Z pokorą, ale bez lęku

Paweł Kozacki OP: Co to jest duchowość?

Jan Andrzej Kłoczowski OP: Tradycyjny pogląd mówi, że jest to pozamaterialny wymiar ludzkiego bytu. Człowiek nie mieści się w swojej skórze, jest czymś więcej niż tylko biologiczną maszyną.

W drugim znaczeniu używamy tego słowa, wskazując na szkołę życia obecną w poszczególnych tradycjach zakonnych. Istnieje szkoła benedyktyńska, duchowość ignacjańska itd. Przy całym zróżnicowaniu mieszczą się one w ramach duchowości chrześcijańskiej.

Natomiast dziś często używa się tego terminu, opisując propozycję kultury alternatywnej w stosunku do tradycyjnych religii i Kościołów. Duchowość oznacza w tym wypadku poszukiwanie głębszego, pełniejszego sensu ludzkiej egzystencji. Z jednej strony nie może się ona pomieścić w materialistycznej wizji, z drugiej strony nie może się znaleźć w ustalonych, ustabilizowanych tradycjach religijnych. To przypomina worek, do którego wrzuca się wszystko: od okultyzmu, ezoteryzmu, wiary w gwiazdy i wróżki, po rozmaite szkoły psychologiczne jak psychologia humanistyczna czy transpersonalna…

Jak odróżnić sferę duchową od psychicznej?

Musimy wrócić do starej myśli Ojców Kościoła, Orygenesa i innych, którą na swój sposób odnowiła Edyta Stein. Rozumieli oni człowieka jako byt trychonomiczny, a nie dychonomiczny. Wskazywali na ciało, duszę i ducha. Ciało to jest prosta sprawa. Dusza oznacza wymiar pozamaterialny ludzkiego bytu, wskazujący na sferę życia emocjonalnego. Jest to wymiar psychiczny ludzkiej duchowości, bardzo ściśle związany z ciałem. Często w psychologii spotykamy się z pomieszaniem elementu psychicznego z duchowym. Wszystko nazywa się duchowością, a tak naprawdę chodzi o sferę emocjonalną, niesłychanie istotną, ale różną i odmienną od sfery ducha.

Kto to jest człowiek religijny?

To każdy człowiek. Jestem głęboko przekonany, że człowiek jest z natury nie tylko zwierzęciem ekonomicznym, społecznym i politycznym, ale i zwierzęciem religijnym. Poszukuje sensu, który miałby wymiar przekraczający jego życie i nadałby celowość jego działaniom poprzez odniesienie do rzeczywistości transcendentnej, którą najczęściej nazywa Bogiem czy bogami. Ten wspólny dla wszystkich wymiar ludzkiego wnętrza nazwałbym religią. Natomiast dla przyjęcia objawienia Boga Abrahama, Izaaka, Jakuba i Jezusa rezerwowałbym termin „wiara”. To bardzo pożyteczne rozróżnienie. Pozwala precyzyjnie określić, o czym mówimy.

Próbując opisać przestrzeń duchową dzisiejszego świata, warto zastanowić się, jakie idee i prądy umysłowe najsilniej odcisnęły się na dzisiejszym kształcie duchowości człowieka.

To trudne pytanie. Wymagałoby napisania ogromnego tomu. Jestem głęboko przekonany, że od jakiegoś czasu przeżywamy zasadniczą przemianę paradygmatu kultury czy może współistnienie różnych paradygmatów. Co to znaczy? Dla XIX i znacznej części XX wieku aktualny był paradygmat kultury materialistycznej. Mam na myśli kult nauki rozumiany jako scjentyzm oraz materializm. Prorokowano o końcu religii, o zmierzchu sacrum, o oczywistości procesów sekularyzacyjnych itd. Natomiast w drugiej połowie zeszłego, czyli XX wieku, zaczęto mówić o znakach wskazujących na powrót sacrum. W wyjałowionym świecie technologiczno–materialistycznym człowiek nie mógł znaleźć swojego miejsca, stale pytał o sens. Dochodziły do głosu jego potrzeby duchowe. Okazało się, że paradygmat materialistyczno–scjentyczny nie był w stanie odpowiedzieć na najbardziej podstawowe pytania człowieka. Spodziewaliśmy się powrotu ludzi do grzecznej tradycji skanalizowanej w ustalonych instytucjach życia duchowego, jak tradycyjne Kościoły. Okazało się, że wróciło „dzikie sacrum” — jak powiedział jeden z antropologów francuskich — sacrum niezorganizowane, poszukujące nowych form, będące zarazem powrotem do bardzo archaicznej religijności. Na nowo nawiązywano do wiary w gwiazdy, los, wróżby. Tym charakteryzowały się archaiczne religie kosmiczne, zanim zostały poddane profetycznej rewolucji Abrahama, polegającej na związaniu sacrum z elementem etycznym oraz powinnością wobec Osoby Boskiej i ludzkiej. „Dzikie sacrum” jest w dużym stopniu stechnicyzowane. Człowiek poszukuje przepisów na zachowania, podobnych do instrukcji pozwalającej oswoić nowy gadżet elektroniczny. Sukcesy rozmaitych szkół jogi, oddechów czy innych płyną stąd, że ludzie poszukują prostych przepisów, które za cenę pewnego wysiłku czy wytrwałości, dawałyby im udział w wyższym wymiarze życia.

