Z jasnego kościoła do ciemnej celi

Z jasnego kościoła do ciemnej celi

Nie ma swojej plebanii. Jest kapelanem więziennym w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich. Przed południem uwięziony w celach. Po południu wraca do byłych więźniów i ludzi, którym się nie powiodło. Mieszka z nimi w założonych przez siebie gospodarstwach stowarzyszenia Barka.

Mimo że wielu z nich przesiedziało ćwierć wieku w więzieniu, ich życiorysy nie są barwne. Nie byli filmowymi piratami. Nie napadli na pociąg ze złotem. Ani też nie podkopali się pod muzeum, by wynieść płótna szalonego Vincenta van Gogha warte miliony dolarów. Ot, czasem zabili z nudy. Z bezmyślności. Dla zemsty. Innym razem do zbrodni pchała ich tylko zazdrość. Często pili. Ale, jak podkreślają z dumą — za swoje. Niechętnie albo w ogóle nie mówią, że zwichnęli życie swoim dzieciom. Rodziców wepchnęli do grobu. Zawsze nie oni. Zawsze ktoś inny. Mając skończone pięćdziesiąt lat, wyglądają na dobrze utrzymanych sześćdziesięciolatków z wystraszonymi, jak u zająca, oczami. Bardzo chętnie narzekają na innych. Szczególnie na sobie podobnych, ale także na tych, którzy godnie potrafili sobie ułożyć życie.

W Barce mieszkają też inni ludzie. Jakby nie wiadomo, dlaczego kopnięci przez życie. Wyrzuceni poza, choćby przeciętny, standard własnego domu. Mężczyźni — niezaradni, zasiedlający niegdyś hotele robotnicze. Po rozwiązaniu zakładu pracy wyrzuceni niczym na śmietnik, na którym niebawem musieli naprawdę zacząć szukać dla siebie życia. Kobiety — skazane na „wieloletnie wyroki” bicia przez mężów. Z dziećmi spłodzonymi przez pijaństwo. Z bruzdami lat bólu gromadzonego na twarzach. Siniakami od starych kopniaków. Wszystkimi na co dzień i od święta opiekuje się ksiądz Józef Krawiec.

Z Twojej łaski

Zagracony pokoik na poddaszu rodem z powieści pozytywistycznych autorów. To rezydencja kapelana więźniów, a zarazem współzałożyciela domów stowarzyszenia Barka. Domów, które odbudował wraz z jego mieszkańcami, do niedawna jeszcze bezdomnymi. W pokoiku, tak niskim, że oddech ledwie można złapać, dach podpierają dwa słupy. Jakby dla ocieplenia — na ścianach obrazy. Religijne pamiątki namalowane niepewną ręką ofiarodawców. Lekko zezowata Matka Boska. I inna — z rękoma złożonymi do swego Syna. Jezus w wyobrażeniu świętej Faustyny. Uśmiechnięty święty Franciszek. Papież w kilku wydaniach. Fotografie gór. Utrzymujący pion wbrew prawom fizyki regał z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. W podobnym stylu biurko. Fotografia neoprezbiterów diecezji opolskiej z roku 1990. Na niej, w którymś z rzędów, ksiądz Józef Krawiec.

Z domu wyniósł miłość. Ogromne poczucie bezpieczeństwa. Życzliwe podejście do człowieka. I to w takiej ilości, że jak podkreśla — teraz może do woli oddawać innym. Wiedział na pewno, że rodzice zawsze się za niego modlą. W szczególności ojciec, którego uwielbiał. Lubił przedpołudniowe z nim spacery. I bieganie po niego na dworzec, kiedy wracał z pracy. Do dziś nurtuje go pytanie, czy nie powinien był bardziej kochać matki.

