Z dala od publicznej sceny

Z dala od publicznej sceny

Od tragicznego samochodowego wypadku, który doprowadził do jego zgonu, minęło 20 lat. Choć już za życia doczekał się monografii i w środowisku literackim był znany i ceniony, nigdy nie był postacią głośną ani popularną. Swą karierę pisarską rozpoczął bardzo późno, wydając w 1958 Le voyage interiéur (Podróż w głąb siebie) i, rok później, Provocation (Wyzwanie). Przez kilka lat, najpierw w wydawnictwie Gallimard, a następnie Desclée de Brouver kierował serią książkową służącą wymianie myśli i porozumieniu. Do końca swoich dni pozostał wierny największej swojej pasji: słowu.

Bretończyk, urodzony rok przed pierwszą wojną światową, nie poznał swego ojca, gdyż ten zginął na froncie. Ksiądz, który stał się robotnikiem. Studencki duszpasterz prowadzący regionalne pismo. Założyciel kinowego klubu i podróżnik. Wykładowca uniwersytetu w Rennes i autor wielu powieści, esejów i szkiców. Był osobą i nieprzeciętną, i kontrowersyjną. Z pewnością nie mieścił się w stereotypach księdza z prowincji i zawodowego literata.

Zanim potomek ubogiej chłopskiej rodziny, a później abbé Joseph Lemarchand stał się pisarzem i przybrał pseudonim Jean Sulivan, przebył długą drogę. Nigdy nie wypierał się swojego pochodzenia. Dzieciństwo było dla niego wielką lekcją samotności. Matka, osoba surowa i bardzo religijna, nie okazywała mu nadmiernej czułości. Do końca swoich dni buntował się przeciwko bezdusznej pobożności, ale w stosunku do matki zachował miłość i respekt. Pobyt w Indiach i lata przeżyte na uboczu, z dala od ruchów czy grup literackich, przybliżyły go do mistrzów: Eckharta i Pascala, Kierkegaarda i Szestowa, Dostojewskiego i Rilkego. Największą pasją jego życia pozostawało żywe słowo: ewangelia.

„Narodziłem się, gdy zacząłem pisać” — mówił w 1978 roku przed kamerami francuskiej telewizji. Nie chciał, żeby nazywano go powieściopisarzem. Powtarzał, że jest człowiekiem słowa i że jego teksty należy czytać nie oczami, lecz wargami, nasłuchując głosu z wysoka, wchodząc w rytm każdej frazy i zdania. Uważał, że pisząc, trzeba wciąż usuwać się w cień, zachowywać dystans. Pisarzowi — jego zdaniem — powinien być obcy religijny, estetyczny czy społeczny integryzm, wszelkiego typu fanatyzmy, nowe wiary i ideologiczne zakusy.

Nie wierzył, że jakakolwiek społeczna organizacja może zapewnić człowiekowi wolność. Kościół — jak często przypominał — „będąc w świecie, jest jednocześnie nie z tego świata”, musi wciąż się reformować, być krytyczny wobec samego siebie. Dzisiaj coraz bardziej liczy się to, co spektakularne. Wkraczając w erę obrazu, trzeba strzec się działań na pokaz, ideologizacji wiary. Nawiązując do sformułowania Adrienne von Speyr, przekonywał, że Kościół sam się broni przez wierność ewangelii i prawdzie, i nie musi angażować się w polityczne spory. Chrześcijaństwo to wewnętrzna wolność, bycie takim, jakim się jest w głębi duszy, wyzwolenie się z różnego rodzaju zależności. Zatem nie tyle mamy walczyć z innymi, co ze sobą, ze swoimi słabościami, z własną niewiarą czy zwątpieniem.

Kościół, choć nie może być obojętny na żadną ludzką biedę, nie jest od tego, żeby zajmować się wyłącznie socjalnymi problemami. Od kwestii społecznych są szefowie państw i politycy. Księża, biskupi, papieże są od tego, by przypominać o sprawach najistotniejszych, wykraczających poza ludzką egzystencję, a jednocześnie tworzących naszą cywilizację. Prawdziwym skandalem nazywał Jean Sulivan kompromisy zawierane kosztem człowieka, bezkrytyczne podporządkowywanie się prawom rynku. „Wielu ludzi odeszło od chrześcijaństwa nie dlatego, że nie zrozumieli tego, czego chrześcijaństwo uczy, lecz dlatego, że doskonale to pojęli” — pisał rok przed śmiercią.