W nowej, dzikiej duchowości powinność etyczna, czyli odpowiedzialność za czy wobec człowieka występuje na bardzo dalekim miejscu. Jest to bardzo niebezpieczne. W tym kontekście interesujące są wypowiedzi nieżyjącego już myśliciela Emmanuela Lévinasa, który powiada, że prawdziwą religię należy utożsamić z etyką, to znaczy z powinnością wobec twarzy drugiego człowieka. Lévinas zdecydowanie wypowiadał się przeciwko odrodzeniu religijnemu, które miałoby być powrotem do archaicznej, pogańskiej religijności. Twierdził, że religia to odpowiedź na wyzwanie etyczne, a nie tylko poszukiwanie estetycznej satysfakcji.

Dlaczego nastąpił powrót do archaicznych form religijności?

Nie umiem powiedzieć. Być może Kohelet ma rację, że nic nowego pod Słońcem. Dzieje toczą się w ten sposób, że koziołkujemy, ciągle wracając do tej samej kondycji, aczkolwiek na innym poziomie. Może mamy do czynienia z jakąś spiralą.

Człowiek jest nieuleczalnie religijny i odczuwa głód sacrum. Religijnych tęsknot, niepokojów, dreszczy, które są autentycznym wyrazem jego duchowości, nie nakarmi się namiastkami. Powstaje pytanie, co go nakarmi. Można mu dać konserwy sprzed wieków, a można spróbować dać mu stały pokarm. To jest zadanie wiary. Taki treściwy pokarm jest wymagający i trzeba dużego wysiłku, był stał się mocą, która pozwala żyć.

Rozumiem, że „dzikie sacrum” byłoby przejawem pewnego lenistwa duchowego, chodzeniem na skróty, wyrazem religijności, a nie wiary?

Tak, i dlatego myślę, że wiele słuszności ma Lévinas, gdy mówi o estetycznym wymiarze religijności psychocentrycznej, zorientowanej na rozwiązywanie przez człowieka osobistych konfliktów i problemów. Tak zwany człowiek współczesny jest szalenie powikłany w warstwie emocjonalnej i nie należy tego lekceważyć. Jest on nie tyle ateistą, co egotykiem: bardzo siebie nie lubi, ma liczne obolałości i rany, jest zajęty sobą i leczeniem siebie. Tymczasem wiara Abrahama i Jezusa jest wezwaniem do nieustannego wykraczania poza siebie. Taka postawa kształtuje nie tylko stosunek do Boga, ale również do drugiego człowieka i do siebie. W dialogicznej formie religijności człowiek jest świadomy, że znajdzie prawdę o sobie, nie tyle patrząc w lustro, co w twarz drugiego człowieka, która jest sakramentem spotkania z Bogiem. Ewangelia wyraźnie mówi, że człowiek jest sakramentem, znakiem widzialnym obecności Niewidzialnego.

Światem rządzi konsumpcja i pieniądz. Czy nie można powiedzieć, że dla zmaterializowanego człowieka każde doświadczenie religijne, nawet dzikiego sacrum, może być szansą na przebudzenie, wstępem do dalszych poszukiwań, przedsionkiem wiary?

