejsza w świecie. Śmiem twierdzić, że jest to część najcenniejsza. Wtedy najbardziej ujawnia się moc Ducha Świętego, a nie moc własna.

Każde nasze słowo, postawa, każdy gest — świadomy lub odruchowy — poprzez który jesteśmy bliżej Boga i drugiego człowieka, oznacza nasze otwarcie się na moc Ducha Świętego.

Podstawowe pytania

Pamiętam pełne bezradności i rozterek pytanie jednego z moich znajomych. Skąd my, zwykli ludzie, mający rodziny, obciążeni coraz trudniejszą pracą zarobkową, mamy jeszcze znajdować czas i siłę, by zajmować się apostolstwem? Przypomniałem sobie wtedy tłumaczenie się Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego: „Nie mogę, zrozum, jestem mały urzędnik w wielkim biurze świata, a Ty byś chciał, żebym ja latał i wiarą swą przenosił skały”. Myślę, że każdy doświadczył w jakimś stopniu owego „nie mogę”.

Kiedy z uwagą, w wewnętrznym wyciszeniu, zatrzymamy się nad Listem św. Pawła do Filipian, znajdziemy inną odpowiedź: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13). Jednak tak często wyrywa nam się: „co ja mogę”, „cóż mogę na to poradzić”, „do czego mnie umacnia?”. Warto wtedy zajrzeć do adhortacji Christifideles laici, w której Ojciec Święty wyjaśnia: „Duch Święty namaszcza ochrzczonego, wyciska na nim swoją niezatartą pieczęć (por. 2 Kor 1,21–22). (…) Po tym duchowym «namaszczeniu» chrześcijanin może na swój sposób powtórzyć słowa Jezusa: «Duch Pański spoczywa na Mnie, ponieważ Mnie namaścił i posłał Mnie, abym ubogim niósł dobrą nowinę, więźniom głosił wolność, a niewidomym przejrzenie; abym uciśnionych odsyłał wolnych, abym obwoływał rok łaski od Pana» (Łk 4,18–19; por. Iz 61,1–2). Tak oto przez chrzest i bierzmowanie ochrzczony uczestniczy w misji samego Jezusa Chrystusa, Mesjasza i Zbawiciela” (ChL 13). To znaczy, że już zostaliśmy mocą obdarowani.

I oto powstają pytania zupełnie podstawowe. W jaki sposób z tej mocy korzystamy? W jaki sposób ja, my wszyscy, którzy przez chrzest i bierzmowanie włączeni jesteśmy w misję Jezusa Chrystusa, niesiemy ubogim dobrą nowinę? W jaki sposób każdy z nas więźniom głosi wolność, a niewidomym przejrzenie? W jaki sposób uciśnionych odsyłamy wolnymi? I czy obwołujemy rok łaski od Pana?

Jest to szczególne wezwanie do ruchów i stowarzyszeń, zwłaszcza w obliczu przemian społecznych, w obliczu nowych, nieraz prowokacyjnych wyzwań rzeczywistości wokół nas. To zobowiązanie u progu trzeciego tysiąclecia chrześcijaństwa.

Jest ono aktualne dla każdego z nas, bo często jesteśmy więźniami samych siebie, niewidomymi i uciśnionymi przez brak akceptacji siebie, przez tak zwane układy, a nieraz przez zagmatwane ścieżki życiowe.

Prozaiczne odpowiedzi

Otwarcie na głos Ducha Świętego rozpoczynamy od apostolstwa wobec samych siebie. Zaczyna się ono nieraz od przyznania się do własnego poranienia, do tego, że potrzebuję wewnętrznego uzdrowienia, uświadomienia sobie na przykład, że warto pojechać na rekolekcje czy też porozmawiać o swoich problemach z kapłanem albo z inną zaufaną osobą. Czasem trzeba po prostu odpocząć, by z dystansu popatrzeć na siebie i swoje zaangażowanie.

