Z Lednicą do Ameryki

Z Lednicą do Ameryki

Mam świadomość, że narażam się pewnej pani, która upomniała mnie, że jestem obsesjonatem jednego tematu i jednej sprawy: Lednicy. Mimo to podejmuję temat, ponieważ nie mogę zasnąć z powodu tego, że Agnieszka wymyśliła, co mogłoby znaczyć słowo: Lednica. Poszukiwaliśmy znaczenia tego słowa, aby napisać je na bransoletkach ze sznurka, które miały być podarunkiem na tegoroczne nabożeństwo lednickie.

I kiedy zastanawialiśmy się, co mogłyby znaczyć poszczególne litery słowa Lednica, Agnieszka powiedziała: – LEDNICA to znaczy: Ludzie Ewangelii Daleko Nieście Imię Chrystusa! Amen! To zabrzmiało jak uderzenie. Ten wynalazek wart jest wiele. Lednica już na zawsze pozostanie ewangeliczna, misyjna, apostolska. To program i wyzwanie. Iść na krańce świata z dobrą nowiną. To znaczy czuć przestrzeń. Gdzie jest to „najdalej” dla Polaka? Na księżyc, do Ameryki? Gdzie jest ta przestrzeń czekająca na obsianie?

Jestem człowiekiem starej daty. Najlepiej mi w domu, w klasztorze. Żyję według zasady: jak dziewczyna idzie do rabina, to dziewczyna jest dziewczyną i rabin jest rabinem, a jak rabin idzie do dziewczyny, to dziewczyna już nie jest dziewczyną, a rabin przestaje być rabinem. Zawsze chciałem być rabinem. W najskrytszych myślach nie widziałem siebie w Ameryce, co najwyżej liczyłem, że Amerykanie pojawią się na Lednicy. Nie jestem anglofonem, bo w mojej młodości nikt nie uczył się angielskiego, tylko rosyjskiego, łaciny, a ostatecznie francuskiego czy niemieckiego. Angielskiego można się było uczyć prywatnie. Po co więc na starość miałbym się tam pchać. Skoro jednak Ameryka nie przyszła nad Lednicę, ja postanowiłem udać się z Lednicą do Ameryki i pozostać nadal sobą.

Pewnego letniego dnia na Jamnej Jola, nasza niegdysiejsza studentka, a dzisiaj profesor muzyki w Chicago, zapytała, co mogłaby zrobić dla mnie, poza tym, że mnie od lat ubiera, przysyłając na wiosnę paczkę ciuchów letnich, a na jesień paczkę ubiorów zimowych – wszystkie w kolorze czarnym. Niewiele myśląc, odpowiedziałem: – Zostań ambasadorem Lednicy w Chicago. – Zobaczę, co da się zrobić – odpowiedziała na pożegnanie.

Mijały miesiące. Idea Lednicy rozprzestrzeniała się najpierw prywatnie, potem półoficjalnie, wreszcie dotarła do biskupa.

Z największym trudem i bólem kompletujemy zespół. Kogo zabrać? Kto jest niezbędny? Przelot taki drogi. Nie jedziemy przecież na wycieczkę. Ostatecznie jedzie: Piotr – „Żarówa”, gitarzysta i sze zespołu, Marcin – skrzypce i śpiew, drugi Marcin – perkusja, trzeci Marcin – bas. Kazek ma poderwać wszystkich do tańca, a Julita z baletu zatańczyć. Agnieszka ma koordynować wszystko, za wszystko odpowiadać i zbierać cięgi, jak coś nie wyjdzie. Kupujemy bilety ze zniżką LOT–u i lecimy za ocean siać lednickie ziarno. Jedziemy na próbę, jak chwyci, to zobaczymy, jak nie, to trudno. Ameryka jawi się nam jak ewangeliczne krańce świata. W Chicago znamy tylko Jolę, która wyjdzie po nas na lotnisko.

Jeszcze przed wylotem, podczas mszy świętej w kaplicy na lotnisku spotykamy prałata Zdzisława Peszkowskiego, wielkiego patriotę i apostoła Golgoty Wschodu. Potem spotykamy go w samolocie i umawiamy się na polską paradę w Chicago.

Na lotnisku czekają na nas ksiądz Jacek, Jola i Krzysztof oraz Jacek. Ja z Żarówą idziemy mieszkać do Joli, dziewczęta zabrał Krzysztof, a resztę zespołu Jacek.