Nowa religijność ma bardzo istotne znaczenie w stosunku do odchodzącego paradygmatu materialistyczno–scjentystycznego. Pozwala ludziom uświadomić sobie ich religijny głód. Obudzenie tego głodu uważam za sprawę pozytywną. Pozostaje jednak pytanie, w jaki sposób ten głód nasycić. Wiele prób sycenia go ma nie tylko charakter powrotu do pierwotnego i pogańskiego sacrum, ale nosi znamiona starożytnej gnozy — tradycji filozoficzno–religijnej, która rozwijała się na obrzeżach chrześcijaństwa, islamu i judaizmu. Poszukuje ona drogi do sacrum nie na płaszczyźnie wiary, która jest domeną maluczkich, ale wiedzy, zarezerwowanej dla mądrych. Niektóre nurty New Age są nurtami gnostyckimi czasu demokratycznego, który jest gotowy spłaszczyć każdą wiedzę i udostępnić ją wszystkim. Gnostycy żyjący współcześnie są wstrząśnięci, że ezoteryczna, wielka, bardzo wyrafinowana wiedza wtajemniczonych staje się tematem masowych seriali. Gnozę przerabia się na techniczne instrukcje: daje się łatwe z pozoru przepisy na zachowania, działania czy leczenia psychoterapeutyczne. Wydają się one bardziej przydatne człowiekowi niż ogólnikowe wskazania chrześcijańskie. Współczesny człowiek oczekuje krótkiego kursu miłości bliźniego, dającego uprawnienia do jej stosowania. Największym wrogiem chrześcijaństwa nie jest materializm, ale właśnie gnoza i jej popłuczyny. Paradoksalnie czas odrodzenia religii jest dla wiary wyzwaniem dużo poważniejszym i groźniejszym niż czasy materializmu. Materializm ma rację, materia bowiem istnieje. Myli się, gdy twierdzi, że istnieje tylko materia, ale przecież materia to poczciwe, Boże stworzenie. Materializm jasno i wyraźnie określa swój przedmiot. Natomiast niejasna i śliska czasami sfera duchowości, będąc tworem o zamazanych konturach, ma skłonność do rozmywania rzeczywistości, do nieokreśloności, do sprowadzania wszystkiego do postmodernistycznej estetyki, w której nie ma żadnych reguł.

Co jeszcze, prócz gnozy, niszczy duchowość człowieka?

Cała kultura postmodernistyczna i wszelakiego rodzaju relatywizmy, które są przekonane, że dążenie do prawdy jest z natury nietolerancyjne. Twierdzą, że jeżeli gotów jesteś dać głowę za stwierdzenie, że dwa razy dwa jest cztery, to znaczy, że jesteś nietolerancyjny wobec człowieka, który jest przekonany, że dwa razy dwa jest cztery i pół. Wszyscy, którzy mówią, że istnieje prawda obiektywna, a nie tylko subiektywne przekonanie, są nietolerancyjni. Nie wolno mieć mocnych przekonań, bo grozi to faszyzmem i totalitaryzmem. Jeżeli ktoś ma zdecydowane poglądy, jest wrogiem ludzkości. Jestem przekonany, że to jest jeden z poważniejszych zabobonów współczesnych. Wezwanie etyczne, którym jest twarz drugiego, szczególnie gdy jest on człowiekiem bezbronnym, potrzebującym pomocy, jest wymaganiem bezwzględnym. Zamienianie tego wezwania na artystyczny czy pseudoartystyczny happening, jest zabawą dzieci niezdających sobie sprawy, że ktoś cierpi. Nie wolno relatywizować cierpienia, zwłaszcza gdy dotyczy ono sfery duchowej. Relatywizm ostatecznie prowadzi do obojętności, a ona jest odebraniem człowiekowi jego godności.

W obecnym czasie mówi się, że odchodzi paradygmat kultury oświeceniowej. Uważam jednak, że Kościół czy wielkie tradycje religijne, ze względu na swój konserwatyzm, powinny przechować to, co jest mądre w tradycji oświeceniowej. Na przykład: świadomość rozumu wobec irracjonalizmu, który nam groził, czy kantowskie przekonania o powszechnie obowiązującym imperatywie. Nie wszyscy myśliciele oświecenia byli relatywistami; wielu poszukiwało formy, która by pozwoliła człowiekowi ocalić jego godność. Troszcząc się o zachowanie człowieczeństwa, przeciwstawiało się rozmyciu oraz duchowej i intelektualnej dekadencji. Obecnie wierze potrzebne jest przymierze z oczyszczonym i dobrze rozumianym duchem oświecenia.