Otworzyć się na moc Ducha Świętego znaczy zaakceptować własną słabość, niemoc, ograniczenia i poczucie bezsiły. Bo „moc w słabości się doskonali” (1 Kor 12,9). Moc Ducha Świętego może działać poprzez naszą słabość. Jeśli czujemy się wielcy, silni i wspaniali, to Duch Święty jest nam niepotrzebny. Nie korzystamy z Jego mądrości, tylko z własnej. Jeśli zdajemy się na Niego, On działa przez nas. Wtedy „wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Nie chodzi o to, by brać na siebie dosłownie wszystko, co — jak to się mówi — wpadnie w rękę, bo mogę wszystko to, do czego umacnia mnie Pan, a nie ja sam siebie. Dlatego potrzebne jest rozeznanie.

Otwarcie na moc Ducha Świętego w wychodzeniu do innych ludzi zaczyna się od spraw zupełnie drobnych. Od wrażliwości na drugiego człowieka. Niech wolno mi będzie przytoczyć historię pewnego małżeństwa, bardzo skłóconego, o którym mówiono, że powinno się rozpaść. Spotkałem je po latach na korytarzu szpitalnym. On popychał wózek, na którym siedziała jego sparaliżowana żona. Widziałem jego czułość, opiekuńczość, wiedziałem o przerwanej przez niego z bólem, ale bez wahania, karierze zawodowej. Żona na wózku — to był człowiek jemu zadany. I wiem, że musiał wiele w sobie przepracować. Widziałem zdumione spojrzenia pielęgniarek, które oglądały się za nim. I coś szeptały między sobą. Wiem, że nie robił tego na pokaz. Nigdy nie miał intencji apostołowania, a przecież to było świadectwo.

Ogromna część naszego apostolstwa odbywa się wtedy, kiedy o tym nie wiemy. Przez odruch, gest, postawę. Bez apostolskich intencji. Jako rzecz najnormalniejsza w świecie. Śmiem twierdzić, że jest to część najcenniejsza. Wtedy najbardziej ujawnia się moc Ducha Świętego, a nie moc własna.

Każde nasze słowo, postawa, każdy gest — świadomy lub odruchowy — poprzez który jesteśmy bliżej Boga i drugiego człowieka, oznacza nasze otwarcie się na moc Ducha Świętego. I najczęściej chodzi o sprawy bardzo drobne. Okazanie życzliwości najbliższym. Uśmiech, dobre słowo. W domu. W pracy. Nieraz właśnie tam potrzebna jest szczególna moc Ducha Świętego, by pokonać własną ociężałość, niechęć, nieżyczliwość.

W duchu służby

Duch Święty stopniowo może przygotowywać do zadań coraz większych i coraz trudniejszych. Stoimy wobec nowych wyzwań, na które musimy być otwarci, ale potrzebne jest tu bardzo szczególne rozeznanie własnych wartości, zalet, owych ewangelicznych talentów. To nie ma nic wspólnego z pychą, zarozumialstwem, ale z zobaczeniem w Duchu i w Prawdzie tego talentu, który możemy pomnażać, którym mamy obracać, a nie zakopać go. Często bardzo negatywnie patrzymy na siebie, łatwiej byłoby nam wymieniać swoje wady niż zalety. Otwarcie się na moc Ducha Świętego polega między innymi na rozpoznaniu, czym mogę służyć, a następnie poddaniu tego oczyszczającej mocy Ducha, aby była to służba drugiemu człowiekowi, a nie sobie, swoim ambicjom, karierze. On sam będzie wspierał mnożenie tych talentów w nas, bo On zawsze przychodzi z pomocą naszej słabości (Rz 8,26).

Bardzo w owym otwieraniu się na moc Ducha Świętego potrzebna jest modlitwa, szukanie wyciszenia. Trochę jak Eliasz, który musiał bardzo wyciszyć się, by po burzy, gwałtownej wichurze, zobaczyć Boga w szmerze łagodnego powiewu.