Jola mieszka bardzo pięknie, tuż przy parku, z czego jestem bardzo dumny, jakby to była moja zasługa. Bez przerwy dzwonią telefony, jak w prawdziwej ambasadzie. Jola odpowiada po polsku i po angielsku. Już po pierwszej mszy świętej podchodzą do nas ludzie i otaczają nas serdecznością. Najwspanialsi byli księża, którzy przyjęli nas z otwartymi rękami, pozwalając rozprowadzać nasze płyty z muzyką. Bazę założyliśmy w parafii świętej Konstancji, w której przyjął nas niezwykle życzliwie tamtejszy proboszcz ksiądz Tadeusz Dzieżko i ksiądz Jacek.

Wkrótce okazuje się, że każdy z nas ma tutaj sporo rodziny. Mnie też kuzynki i kuzyni oblegają. Aż dziw bierze, skąd się ich aż tylu nabrało. Dotychczas siedzieli cicho, teraz wyleźli jakby spod ziemi. Ale cieszę się ogromnie. Rodzina to rodzina. Marcin dla swojej kuzynki przywiózł niemal cały ołtarz Wita Stwosza. Ja dla swoich nic nie wiozłem, bo nie wiedziałem, co mógłbym. Potem jeszcze inni ludzie. W oczach rośnie lednicka rodzina w Chicago. Gdzie się obrócimy, już na nas czekają, zapraszają, pragną pomóc. To ogromnie miło być potrzebnym, poszukiwanym, być tym, który może coś dać, a nie tylko stać i męczyć innych swoimi proszącymi oczami. Przybyliśmy aż tutaj, aby się podzielić swoim entuzjazmem dla Chrystusa. Nie możemy sami siedzieć nad pełną miską i pożerać jej zawartości. Pragniemy do tego stołu Bożej radości i entuzjazmu zaprosić innych. Lednica jest dobrze znana w Polsce, zaczyna być znana w Ameryce, za oceanem zgodnie z najgłębszym zapisem i znaczeniem tego słowa: L– ludzie, E – ewangelii, D – daleko, N – nieście, I – imię, C – Chrystusa. A – Amen. Jeszcze nie wiem, czy to, że zajechaliśmy z Lednicy do Chicago, to jest jak na dzisiejsze czasy już wystarczająco daleko, czy trzeba będzie się pakować i jechać jeszcze dalej. Bo Lednica to wybór Chrystusa zawsze i wszędzie. I tak ma zostać. Będziemy tylko się przesuwać w przestrzeni w poszukiwaniu owych ewangelicznych krańców świata.

Przyjmowano nas w parafiach. Odprawiałem mszę świętą i głosiłem kazanie, a nasz zespół śpiewał pieśni lednickie. Różny był odbiór naszego przesłania. Zawsze jednak była to życzliwość. Spostrzegłem, że Polacy w Ameryce pragną raczej Kościoła takiego, jaki pamiętają z ojczyzny, Kościoła, który pomógłby im zachować własną tożsamość. Czyli Kościoła takiego, jaki zapamiętali z dzieciństwa. Nas tymczasem bardziej interesuje Kościół, jaki jest i jaki będzie. Kościół, który rodzi się w nas i ludziach jutra. Nie tyle zachować, ile rozwijać, tworzyć, ryzykować dla Chrystusa, zdobywając nowe przestrzenie, nie tyle na ziemi, ile w sercach ludzkich.

Tego roku nad Lednicą przeżywaliśmy sakrament chrztu świętego. Pan Bóg potraktował nas dosłownie, zsyłając burze i obfite opady deszczu. Było nas ponad 150 tysięcy. Ojciec Święty Benedykt XVI wystosował do nas specjalne przesłanie, pragnąc utrzymać papieski charakter spotkania. Wielu biskupów obdarowało nas serdecznym słowem i błogosławieństwem. Przyjechało także wielu kapłanów i wiele sióstr zakonnych. Ważnym punktem lednickiego spotkania było uroczyste przekazanie i przyjęcie duchowego testamentu Jana Pawła II i jak zawsze wybór Chrystusa.

Wróciwszy do klasztoru z Ameryki, a całkiem niedawno z pól lednickich, oszołomiony rzeszą i entuzjazmem młodzieży, muszę odpowiedzialnie stwierdzić, że niekiedy bywa dalej do tych siedzących najbliżej, niż do tych, których spotkaliśmy daleko za oceanem. Najdalej nam chyba jednak do samych siebie. I tam najtrudniej jest zanieść ewangeliczne ziarno oraz podjąć wysiłek i odwagę nawrócenia.

Z Lednicą do Ameryki
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...