Mam wrażenie, że świat oszalał. Ze świecą można szukać ludzi prawdziwie mądrych, a ilość zwyczajnej głupoty podniesionej przez mass media do rangi sztuki, oryginalności czy mody jest przytłaczająca. Trudno mówić o głębi czy mądrości ludzi, skoro brak im elementarnego poczucia zdrowego rozsądku. Czy skazani jesteśmy na postępującą infantylizację i zdziwaczenie?

Niektórzy powiadają, że głupota jest gorsza od grzechu, bo za grzech można żałować, a głupoty się nie widzi. Powiedzieć, że ktoś głupieje, oznacza, że traci zdrowy rozsądek. Jeżeli człowiek przeżywa duchową pustkę, z którą żyć nie może, to szuka miejsca, by ją zagłuszyć. W Myślach Pascala jest rozważany temat duchowego spustoszenia, jakie sprowadza rozrywka. Jedną z przyczyn wielu nieszczęść na świecie jest fakt, że człowiek nie potrafi przez godzinę wysiedzieć w swoim pokoju, tylko zaraz gdzieś go niesie, musi coś robić, ponieważ się nudzi. Nuda jest objawieniem wewnętrznej pustki. Kultura masowa jest próbą jej zagłuszenia, dlatego szuka się ciągle nowego towaru, który skutecznie zaoszczędziłby człowiekowi bólu samodzielnego myślenia.

Pascal powiada, że są dwa rodzaje ludzi, którzy stanowią sól ziemi: wielcy geniusze i ludzie naprawdę prości. Najgorsi są ci po środku: ćwierćinteligenci czy półinteligenci. Problem tak zwanej masowej kultury to produkcja półinteligentów, którzy niewiele wiedzą, ale są przekonani, że wiedzą wszystko, i odpowiadają na każde pytanie. Są przemądrzali i brak im pokory. Jednak również ćwierćinteligent jest człowiekiem posiadającym duszę nieśmiertelną i Kościół jest do niego posłany z dobrą nowiną o zbawieniu.

Czy zgadza się Ojciec z opinią, że wiara będzie przeżywana coraz bardziej płytko, a religia będzie ulegać komercjalizacji?

Jeżeli mówimy o Kościele katolickim, to byłoby bardzo niebezpieczne, gdyby duszpasterze próbowali w tani sposób przypodobać się ludziom i przystosowali odpowiedzi wiary do współczesnej sytuacji. Wtedy reklamowaliby zbawienie duszy w sposób analogiczny do środków higieny osobistej. Byłoby to niesłychanie groźna komercjalizacja. Co nie znaczy, że wiara nie ma być obecna w środkach masowego przekazu.

Pytając o komercjalizację, miałam na myśli zależność popytu i podaży. Skoro jest głód transcendencji, to na rynku pojawia się oferta religijna. Mam wrażenie, że wiara dialogiczna nie podlega tym prawom, ale czy sfera religijna nie jest na nie podatna?

W epoce globalizacji wszystko staje się towarem, wszystko jest na sprzedaż. Sfera religijna jest wartościowa, więc rynek byłby głupi, gdyby nią nie handlował. W latach sześćdziesiątych pojawiły się nurty kontrkultury mające przeciwstawiać się ustabilizowanej i materialistycznej kulturze Zachodu. Bardzo szybko zostały przechwycone przez rynek i zaczęto sprzedawać gadżety dla hippisów, robiąc na tym niezłe interesy. Popatrzcie, ile sprzedaje się rodzajów kadzidełek, które miały i mają znaczenie w tradycjach dalekowschodnich. Stały się przedmiotem handlowym, utraciły zupełnie głębszy sens i są okazją do doznań zapachowych.

Jak po zmianie paradygmatu głosić Chrystusa ukrzyżowanego?

Grecy zawsze szukają mądrości, a Żydzi znaku. Niewątpliwie krzyż jest największym, najtrudniejszym wyzwaniem dla człowieka. Jeżelibyśmy starali się przypodobać światu i głosić różowe chrześcijaństwo: poczciwe i psychoterapeutyczne, które byłoby miękkim plastrem nakładanym na dolegliwości człowieka, to uleglibyśmy wewnętrznej komercjalizacji wiary. Nauka Jezusa zawsze przerastała ludzi. Apostołowie musieli dorastać przez trzy lata, żeby coś zrozumieć, a i tak im się to nie udało, dopóki nie otrzymali Ducha Świętego. Stajemy wobec ogromnego wezwania. Z jednej strony głodna rzesza ludzi, którą trzeba nakarmić, z drugiej strony nie wolno spłaszczać odpowiedzi, które wypływają z nauczania Jezusa Chrystusa.