Każdy z nas, każde z naszych stowarzyszeń, ruchów czy zrzeszeń zostało obdarowane określonymi charyzmatami i nimi właśnie powinno się posługiwać, rozeznawać je indywidualnie w swoim wnętrzu. Być świadkiem.

Moc w słabości się doskonali

Chodzi o to, abyśmy potrafili na wewnętrzne poruszenie — tam, gdzie jesteśmy: w szkole, na uczelni, w małżeństwie, w rodzinie, ale także w sferze społecznej, w zaangażowaniu w pracę, w działalność charytatywną, samorządową, także polityczną — na to wewnętrzne Zesłanie Ducha Świętego, odpowiedzieć całym sobą. W duchu łagodnego powiewu, ale z mocą wyniesioną z wydarzenia, które miało miejsce w Jerozolimie. Jesteśmy bowiem następcami owych uczniów zebranych w czasie Pięćdziesiątnicy i mamy — tak jak oni — wyjść do innych ludzi, nie marnując otrzymanych darów.

Gdy usłyszymy to wezwanie, będziemy coraz szerzej wychodzić z wieczernika i rzeczywiście iść na krańce ziemi, na cały świat. Cały w sensie geograficznym, cały w sensie wszystkich jego płaszczyzn, przestrzeni, środowisk, nieraz fizycznie blisko nas, a tak odległych duchowo.

Odwołam się w tym miejscu do drobnego przykładu z własnego podwórka. Chciałbym, by każdy — obojętnie czy działa sam, czy we wspólnocie — odnalazł w nim jakieś przesłanie dla siebie. Kiedy przed przeszło dwudziestu laty zaczynaliśmy pracę Spotkań Małżeńskich, mówiliśmy sobie, że będą to rekolekcje dla tak zwanych dobrych małżeństw. W miarę upływu lat zaczęło przyjeżdżać coraz więcej ludzi z poważnymi problemami z porozumieniem we własnym małżeństwie. Wielu ujawniało na końcu rekolekcji, że podczas nich znaleźli odpowiedzi na bardzo poważne problemy swojego życia. Tak jest do dziś. Przyjeżdżają spięci, obolali. Wyjeżdżają najczęściej radośni. Wielu z nich odsyłamy naprawdę wolnymi, wielu — w przenośni rzecz ujmując — niewidomych przejrzało; dostrzegli, że ich małżeństwo może być coraz piękniejsze, coraz bardziej radosne, a nie spisane na straty. I z tą dobrą nowiną poszli do innych. Zachęcili ich do przyjechania na weekend Spotkań Małżeńskich.

Jest to możliwe tylko poprzez uznanie własnej słabości przez uczestników, którzy mają odwagę przyznać się do niej przed samym sobą i podejmują decyzję o przyjeździe na weekend na rekolekcje.

Jest to możliwe, jeśli my, animatorzy, uznamy, że naprawdę sami nic nie możemy, pomimo bardzo starannego przygotowania do prowadzenia spotkań. Przed każdym weekendem Spotkań Małżeńskich animatorzy przeżywają poczucie słabości. Czujemy się bezsilni. Problemy, z jakimi przyjeżdżają uczestnicy, przerastają nas. Są znacznie większe od naszych. A z drugiej strony — przyjeżdża tak wiele małżeństw, przeżywających miłość w swoim małżeństwie dużo pełniej niż my sami. Przerastają nas wiedzą, doświadczeniem życiowym. Cóż my im możemy powiedzieć?

Możemy tylko, nie rezygnując z coraz głębszego przygotowania się do prowadzenia, oddać siebie i uczestników Panu Bogu w Trójcy Świętej. Każdej Osobie Trójcy zgodnie z przymiotami Jej właściwymi. Wtedy On zaczyna działać. Ja przestaję. Może właśnie dlatego tak wielu uczestników wyjeżdża wyzwolonych z uwięzienia w samych sobie, z odzyskanym wzrokiem miłości, i głosi teraz innym rok łaski od Pana. I chyba w ten sposób moc w słabości się doskonali. I to jest pierwsze uniwersalne przesłanie — na przykładzie własnego podwórka.

