Zacznijmy od kaszy i piwa

Zacznijmy od kaszy i piwa

1.

Boga nikt nigdy nie widział tak, jak widzimy stojącą i podziwianą przez nas rzeźbę. Boga nikt nie dotyka tak, jak się dotyka kochanej osoby. W końcu nikt też nie polemizuje z Bogiem przy kuflu piwa tak, jak się polemizuje z przyjacielem o odmiennych poglądach politycznych. Gdzie zatem jest Bóg, którego – jako chrześcijanie – głosimy światu? Ba, jak mówić o Bogu w świecie, który tylko to, co zobaczy i czego dotknie, uważa za istniejące i realne? Czy zatem mówienie o Bogu ma jeszcze sens? Czy nie jest to przejaw szaleństwa, rzucania się z motyką na słońce? Albo, w najlepszym razie, przekonywanie i tak już przekonanych?

Co więcej, w świecie, w którym technika dominuje nad myśleniem, seks nad miłością, konsumpcja nad solidarnością, los Boga jest nie do pozazdroszczenia. Jego istnienie i działanie nie jest więc dziś tak oczywiste, jak oczywiste było jeszcze przed 100 laty, choć przecież po stronie Boga nic się nie zmieniło. To prawda, że – na przykład w Irlandii, po której obecnie podróżuję – wciąż zdaje mi się, iż wszystko do mnie mówi: „Tu jest Bóg”. Stale napotykam tu znaki chrześcijańskiej obecności. Zaglądam do niezliczonych kościołów, które na zawsze będą świadczyć o chrześcijańskim dziedzictwie mieszkańców Zielonej Wyspy. Czy jednak ten religijny nastrój, dodajmy, że w dużym stopniu katolicki, którym tętni ta ziemia, sprzyja rozmawianiu o Bogu?

2.

W Irlandii przypomniały mi się słowa współczesnego hiszpańskiego teologa Jona Sobrino, który powiedział, że ludzie Zachodu tym się różnią od mieszkańców Ameryki Łacińskiej, że wciąż stawiają pytanie, czy Bóg istnieje, podczas gdy ci drudzy pytają, czy Bóg się nimi opiekuje. Kiedy my kwestionujemy istnienie Boga, oni zapytują o Jego troskę – bo Jego istnienie jest dla nich oczywiste.

Z tej odmiennej perspektywy zdałem sobie sprawę jeszcze lepiej, gdy w Irlandii spotkałem Gerarda. To miły, uprzejmy i życzliwy starszy mężczyzna. Oczywiście o nienagannych manierach – jak na Holendra przystało. Ponieważ jest organistą, wydało mi się całkowicie naturalne, że przedmiotem naszej konwersacji powinien być Bóg, kondycja chrześcijaństwa europejskiego itd. Ja, katolik, miłośnik teologii. On, jak się przyznał, wychowany w tradycji protestanckiej, miłośnik muzyki organowej. Szybko jednak wyszło na jaw, że Gerarda Bóg „nie interesuje”. Kiedy delikatnie zapytałem, dlaczego, wyznał, że jest niewierzący. „To niemożliwe, aby Bóg istniał” – powiedział krótko, dając zarazem do zrozumienia, że w zasadzie dyskusja jest skończona. Rozmawialiśmy więc o wszystkim, jak choćby o typowych przywarach Holendrów czy Polaków, ale nie o Bogu. „Bóg” objęty był niepisanym nakazem milczenia, bo – jak prawdopodobnie sądził mój nowy znajomy – rozmowa na Jego temat tylko by nas podzieliła.

Kiedy myślę o spotkaniu z Gerardem, zastanawiam się, czy czasami nie stchórzyłem, milcząc o swoim Bogu. Już wtedy bowiem po głowie chodziło mi pytanie, które chciałem mu zadać, ale się nie odważyłem: „Jak można nie wierzyć w Boga, gdy większość swojego życia spędza się w kościele, słucha kazań i uczestniczy w kościelnych ceremoniach?”. Gerard przecież, jako organista, tak właśnie żył. Jednak, z drugiej strony, może to nie jest aż tak dziwne, skoro czasami mówi się o niewierzących teologach. Myślicielach nieustannie zajmujących się Bogiem, w którego nie wierzą. Piszą książki, uczą studentów, wygłaszają prelekcje na temat „przedmiotu swych badań”, który – jak utrzymują – nie istnieje. Czy rzeczywiście można być niewierzącym teologiem? Osobiście w to wątpię.

3.

Cóż jednak musiałby zrobić Bóg, by Jego istnienie dla nas, ludzi wierzących, stało się ostatecznym potwierdzeniem naszej wiary, a dla niewierzących dowodem na to, że niesłusznie je podważają? Zarazem, czyż nie jest paradoksem, że świat, który – jak ufają chrześcijanie – jest dziełem Boga, wypełniają też osoby niewierzące? Jak zatem ja, myślę sobie teraz głośno, mam zaświadczać, że Bóg jest i że jest dobry i miłujący, skoro wydaje się, że On sam nie robi nic, choć przecież wszystko może, aby pomóc mi przekonać innych, że nie jest tylko projekcją moich czy czyichś potrzeb, ale że realnie istnieje i działa w świecie, który do Niego należy?

No właśnie, świat należy do Boga… Może więc to jest nasz, ludzi wierzących, największy błąd, że się spinamy, by – czasami nachalnie – przekonywać niewierzących, że Bóg jest i działa. Bo czyż to rzeczywiście mało, gdy wierzący spotykają niewierzących i zaczynają ze sobą przebywać, śmiać się, rozumieć? Czy to nie w takim przyjaznym spotykaniu Bóg objawia się w sposób najbardziej namacalny? Czyż więc nie powinniśmy zacząć naszych spotkań z niewierzącymi tak po prostu – od wspólnej kaszy i piwa? A resztę pozostawić Bogu…

P.S. Mój felieton pt. Chrześcijaństwo lewaka Obamy doczekał się wielu krytycznych komentarzy Czytelników „W drodze”. Do pytania o to, jak katolik może popierać Obamę, które stawiano mi najczęściej, wrócę w przyszłym miesiącu.

Zacznijmy od kaszy i piwa
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...