Spójrzmy na Jana Pawła II, który nie proponuje łatwego chrześcijaństwa. Wielokrotnie mówił, jak ważne było dla niego odkrycie, że chrześcijaństwo jest trudną prawdą. Podkreśla to zawsze, choćby swoją postawą przełamywania choroby. Będąc bohaterem mass mediów, nigdy im nie schlebia, choć jest bardzo otwarty. Niesłychany jest fenomen jego kontaktu z młodzieżą, który zaprzecza łatwym osądom: gdy rysujemy w ciemnych barwach sytuację współczesnego świata, okazuje się, że nie jest to mapa dokładna, nie pokrywa całego obszaru ludzkich aspiracji i wiary. Uczyniony na obraz i podobieństwo Boże człowiek pozostaje, także i w XXI wieku, stworzeniem rozumnym i wolnym. Uwierzmy w naturę, która nie oszukuje. Człowiek, pragnąc duchowego pokarmu, nie do końca da się zalepić postmodernistycznymi papkami, bo jest w nim pragnienie czegoś prawdziwego. Postawienie wymagań pomaga człowiekowi odkrywać swoją godność. Zaniżenie ich to obniżanie poziomu oczekiwań w stosunku do niego. Trzeba mieć szacunek dla człowieka, żeby podnosić mu poprzeczkę.

Ludzie odchodzą od chrześcijaństwa, bo stawia wymagania. Szukając wolności, idą do sekt, które ich zniewalają. Jeżeli człowiekiem powoduje szukanie siebie, to dlaczego tak łatwo wielu ludzi oddaje swoją wolność na rzecz sekt, mody, niewyróżniania się z tłumu?

Ten mechanizm został dawno opisany przez Fromma w Ucieczce od wolności. Wolność jest trudniejsza od niewoli. Przekonujemy się o tym od dziesięciu lat. W pewnym sensie w Polsce żyje się trudniej, dlatego że wolność wymaga odpowiedzialności… Kiedy siedzę w ciupie, kiedy dadzą mi trzy razy dziennie jeść i wyprowadzą na godzinny spacer, to mogę sobie bardzo łatwo w tym funkcjonować. Opowiadano o dyrektorze zamkniętym za malwersacje, któremu dali ziemniaki do skrobania. Kazali segregować: duże, małe, średnie. Wylądował w szpitalu psychiatrycznym, bo co ziemniak, to decyzja. Człowiek postawiony wobec konieczności wyboru zatęskni za sytuacją, w której ktoś będzie za niego podejmował decyzje.

Wychowawcy podkreślają ten paradoks u licealistów i studentów. Z jednej strony zbiorowa kontestacja wobec kultury uznanej, z drugiej szalony konformizm wewnątrz grupy, gdzie przeciwstawienie się, inny sposób zachowania, bycia, śpiewania skazuje człowieka na samotność. Ten mechanizm potwierdza się w przypadku sekt, które stoją w opozycji do tradycyjnego Kościoła, więc zaspokajają potrzebę kontestacji, a jednocześnie dają poczucie bezpieczeństwa polegające na absolutnym konformizmie wewnątrz grupy. Psychologicznie rzecz biorąc, mechanizm sekty znakomicie odpowiada niedojrzałym postawom emocjonalnym.

Mówi się, że sekty wchodzą w miejsca niezagospodarowane przez Kościół. Czy Kościół może wszystkie takie miejsca zagospodarowywać?

W dużym stopniu tak. Sekty dają doświadczenie wspólnoty. Kościół w Polsce jest często instytucją, która świadczy usługi religijne jednostkom gromadzącym się na Mszy parafialnej. Pomiędzy ludźmi nie ma żadnej więzi. Tam, gdzie rozwijają się ruchy rozmaitego typu: neokatechumenat, Odnowa w Duchu Świętym czy oazy, sekty mają mniejsze możliwości działania. Takich ruchów jest bardzo dużo. To autentyczna odpowiedź na potrzebę przeżywania relacji religijnych wewnątrz żywej wspólnoty, na pragnienie wyjścia z osamotnienia. Na terenie sekt nauki czy dogmaty są drugorzędne w stosunku do zaspokajanych tam potrzeb. A przecież one mogą być także spełnione w obrębie Kościoła katolickiego. Parafia może stać się wspólnotą wspólnot, tylko to wymaga wysiłku, wyobraźni i otwarcia.