Wychodźmy z naszych wieczerników

Przesłanie drugie brzmi: warto wychodzić na ewangeliczne opłotki Kościoła (por Łk 14,23). One są dla nas wyzwaniem. Tam są ludzie, którzy oczekują nie naszego nauczania, nie teologii, ale dobrego słowa, serca. Zaproszenia, cierpliwego zachęcania. Świadectwa. Do tego potrzebna jest odwaga, ale czyż nie słyszymy wciąż z kart Pisma świętego: „Odwagi! Nie lękaj się!”?

Przesłanie trzecie to zauważyć człowieka. Starać się go wysłuchać, zrozumieć, zauważyć jego osobę. Nie oceniać, nie osądzać, ale rozumieć jego powikłany nieraz życiorys, wiarę. Mieć czas dla drugiego. Odpowiadać na jego autentyczne problemy. Kochać go. Nie być działaczem, ale kimś bliskim. „Być dobrym jak chleb” — jak mawiał św. Albert Chmielowski. Jednak, żeby być dobrym jak chleb, trzeba nieraz przełamać wewnętrzne bariery, przepracować w sobie uczucie niechęci, odrazy, zagrożenia, nieufności, faryzejskie poczucie, że nie jestem „jak oni”.

Trzeba pokonywać schematy, utarte ścieżki myślowe, otwierać się na nowe wyzwania, na autentyczne, wewnętrzne potrzeby świata. Nieustannie szukać środków adekwatnych do wyzwań. Rzeczywistość wokół nas zmienia się i trzeba bez przerwy weryfikować metody naszego oddziaływania na nią. W ostatnich latach przejawiło się to na przykład rozwojem audiowizualnych metod ewangelizacji. Nie chodzi jednak tylko o technikę, lecz o zmianę języka, sposobu dawania świadectwa, docierania do ludzi. Na pewno nie do wszystkich dotrzemy z dobrą nowiną, skoro nawet Jezus w swoim rodzinnym mieście nie dokonał wielu cudów z powodu niedowiarstwa ludzi (por. Mk 6). Obserwuję czasem zbyt łatwe zrzucanie winy na innych: że są obojętni, że się nie angażują, nie przychodzą, a tymczasem sami wciąż pracujemy tymi samymi metodami, co dwadzieścia lat temu. Nie potrafimy ich zainteresować, uważając stare metody działania za najlepsze. Niekiedy w takich sytuacjach żniwo zbierają sekty.

Żywioł świata i jego wyzwanie

Otwierajmy się na ten żywioł w duchu charyzmatu własnego środowiska czy ruchu. Potrzebne jest wciąż odczytywanie go na nowo. Nie naśladowanie, nie zapożyczanie od innych, ale drążenie własnego charyzmatu.

Moglibyśmy tu znaleźć odniesienie do Pawłowych słów, że źle byłoby, gdyby w mistycznym ciele Chrystusa ręka chciała być uchem, a głowa szyją (por. 1 Kor 12,12n). Każdy z nas ma swoje miejsce i powinien starać się je odnajdywać, i tą swoją ręką czy uchem ożywiać cały organizm, całe mistyczne ciało Chrystusa. Nadawać Mu wewnętrzną dynamikę, czerpiąc moc z ożywiającego tchnienia Ducha Świętego.

Potrzebna jest świadomość bycia cząstką organizmu, aby to ciało mogło być naprawdę żywe. Stąd ta potrzeba rozeznawania własnego miejsca we wspólnocie, w środowisku, w społeczności. W Kościele. To ułatwia właściwe korzystanie z mocy Ducha Świętego.