Zdaniem autora L’écart et l’alliance (Rozłam i przymierze), sens wiary nie leży w intelektualnych poszukiwaniach. Nie wystarczy rozumieć, żeby uwierzyć, ani wierzyć, żeby zrozumieć. Liczą się czyny. Chciał, żeby jego książki były dokumentem, świadectwem duchowych zmagań, odpowiedzią na problemy nurtujące człowieka, społeczeństwo, ale też współczesny Kościół. Nie uciekał od najtrudniejszych pytań. Nie stronił od kościelnych zagadnień. Wiele pisał o czasie przemiany. „Wszyscy jesteśmy w sytuacji Zacheusza, który wspiął się na drzewo, żeby zobaczyć przechodzącego” — mówił w rozmowie z Bernardem Feillet. Zwierzał się, że najbliższy jest mu przekaz św. Marka, bo autor najkrótszej Ewangelii nie chce być tym, który wszystko wie, lecz tym, który daje świadectwo.

Matinales (Poranne rozmyślania) przedstawił swoją duchową drogę, dzielił się fascynacjami i spostrzeżeniami, doświadczeniem i wiedzą, oczekiwaniami i pytaniami, a nade wszystko swoją wiarą. Jego zapiski są dowodem, że służba słowu, umiłowanie go, jest powołaniem tak kapłana, jak i pisarza. Ale jest to służba trudna. Pisarz i kapłan, jeśli chcą być wiarygodni, nie mogą zadowalać się półśrodkami albo półprawdami. Muszą być świadomi, że „skandal prawdy” często skazuje na izolację, niechęć, a nawet wrogość.

„Jest kilka odwiecznych kwestii, które mnie interesują” — powtarzał Sulivan. Owe kwestie to: wolność i prawda, życie i cierpienie, wiara i miłość, człowiek i Bóg. Nie widział żadnej sprzeczności pomiędzy pracą duszpasterską i pisarską. Kiedy do niego przyszedł seminarzysta i zwierzył się, że chciałby w przyszłości być kapłanem i robić filmy, ale nie jest pewien, czy da się pogodzić jedno z drugim, autor Miroir brisé (Stłuczone lustro) zapytał: „Dlaczego ksiądz nie miałby być twórcą?”.

Rocznica śmierci księdza–pisarza nie wywołała żadnej dyskusji ani debaty w mediach. Gdzie są wszyscy ci dziennikarze i intelektualiści, gdzie są dawni przyjaciele, którym nieobce powinno pozostawać dzieło Sulivana? Dlaczego, jak dotąd, jedyne kolokwium na temat jego twórczości odbyło się poza granicami Francji, na Uniwersytecie Galway w Irlandii? — pytał na łamach „La Croix” Lucien Guissard.

Jean Sulivan nie chciał być znany, nie lubił „publicznej sceny”. Uważał, że pisarz, a tym bardziej kapłan, potrzebuje ciszy, a nie rozgłosu. Przypominał, że profesja, dzięki której powtórnie się narodził, wymaga odejścia, odosobnienia, a nawet osamotnienia. Stawiał sobie skromne cele, bo — jak twierdził — żadne słowo nie jest w stanie przewyższyć geniuszu ewangelii. Prawda — przekonywał — nie stoi w miejscu i trzeba jej szukać. Nie wystarczą doktryny i słuszne pouczenia. Słowo musi być żywe — żywe jak wiara — musi oddychać i brzmieć prawdziwie. Inaczej staje się pustym frazesem, propagandowym hasłem, narzędziem manipulacji.

Nigdy nie brakowało bohaterów z pierwszych stron gazet. Nie brakuje chętnych, zabiegających nade wszystko o sławę i pieniądze. Ci, którzy poświęcają swoje życie jakiejś sprawie albo ewangelii, nie przeceniają swoich zasług, nie szukają jedynie własnych korzyści, często nie chcą wyjść z milczenia… Czy to znaczy, że mamy zrezygnować z owoców ich pracy, zmarnować dorobek ich życia?

Z dala od publicznej sceny
Marek Wittbrot SAC

urodzony 16 września 1960 r. w Polanowie – pallotyn, dziennikarz, redaktor, fotografik, autor tekstów poświęconych literaturze i sztuce współczesnej, duszpasterz środowisk twórczych, działacz polonijny we Francji, był redaktorem miesięcznika katolickiego „Nasza Rodzina" (199...