Dlaczego sektom tak łatwo przychodzi to, na co Kościołowi tak trudno się zdobyć?

Socjologowie już dawno opisywali fenomen zakonów jako sekt, które zostały ukościelnione. Każdy z wielkich zakonów to sekta wchłonięta przez Kościół. Wielkość Kościoła katolickiego polega na tym, że stanowi wspólnotę, w której współistnieją różne wspólnotki zwane zakonami czy duchowościami… Protestantyzm nie umiał wypracować takiego mechanizmu, dlatego rozpadał się ciągle na nowe sekty. Proboszczowie nieufni wobec członków nowych ruchów mówią o nich: „sekciarze”. W pewnym sensie mają rację, bo to jest nowa duchowość, ale znalazła ona miejsce wewnątrz Kościoła. Duszpasterz powinien dbać o to, aby ludzie odkrywali swoje miejsce w Kościele. Mogą wtedy wiele wnieść do wspólnoty parafialnej.

Czy nie jest tak, że sekty działają nie w lukach zostawionych przez Kościół, ale ściągają ludzi w przestrzeń niechrześcijańską, której Kościół nie jest w stanie wchłonąć?

Czasem u podstaw sekty stoi fałszywa antropologia. Bezpieczeństwo, które dają wróżby, wynika z przekonania, że istnieje los prowadzący ludzi żelazną ręką. Za tym kryje się rezygnacja z wolności. Jeszcze raz wracamy do alternatywy: wolność albo bezpieczeństwo. Wbrew temu, co się mówi o Kościele — że to wielka totalitarna instytucja — będzie on do końca bronił wolności i odpowiedzialności człowieka, akceptując brak wszystkich odpowiedzi i pewną ciemność w człowieczym sercu. Sekty zapychają prawdziwe potrzeby ludzi fałszywymi pożywkami, dając im złudne poczucie bezpieczeństwa.

Zauważmy, że dla ludzi odchodzących do sekt przestaje się liczyć prawda. Ktoś przychodzi do sekty. Na stwierdzenie, że Jezus Chrystus jest prawdą, odpowiada: „Ja tam znalazłem sens i rozwiązanie moich problemów”. Ciekawe jest oddzielenie sensu od prawdy. Sens, to znaczy zaspokojenie potrzeb: psychicznych czy duchowych. Problem prawdy, tego, co jest rzeczywiste, schodzi na dalszy plan, przestaje interesować, bo jestem skoncentrowany na rozstrzyganiu własnych problemów i poszukiwaniu odpowiedzi na swoje przeżycia.

Czy proroctwa zapowiadające, że Kościół katolicki będzie tracił na znaczeniu, są życzeniowym myśleniem osób mu niechętnych, czy też istnieją podstawy, by snuć takie przypuszczenia?

Nie podejmuję się prorokowania. W końcu zaprzeszłego wieku przewidywano kryzys cywilizacyjny w Paryżu, bo ilość końskiego nawozu miała być tak wielka, że nie można byłoby się poruszać po ulicach. Potem wynaleziono samochód i wszystko się zmieniło. Pierwszy okres mojego duszpasterzowania był zmaganiem się z ateizmem. Wydawało się, że łącznie z marksizmem stanowią największe wyzwanie dla Kościoła. Dziś to wszystko odeszło i mamy zupełnie inne problemy. Tłumaczono, że komunizm zwycięży na całym świecie i że religia jako opium ludu obumrze. W tej chwili też się głosi teorię obumarcia religii. Słychać czasami wypowiedzi pod adresem ludzi religijnych: nikt was nie będzie zwalczał, będziecie mieli wszystkie prawa obywatelskie, ale umrzecie własną naturalną śmiercią i przyjdzie nowe. Jestem niesłychanie ostrożny wobec przepowiedni, które polegają na rzutowaniu stanu obecnego w przyszłość. Teraz następują przemiany, ale na ile dzisiejsze wezwania będą aktualne za dziesięć lat? Na ile na przykład New Age jest faktem medialnym? Na ile on rzeczywiście działa? Stawiam tezę, że jest on raczej jednym z nurtów medialnych, który dobrze się sprzedaje. Tymczasem protestanci, zwłaszcza amerykańscy, rozpoczęli krucjatę przeciwko New Age, bo on im zagraża szczególnie na obrzeżach rozmaitych wolnych Kościołów. Kościół katolicki jest dużo lepiej przygotowany do konfrontacji, bo posiada dobrze rozbudowaną sferę liturgii i niezracjonalizowanej (jednak!) religii. Tymczasem New Age jest odpowiedzią na zracjonalizowaną i zinstytucjonalizowaną religijność. Patrząc w przyszłość, jestem raczej optymistą.