Wygodniej byłoby pozostać tylko w kręgu ludzi nam bliskich przekonaniami, systemem wartości, we własnym elitarnym środowisku. Wygodniej byłoby odizolować się, zamknąć w swojej rodzinie, kręgu, wspólnocie. Jednak Ojciec Święty, w czasie spotkania z młodzieżą w Poznaniu w 1997 roku, powiedział, że „świat stanowi dla człowieka wyzwanie, tak jak jezioro stanowiło wyzwanie dla Piotra. Było mu ono bliskie i znane jako miejsce codziennej pracy rybaka, a z drugiej strony był to żywioł, z którym trzeba było konfrontować swe siły i doświadczenie”.

I ten świat jest żywiołem, z którym mamy konfrontować swe siły i doświadczenie. Konfrontować — z pomocą Ducha Świętego. W Nim. Z takim nastawieniem prowadzimy Spotkania Małżeńskie. I zdarzyło się w związku z tym, że przy wejściu do domu rekolekcyjnego ktoś na widok księdza zareagował agresją: „A ten pan to kto?!”, po czym wyjechał, nie zważając na perswazje żony. Raz czy drugi przyjechali na Spotkania Małżeńskie ludzie związani z jakąś sektą i rekolekcje nie zaowocowały natychmiastowym ich nawróceniem. Czasem po dwóch godzinach pobytu na Spotkaniach wewnętrzne burze są tak wielkie, że jakaś para przerywa uczestnictwo i wyjeżdża. Bywa też, że się mimo wszystko rozwodzi. Jednak o wiele ważniejsze jest zauważenie setek małżeństw, które odkryły na nowo wartość swojego związku, przekonały się, że można być dobrym małżeństwem, że warto. Odkryły też prawdziwy obraz Boga i Kościoła, mimo że przyjechały z ogłoszenia w prasie nie całkiem katolickiej. O wiele ważniejsze jest przypomnienie w tym miejscu sakramentu pojednania, do którego na Spotkaniach Małżeńskich przystąpiło wiele małżeństw po raz pierwszy od kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu lat, a na szczególną uwagę zasługuje co najmniej kilkanaście sakramentów małżeństwa zawartych przez żyjących bez ślubu kościelnego, po latach wewnętrznych zmagań i po otwarciu się na świat Bożych wartości. Spotkania Małżeńskie inspirują takie wewnętrzne zmagania z żywiołem świata, niczego nie narzucając. Proponują jedynie dialog męża i żony ze sobą i z Bogiem.

Ważne wyzwanie przychodzi ze strony mediów. Bardzo cenię sobie współpracę z nimi. Na ogół spotykałem się z bardzo rzetelnym warsztatem dziennikarskim. Jednakże raz czy drugi zdarzyło się, że moje wypowiedzi zostały przytoczone w postaci wyrwanej z kontekstu i służyły poparciu tez redaktora programu czy dziennikarza, a kaleczyły moje. Kiedyś na przykład umówiono się ze mną na audycję o sakramencie małżeństwa i formach pomocy rozpadającym się małżeństwom. Kiedy byłem już na fonii, pierwsze pytanie, jakie zadała mi dziennikarka, brzmiało: „Czy zgadza się pan z tezą ministra, że całą odpowiedzialność za rozpad rodziny ponoszą pisma kobiece?” i „Dlaczego wolne związki są teraz popularniejsze niż małżeństwa?”. O sakramencie nie miałem okazji powiedzieć ani słowa. Nie zrażam się tym. Bardzo cenne jest doświadczenie kontaktu ze słuchaczami lub czytelnikami mediów, które nie są katolickie z szyldu. To właśnie oni są światem, do którego jesteśmy posłani. Doświadczam w tym świecie żywiołu, czasem jakaś fala przytopi, ale może się przecież zdarzyć, że nawet częściowo zniekształcona myśl zainspiruje kogoś do dalszych poszukiwań.