Do kapłaństwa, oprócz gorliwej wiary, wyniosła księdza Józefa posługa ministrancka. Służył do mszy, począwszy od pierwszej komunii po maturę w technikum samochodowym. I przykład starszego brata, który wcześniej nałożył sutannę. Najważniejsze jednak, co podkreśla ksiądz Józef Krawiec, było samo powołanie: „Ten wewnętrzny przymus”. Jako swoje zawołanie prymicyjne przyjął: „Z Twojej łaski jestem, czym jestem”.

Seminarium przyszłemu kapelanowi służby więziennej malowało idealne wyobrażenie o kapłaństwie. Zwłaszcza że był to czas, kiedy jeszcze nie musiał podejmować żadnych trudnych decyzji. Dbać o codzienność bytu. Na to wszystko nakładał się wzór proboszcza doskonałego: Jana Marii Vianneya. Świętego, patrona proboszczów, opiekuna ubogich. Młody ksiądz wyobrażał sobie kapłaństwo jako samotną pracę na plebanii w towarzystwie bogobojnych wiernych, mądrych filozofów. Spacery po zielonych łąkach… zaczytany w brewiarzu…

Trafił jednak do parafii nie jak z dziewiętnastowiecznej Francji, ale najzwyczajniejszej, w dwudziestowiecznym Kluczborku. Młodej, pod wezwaniem Serca Pana Jezusa. — Miałem niezwykłego pedagoga, proboszcza Jana Drendę. Dał mi nieograniczone możliwości i radość tworzenia — wspomina. — Tam się dopiero zacząłem uczyć prawdziwego kapłaństwa. Było czterech wikarych. Proboszcz pokazywał nam kierunki działań i mądrze towarzyszył. Poznałem tam wspaniałą młodzież, która opiekowała się niepełnosprawnymi. Budowała pomost między dwoma światami: grupą „Muminków” a światem ludzi zdrowych. Było to dla mnie bardzo ważne doświadczenie, pokazujące, jak pięknie można ze sobą współpracować. W pewnym momencie proboszcz zaproponował, abym zaczął odwiedzać tutejsze, kluczborskie więzienie. Zapytał: „Czy nie poszedłbyś z jasnego kościoła do ciemnej celi?”. Zgodziłem się. Moja motywacja nie była jednak jednoznaczna. Nie byłem pewny, że chcę pracować z więźniami. Powodowało mną posłuszeństwo, a także i lęk, że następna parafia, na którą trafię, może być zdecydowanie inna od tej.

Ma wielką misję do spełnienia

Ksiądz Krawiec był pierwszym kapelanem więziennym w zakładzie karnym w Kluczborku. Tu, przed dwunastu laty, poznała go wolontariuszka Katarzyna. Jeszcze wówczas uczennica liceum, której rodzice musieli wyrazić zgodę, by mogła chodzić w grupie modlitewnej do więzienia. — To były bardzo trudne czasy. Szokowało, kiedy grypsujący nie podawali nam ręki — wspomina. — Nie minął jednak miesiąc, a zaczęli podawać. To wielka zasługa księdza, który im tak pięknie przekazywał Ewangelię.

Pani Renata również podkreśla ogromny wpływ, który ks. Krawiec wywiera na tych, z którymi przebywa. Od kilkudziesięciu lat nauczycielką. Dobrze wie, co to znaczy wychowywać. Współpracuje z księdzem jako wolontariuszka w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich, mimo że, jak podkreśla, nie jest „za bardzo kościelna”. Przyznaje jednak, że kiedy uczestniczy w mszach świętych odprawianych przez księdza Krawca, za każdym razem jest to dla niej impuls wiary. Siły. — Ksiądz jest tu wielkim autorytetem nie tylko dla kryminalistów. Dla różnych środowisk. Również dla nas, ludzi, którzy pracują nad resocjalizacją więźniów. Ma też i wady. Według mnie jest zbyt wyrozumiały.