Jak uniknąć pułapki dopatrywania się New Age w każdej ekologii lub baśni, zachowując równocześnie wrażliwość na niebezpieczeństwa związane z tym ruchem?

Odpowiedzią jest złoty środek, który jest tam, gdzie jest rzeczywistość. Istnieją autentyczne problemy ekologiczne. Na przykład nie chciałbym mieszkać na Ziemi, która byłaby cała zabetonowana… Trzeba rozsądnie mówić o ważnych rzeczach, a nie przywoływać na nowo mitologię Gai, pogańskie tradycje i odwoływać się do religii kosmicznej. Myślę, że wystarczającym argumentem za działaniem proekologicznym są realne problemy. Ziemi, jako stworzeniu Bożemu, należy się szacunek. Niewątpliwie chrześcijanie muszą przeprowadzić głębszą refleksję nad tym, co Pan Bóg miał na myśli, gdy mówił: „Czyńcie ją sobie poddaną”.

Czy opowiadanie baśni albo czytanie książek takich jak „Harry Potter”, pełnych czarów, zaklęć i magii jest formą kultywowania New Age?

Problem jest gdzie indziej. Zauważono, że bardzo niebezpieczną tendencją jest fakt, iż rodzice przestają opowiadać dzieciom bajki, tylko włączają telewizor albo wideo. Jest niesłychanie ważne, by dziecko uczyło się słuchać albo czytać, bo to uczy je koncentracji i wyrabia wyobraźnię. Robienie z Baby–Jagi New Age’owej czarownicy jest oczywistą bzdurą. Nie wpadajmy w przesadę, w nonsens… Bajki są bardzo piękną rzeczą i każda wielka kultura je wypracowała. Również chrześcijaństwo ma swoje bajki, jak na przykład opowieści apokryficzne. Uzupełniają one swoją wyobraźnią opowieści ewangeliczne. Są cudowne, wspaniałe i niesłychanie przybliżają ważne treści ludziom.

Magia jest zafałszowaniem religii polegającym na tym, że człowiek nie jest poddany Bogu, ale stara się wykorzystać siły sakralne dla swoich korzyści. W New Age występuje bardzo groźny element magii. Jeżeli bajka będzie szkoleniem ludzi w sztuce panowania nad tajemnymi, sakralnymi siłami w celu podporządkowania ich sobie, to zaczyna być niebezpieczna. Nie dajmy się jednak zwariować. Bajka czy ekologia są sprawami normalnymi i koniecznymi dla funkcjonowania ludzkiej kultury i ludzkiego życia.

Gdy mówimy o New Age, warto zauważyć, że w niektórych środowiskach chrześcijańskich pojawiła się alergia na rzeczywistości dalekowschodnie, które utożsamia się z bożkami czy nawet wpływem złego ducha.

Trzeba tu zrobić rozróżnienie. Czym innym są rozmaite ugrupowania czy może nawet sekty, które przyjmują koloryt dalekowschodni, a czym innym autentyczne tradycje religijne Wschodu, które mają swoją duchowość, świadomość niedoli na tym świecie i obiecują zbawienie. Jeżeli Papież list na 1 stycznia, czyli na Dzień Modlitw o Pokój, poświęcił dialogowi między kulturami, to na Watykanie mają świadomość, że wiek XXI będzie wiekiem dialogu z Azją, która jest wielkim wyzwaniem ewangelizacyjnym. Co innego pomoc ubogim w Afryce, a co innego ewangelizacja w Indiach, gdzie jest wielka kultura duchowa. Nie jest rzeczą prostą prowadzić dialog, nie popadając w łatwe pomieszania, jak to czynił de Mello.

Czytałem pod tym kątem teksty Thomasa Mertona, któremu zarzucano, że szedł w kierunku Azji. Tylko że on miał bardzo wielką świadomość, iż dialog musi być spokojny i odpowiedzialny. Po pierwsze, powinny go prowadzić wyspecjalizowane grupy, na przykład zakony, dlatego proponował rozmowy między mnichami chrześcijańskimi a buddyjskimi. Twierdził, że to będzie ogromne wyzwanie dla chrześcijaństwa i kultury zachodniej. Tak naprawdę, to z czym my przyjdziemy do takiego dialogu, z naszą zlaicyzowaną kulturą europejską? Do buddystów z Freudem? Z psychoanalizą? Ludzie kompetentni twierdzą, że spotkanie będzie wymagało od chrześcijan odnalezienia swoich autentycznych korzeni: mistycznych i metafizycznych.