Potrzeba mądrości w Duchu

Pytań, które postawiła mi owa dziennikarka, świat dzisiejszy stawia nam coraz więcej. Padają niekiedy pytania podobne do stawianych Jezusowi przez faryzeuszy: „Czy wolno płacić podatek cesarzowi?”. Na przykład: Czy w parafiach można prowadzić kampanię wyborczą, czy nie? Czy można udzielić katolickiego pogrzebu osobie, która uważała się za katolika, a głosiła poglądy nie całkiem zgodne z nauką Kościoła? Dlaczego niektórzy księża są tacy biurokratyczni i wymagają tylu papierów do ślubu? Czy wolno handlować w niedzielę, czy nie? Takich prowokacyjnych pytań świat będzie nam stawiał coraz więcej. Będzie nas zaskakiwał nimi, przypierał do muru. Będzie nas chciał „podchwycić w mowie” (por. Łk 20,20). Potrzeba wielkiego rozeznania i mądrości w Duchu Świętym, by odpowiedzieć na nie sobie i innym, kierując się nie emocjami, nie taką czy inną sugestią polityczną, ale mądrością Ducha Świętego. Potrzebne jest do tego pokonywanie w sobie własnej inercji, poczucia niemożności, i rozeznawanie, do czego powołuje Pan w danej chwili, w danym miejscu.

Duch Święty wieje, kędy chce, ale zawsze jest to wiatr miłości. Przełamuje schematy, utarte ścieżki, rutynowe sposoby myślenia. Wprowadza nieraz w zakłopotanie. Czasem zaskakuje, jak zaskoczył mnie na spotkaniach, założonej przeze mnie i moją żonę, wspólnoty małżeństw niesakramentalnych — wspólnoty, która swoim świadectwem tęsknoty i głodu Boga miała ogromny wpływ na przymnożenie wiary mnie samemu, porządnemu, sakramentalnemu. Duch Święty był we wspólnocie. Jest. Umacnia.

W apostolstwie Jego Moc ujawnia się nie tylko poprzez dawanie, ale także poprzez przyjmowanie darów. Z pokorą i wdzięcznością.

Otwarcie się na Ducha Ożywiciela w działaniu i zaangażowaniu to przede wszystkim rozróżnienie, co w moim duchu jest Duchem Bożym, a co Nim nie jest. Co usiłuję przy Jego pomocy wesprzeć, czym zamanipulować? Na ile działam jeszcze ja, a na ile oddaję się i powierzam Duchowi Świętemu?

Napięcie między duchem i ciałem

To rozróżnienie jest trudne, bo w każdym z nas jest napięcie pomiędzy ciałem i duchem. Ogarnia ono także zaangażowanie apostolskie. „Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody” (Ga 5,17).

Jest rzeczą wiadomą — pisze dalej Paweł — jakie uczynki rodzą się z ciała. Wymienia m.in. spór, zawiść, niewłaściwą pogoń za zaszczytami, niezgodę, rozłamy, podziały.

Warto, by każdy z nas zastanowił się, w jakich sytuacjach, w miejscach, gdzie jest zaangażowany, sam wprowadzał spór i podziały, kierował się zawiścią, może niewłaściwą pogonią za zaszczytami, za uprzywilejowanym miejscem we wspólnocie, za karierą duchową, wygodą, konformizmem. Czy własnych frustracji nie odreagowywał w swojej wspólnocie, wnosząc do niej zamęt i osłabiając tym samym jej moc działania? Kiedy kierował się nienawiścią w sporach politycznych, a w zakładzie pracy utrącał młodych, zdolnych ludzi, utrudniając im awans zawodowy z lęku o własne stanowisko? Kiedy zamykał się wewnętrznie na pełną prawdę o wydarzeniach, bo nie pasowała ona do własnego obrazu rzeczywistości, ideologii? Kierowanie się uczynkami ciała może przejawiać się manipulowaniem informacją w środkach masowego przekazu. Niekiedy wyraża się pogrążaniem w błogim samozadowoleniu, że Pan Bóg o wszystko sam się zatroszczy i samemu nie trzeba już nic robić.

Przed każdym z nas takie lub inne pokusy mogą się pojawiać. Przede mną też. Napięcie między duchem i ciałem jest w każdym.