Elżbieta Lewandowska jest zastępcą dyrektora Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich, jednego z dwóch, w których ksiądz prowadzi posługę duszpasterską. Uważa księdza za najbardziej prawego człowieka, jakiego poznała w życiu. I najskromniejszego, jakiego spotkała w Kościele. Całkowicie oddanego podopiecznym. Przyznaje jednak, że kiedy ksiądz pojawił się po raz pierwszy jako więzienny kapelan, załoga nie była specjalnie zachwycona jego pomysłami na ewangelizację. — Minęło trochę czasu, zanim się do siebie przyzwyczailiśmy — mówi. — Mieliśmy mu trochę za złe, kiedy przyprowadzał z zewnątrz różnych młodych ludzi na spotkania ze skazanymi. Przywoził zespół muzyczny. Teatralny. Grupę modlitewną. Kilkadziesiąt osób. Czegoś podobnego nigdy nie mieliśmy. Dodawał nam wiele pracy, bo trzeba było dbać o bezpieczeństwo gości oraz ich kontrolować, jak wszystkich, którzy odwiedzają więźniów. Pewnego razu zrobił ognisko dla więźniów na polu spacerowym. Kiedyś byłoby to nie do pomyślenia, ale przyjęło się. Albo zawody sportowe. On ma wielką rolę do odegrania wśród więźniów i świetnie to rozumiemy. Jesteśmy małą społecznością. Wspólnie więc też przeżywamy sytuacje prywatne. Bardzo osobiste. I to nasze cierpienie wyznacza rangę człowieczeństwa.

Bogdan Skwarnecki o księdzu Krawcu opowiada z entuzjazmem. Jest zastępcą dyrektora drugiego ze strzeleckich zakładów karnych. — To jest dusza człowiek! Wcześniej pracowałem z nim jako kierownik penitencjarny. Uczynny, pomocny. Nie ma sprawy, którą ksiądz by się nie zainteresował. Jest przeciążony pracą. Nie przejdzie obojętnie wobec żadnego tematu. Dużo pomaga więźniom. Tych, którzy nie mają rodziny, zaprasza na przykład, by spędzili czas przepustki w Barce. To bardzo otwarty człowiek.

Tylko łączę ludzi

Sam ksiądz Krawiec zapewnia, że niczego nadzwyczajnego nie robi — pełni taką samą posługę, jak każdy kapłan. Tylko w innych miejscach. — Bycie z więźniami to spotkania biblijne. Moja praca w kryminale odbywa się przede wszystkim w wymiarze duchowym. Dosłownie i metaforycznie. Najbardziej obciążające są dla mnie spotkania w cztery oczy. Czasem trudno mi później dojść do siebie. Modlę się i modlę jeszcze długo w nocy — opowiada ksiądz Krawiec. — W więzieniu próbuję prowokować ludzi do odpowiedzi na podstawowe pytania, których nigdy nie zadawali sobie na wolności. Często właśnie z tego powodu wynikały ich problemy.

 Przed piętnastu laty małżeństwo Sadowskich powołało w Poznaniu stowarzyszenie Barka. Chcieli między innymi pomóc ludziom wychodzącym z więzienia po długoletnich wyrokach, pozbawionym mieszkań, zameldowania, pracy, skazanym w nowej rzeczywistości gospodarczej na wegetację. Z czasem zaczęły w różnych miejscach powstawać gospodarstwa Barki, a w nich czekała praca: hodowla kóz, uprawa roli, cieplarnie, stolarnie. W Barce księdza Krawca są dwa gospodarstwa i jeden dom samotnej matki, w którym mieszkają cztery kobiety z pięciorgiem dzieci. — To dom po rodzicach podarowany przez księdza i jego brata — wyjaśnia z przejęciem Renata, matka dwojga dzieci, z zawodu kucharka, gotująca w jednym z domów Barki. Uciekła od konkubina, który niemal codziennie „pił i bił”.