Natomiast reagowanie alergiczne, że to, co dalekowschodnie, jest zaraz New Age’owskie, jest bez sensu. Nie mieszajmy New Age, gadżetu kultury masowej przełomu tysiącleci, z wielką i bardzo poważną kulturą duchową.

Omówiliśmy kilka fragmentów krajobrazu duchowego dzisiejszego świata. Jaka powinna być odpowiedź Kościoła? Na co należałoby położyć akcent? Gdzie skoncentrować wysiłki?

Na pewno nie jest odpowiedzią postawa lękowa. Nie mogę reagować lękiem, bo to niegodne chrześcijanina. Dlaczego mamy się zamykać w Wieczerniku w obawie przed żydami czy buddystami? Już kiedyś na tych zamkniętych spadł Duch Święty i wtedy pobiegli. Ten bieg ma trwać. Lękowe zamknięcie się w Wieczerniku po prostu jest nudne. Tak bym rozumiał wielki lejtmotyw papieskiego nauczania: „Nie lękajcie się, nie bójcie się” tego świata, który idzie. Nie węszcie wszędzie wielkiego zagrożenia, albowiem od wszystkich idei i koncepcji ważniejszy jest człowiek. Chrześcijanin ma go dostrzegać, niezależnie od tego, co ten człowiek myśli i w co wierzy. Każdemu trzeba przynieść nadzieję ocalenia i nadzieję życia. Tak jak Jezus Chrystus, który powiedział, że słowa Jego nie przeminą. I że gdzie dwóch lub trzech się zgromadzi, tam On będzie z nimi. Nie jesteśmy zwolennikami ideologii, którą trzeba zaprowadzać siłą, tylko świadkami Jezusa Chrystusa i Jego miłości.

Jeżeli Bóg daje nam jakieś wyzwanie, to coś chce nam powiedzieć. Ateizm bardzo wiele dał Kościołowi, oczyszczając go z fałszywych obrazów Boga. Zadajmy sobie już teraz teologiczne pytanie: dlaczego Pan Bóg dopuszcza do nas teraz tego typu wyzwania i z czego chce nas oczyścić? To zapytanie, to wyzwanie ma charakter profetyczny.

Jakby Ojciec na nie odpowiedział?

Ludzie potrzebują głębszej strawy duchowej. Dlaczego przechowywaliśmy w Kościele wielkie pokłady duchowości zamknięte w bibliotekach klasztornych? Niewątpliwie trzeba z tym wyjść i dawać ludziom, bo im nie wystarczy tylko Katechizm i moralizowanie. Była cała teoria teologiczna, która mówiła, że wiernym należy głosić dziesięcioro przykazań, a jedynie dla wtajemniczonych są dary Ducha Świętego, czyli życie duchowe. Nieprawda, trzeba w pełni otworzyć całe bogactwo życia duchowego w Kościele, udostępnić je ludziom świeckim, przygotowując ich do korzystania z niego. Ludzie idą do sekt, bo są głodni, nie są nakarmieni, bo dostają tylko bardzo ubogi pokarm. Praktycznie oznacza to katechizację dorosłych, tworzenie wspólnot, które będą pogłębiały znajomość prawd wiary i modlitwę. Chodzi zatem o odpowiedź ofensywną, raczej szukanie ludzi niż czekanie, że ktoś przyjdzie, albo biadolenie, że kogoś nam zabiorą.

Powinniśmy się oczyścić z chorobliwego poczucia bezpieczeństwa, z triumfalizmu, który nam grozi, z pychy, która jest przeciwieństwem ducha służby i szacunku dla każdego człowieka, z zarozumiałości… Jak już tyle oczyścimy, to będzie dobrze.

Dziękujemy za rozmowę.

Z pokorą, ale bez lęku
Jan Andrzej Kłoczowski OP

urodzony 5 lipca 1937 r. w Warszawie – dominikanin, teolog, profesor filozofii, publicysta, rekolekcjonista, duszpasterz akademicki, mistrz świętej teologii, jeden z trzech ojców założycieli miesięcznika „W drodze”, był także duchowym opiekunem środowisk opozycyjnych....

Z pokorą, ale bez lęku
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....