Ewangeliczny radykalizm owoców ducha

Może się czasem zdawać, że biblijne owoce ducha — a więc miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie (por. Ga 5,22) — skłaniają do rezygnacji z walki, z działania, osłabiają moc naszych poczynań. Jest wręcz przeciwnie. By odkryć, w czym tkwi moc Ducha Świętego, trzeba nieustannie te owoce ducha pielęgnować. One radykalizują nasze działania. Warto, by każdy z nas wciąż o nie się troszczył. I to nie tylko w wielkich działaniach, podejmowanych akcjach czy realizowanych programach — nawet jeśli są to programy duszpasterskie — ale przede wszystkim w najprostszych relacjach z samym sobą, z drugim człowiekiem. Czy jest w nas pokój, który pochodzi od Ducha Świętego? Czy w rodzinie, we wspólnocie, w miejscu pracy wnoszę miłość, radość, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie, pokój?

Jednemu z nas przychodzi to łatwiej, drugiemu trudniej. Zależy to od cech naszego temperamentu. Mnie przychodzi dość trudno, zwłaszcza gdy czuję się przypierany do muru, atakowany i nierozumiany. Gdy mam poczucie, że jakieś wartości są zagrożone. Najchętniej uderzyłbym mieczem jak Piotr Apostoł. Pociesza mnie to, że choć Jezus wtedy skarcił Piotra, to właśnie jemu polecił pasterzowanie w Kościele. Jest to jednak dla mnie wyzwanie, by nieustannie szukać nowych dróg dialogu.

Warto, doznając różnorodnych wewnętrznych poruszeń, najrozmaitszych pomysłów, które przychodzą do głowy, i wezwań płynących z zewnątrz, każde z nich badać, starając się rozeznać, czy są to poruszenia Boże, czy własne. To nic innego, jak otwarcie się na moc Ducha Świętego w naszym apostolstwie. On przychodzi z pomocą naszej słabości.

Warto, by każdy pomyślał nad owym napięciem między ciałem i duchem w swoich relacjach w domu, wśród kolegów i koleżanek, w miejscu pracy, we wspólnocie, może w urzędach państwowych, w radzie gminy albo w parlamencie, w ministerstwie, w miejscu, w którym jest zaangażowany. Owocami ciała są zawiść, rozłam, spór i podziały. Czasem chce się osiągnąć coś dla siebie właśnie tą drogą. Trudno o bardziej fałszywą.

Cóż więc mamy czynić?

Co więc robić, żeby — po zachwycie Pięćdziesiątnicą, wspaniałą atmosferą, wielkim poruszeniem — coraz bardziej kierować się mocą Ducha Świętego? Co mamy czynić? To pytanie postawili Piotrowi ci, którzy wraz z nim i apostołami uczestniczyli w Zesłaniu Ducha Świętego. Odpowiedź jest bardzo prosta. Komuś może się zdawać, że wręcz banalna. „Nawróćcie się” — tak brzmiały pierwsze słowa św. Piotra w Jerozolimie. Mamy się nieustannie nawracać. Nikt z nas nie może powiedzieć, że jest nawrócony. Ani świecki, ani duchowny.

Jeśli będziemy coraz wrażliwsi — w domu, we wspólnocie, w radzie gminy czy w parlamencie — nie na własne korzyści materialne czy duchowe, ale na Pana Boga i drugiego człowieka, to będzie znaczyło, że się nawracamy, że się otwieramy na moc Ducha Świętego, a umniejszamy moc własną.

Odkrycie własnej słabości, zaakceptowanie jej — otwiera na moc Ducha Świętego, co powoduje, że naprawdę jesteśmy w stanie skały przenosić. „Nawróćcie się” — powiedział Piotr zebranym w Jerozolimie. I powtarza to nam dzisiaj.

Reszta należy do każdego z nas.

Wychodzić z wieczernika
Jerzy Grzybowski

urodzony 8 marca 1950 r. w Warszawie – dr geografii, redaktor naczelny „Misjonarza”, współzałożyciel i główny odpowiedzialny za ruch rekolekcyjny Spotkania Małżeńskie....