Fundusze Barki częściowo pochodzą od darczyńców. Stałych i okazjonalnych. Sporo jednak wypracowują również sami barkowicze. W gospodarstwach księdza Józefa Krawca w zeszłym roku zebrano truskawki z blisko pięćdziesięciu tysięcy krzaczków. Jest też hodowla świń, kóz. I stadnina koni, która też zarabia na siebie. W tutejszej stolarni remontuje się podarowane bądź wyrzucane na śmietnik meble i sprzedaje z zyskiem. Barkowicze prowadzą również w Strzelcach Opolskich sklep z używaną odzieżą i sprzętami. Pieniądze przeznaczają na swoje utrzymanie. Działają też warsztaty dla bezrobotnych. Zajęcia zawodowe.

Andrzej A. jest w gospodarstwie Barki od dwóch miesięcy. Trafił tu z zakładu karnego, w którym spędził cztery i pół roku. Przez ten czas jego mieszkanie zostało zadłużone. Teraz, by je oddłużyć, wynajmuje je spółdzielnia. Andrzej A. poznał księdza w zakładzie karnym. — Ten dom to dla mnie jedyna przystań. Szansa rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Mam pracę, więc myślę, że jakoś dam sobie radę.

Michał. N. ma niespełna czterdzieści lat. Od blisko dziesięciu lat nie pije. Też siedział w kryminale. W Barce uczy się, jak mówi, szacunku dla drugiego człowieka. — Księdza traktuję czasem jak ojca, a czasem jak powiernika. To bardzo ważne, że jest tu między nami. Każdy problem pomoże rozwiązać.

Sabina, blisko sześćdziesiątki. Z tragicznym życiorysem. Córka popełniła samobójstwo. — Wyłudzono ode mnie mieszkanie. Wówczas uważałam, że są sami źli ludzie na świecie. Kiedy spotkałam księdza, wiara w człowieka zaczęła się we mnie odradzać. Gdyby nie szansa, którą mi tu stworzył, nie wiem, co by się ze mną stało. On tu już wiele osób wyprostował.

— W Barce podejmujemy próby uczenia się budowania relacji rodzinnych — wyjaśnia ks. Krawiec — czy tak prostych rzeczy, jak umiejętność spotykania się przy stole na posiłkach. Rozmawiania. Pobudzania do myślenia. Mamy tu wspólnotę religijną i zawsze odmawiamy apel jasnogórski. Choć przebywający w Barce nie musi uczestniczyć w modlitwach, mam nadzieję, że później sam będzie chciał w sobie podtrzymać to, czego tutaj doświadczył. Może to ponieść dalej.

Do barkowego domu przychodzą też ludzie na przepustki z więzienia. Jedni, bo nie mają gdzie się podziać. Chcą przemieszkać przez kilka dni. Inni chcą sprawdzić się na wolności. Czasem posłuchać organizowanego tu koncertu czy obejrzeć spektakl teatralny.

To, czego ksiądz Józef ma zawsze w nadmiarze, to wielość pomysłów na pomoc ludziom. Nie zawsze jednak może je wszystkie zrealizować. Czasu bowiem w nadmiarze nie ma. — Nie mam też cierpliwości w nadmiarze — narzeka na siebie ksiądz kapelan. — Założyłem sobie, że dla zdrowia psychicznego muszę mieć prywatny czas od dziesiątej wieczorem. I staram się tego trzymać. Moja psychika podpowiada mi, że nie mogę jej dewastować. Jednak nie zawsze jest możliwy ten czas dla siebie. I chciałbym wówczas mieć cierpliwość, by jeszcze kogoś wysłuchać. Naprawdę nie robię niczego nadzwyczajnego. Ot, Pan Bóg pokazuje mi człowieka, który potrzebuje pomocy, i znajduję ludzi, którzy chcą im pomóc. Jestem jedynie łącznikiem między nimi.

Z jasnego kościoła do ciemnej celi
Mateusz Wyrwich

urodzony 21 września 1951 r. – politolog, dziennikarz, publikował m.in. w „Kulturze”, „Literaturze”, „Polityce”, autor około 500 reportaży prasowych o tematyce społecznej i historycznej oraz książek Łagier Jaworzno, Czarne i białe, W celi śmierci....