Zadziwienie Pana Boga

Zadziwienie Pana Boga

Bóg, który dokonuje cudów uzdrowienia czy jakichkolwiek niezwykłych interwencji związanych z porządkiem natury, zachowuje się jak malarz czy reżyser modyfikujący swoje dzieło.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że cuda zawsze sprawiały kłopot naszej wierze. Coś jednak zdecydowanie się zmieniło. O ile bowiem dotychczas problem ów zwykle polegał na tym, że w cuda wierzono zbyt łatwo, o tyle dziś cudem jest znalezienie chrześcijanina, który zachowując racjonalny charakter swojej wiary, w cuda wierzy i swoją wiarę potrafi obronić i uzasadnić. Coraz częściej po prostu wstydzimy się wiary w to, że Bóg może bezpośrednio i skutecznie wkroczyć w bieg rzeczy naszego świata i – co więcej – zdarza Mu się to robić. Wiara w cuda stała się synonimem fideizmu, oznaką tzw. pobożności ludowej i w istocie bardziej traktujemy cuda jako pozostałe jeszcze w chrześcijaństwie resztki magicznej religijności świata z czasów przed Chrystusem niż ważną część naszego wyznania wiary.

Wczoraj wpadł mi w ręce artykuł pana Adama Szostkiewicza o znamiennym tytule Po co te cuda? („Polityka” nr 15/2600, 14 kwietnia 2007, s. 24–25). Nad tekstem artykułu widnieje zdanie, które niewątpliwie jest i prawdziwe, i bardzo znaczące. Szostkiewicz pisze: „Niektórych żenuje, że Kościół potrzebuje nadzwyczajnych dowodów świętości Jana Pawła II”. Dlaczego tak ważne jest w procesie beatyfikacyjnym czy kanonizacyjnym, żeby znaleźć potwierdzony dowód cudu dokonanego za wstawiennictwem potencjalnego kandydata na ołtarze? Dlaczego nie wystarczą napisane przezeń mądre książki, piękne gesty wykonywane za życia czy nawet potwierdzona przez świadków heroiczność cnót? Dlaczego Kościół tak bardzo upiera się przy cudach jako dowodzie świętości? Jak poradzić sobie z tym racjonalnie i intelektualnie, wydawałoby się, niewygodnym elementem naszej wiary? Jak być jednocześnie chrześcijaninem wiernym rozumowi jako podstawowemu darowi Bożemu, chrześcijaninem współczesnym, człowiekiem wolnym od guseł i zabobonów, przyjmującym to, co w wierze Kościoła najistotniejsze i najcenniejsze, przy jednoczesnym pielęgnowaniu wiary w cuda? Czy takie połączenie jest w ogóle możliwe? Czy też jeśli się już kiedykolwiek zdarzy, pozostać musi jedynie mezaliansem czy w najlepszym przypadku kompromisem między wiarą i rozumem, szkiełkiem i okiem a czuciem i wiarą, człowiekiem zabobonu a człowiekiem wiary szukającej zrozumienia? Jak wybrnąć z takiego zaułka?

Najczęściej używanym, zwłaszcza przez intelektualistów, sposobem jest tłumaczenie sobie, że właściwie cuda – te w potocznym, dosłownym rozumieniu – wcale nie są największe i najbardziej potrzebne, bo najważniejsze są cuda duchowe oraz dokonujące się we wnętrzu człowieka. Wszystkie natomiast uzdrowienia czy inne zjawiska nadnaturalne, po pierwsze, istotą wiary chrześcijańskiej nie są, co więcej, na pewnym – wysokim oczywiście – poziomie rozwoju świadomości wiary chrześcijanin zupełnie ich nie potrzebuje. Oczywiście, jeśli pobożny a prosty lud chce wierzyć i poważnie cuda traktować, trudno mu je odbierać, tak, jak nie odbiera się dziecku zabawek, ale Kościół poważny, instytucjonalny i oświecony aż tak ogromnej wagi do cudów na początku XXI wieku przywiązywać nie powinien. Pozwolę sobie przytoczyć w całości zakończenie artykułu Adama Szostkiewicza, gdyż wydaje się, iż zawiera ono w sobie bardzo charakterystyczną modyfikację tradycyjnej wiary Kościoła w cuda:

Kościół potrzebuje cudów. Cuda nie muszą być widzialne. Wielu współczesnych katolików za największy cud uważa wewnętrzną przemianę duchową ku dobru. Kiedy słyszą o płaczących posążkach Maryi, uzdrowieniach od fotografii papieża położonej na brzuchu, reagują podobnie niechętnie jak niewierzący racjonaliści – to średniowiecze, religia jako magia, żer dla tabloidów. Dlatego Kościół współczesny tak ociąga się z akceptacją miejsc i zdarzeń przyciągających tłumy na wieść o domniemanym cudzie. Zarazem jednak Kościół nie lekceważy pobożności ludowej i masowych potrzeb religijnych. Są różne wrażliwości, dla wszystkich jest miejsce w Kościele. Nikt tu dzisiaj nie lustruje współwyznawców, jaki mają stosunek do cudów, objawień i związanej z nimi „cudownej” kościelnej biurokracji. W końcu nie jest to dogmatyczne serce wiary. Kościół jest wspólnotą wykształciuchów i analfabetów, dewotek i fundamentalistów. I taki twór okazuje się zdolny do życia już dwadzieścia wieków, podczas gdy tyle innych międzynarodówek nie dało rady. Czy to nie cud?

Zgadzam się z redaktorem Szostkiewiczem, że samo istnienie Kościoła jest ogromnym cudem. Nie zgadzam się jednak na taką intelektualną sublimację, uwspółcześnienie i uszlachetnienie pojęcia cudu, aby wszystkie „potoczne” cuda – uzdrowienia, wskrzeszenia czy lewitacje świętych – zepchnąć na margines wiary i przypiąć im etykietkę wiary drugorzędnej, „religijności ludowej”. Co więcej, zdecydowanie będę bronił tezy, że wiara w cuda jest bardzo blisko jej dogmatycznego serca.

Cuda wielkie i małe

To prawda, że wielu teologów twierdziło od zawsze, iż w sensie ścisłym i właściwym od momentu stworzenia świata wydarzyły się jedynie dwa cuda – rzeczywiście wielkie i niezwykłe interwencje Boga w porządek natury. Co ciekawe, taka teoria szczególnie popularna była w tak bardzo – zdaniem dzisiejszych intelektualistów – zabobonnym średniowieczu. Pierwszym Wielkim Cudem było Wcielenie Słowa Bożego, drugim – Zmartwychwstanie Chrystusa. Czy to oznacza, że inne pomniejsze niezwykłe wydarzenia wynikające z Bożej interwencji nie są godne miana cudów?

Aby odpowiedzieć na to pytanie, najpierw wyobraźmy sobie następującą sytuację: Malarz stoi przed właśnie ukończonym obrazem, który przedstawia jakieś wydarzenie, rojące się od różnorodnych postaci, fragmentów budowli, krajobrazu etc. W pewnym momencie malarz stwierdza, że jednak chciałby, aby jedna z postaci namalowanych w pozycji leżącej „wstała”. Bierze więc powtórnie pędzel i przemalowuje fragment obrazu. Czy jest w tym coś niezwykłego? Czy artysta gwałci w ten sposób prawa obrazu? Biorąc pod uwagę, że jest to jego dzieło, ma on pełne prawo dokonać jakichś modyfikacji, które przecież nie są wcale niezgodne z kompozycją płótna.

Jeśli postać reżysera i scenarzysty filmowego w jednej osobie byłaby dla nas bliższa, wyobraźmy sobie, że podczas pracy z aktorami już na planie filmowym, uwzględniając różne zaistniałe warunki i możliwości oraz ograniczenia aktorów, na bieżąco wprowadza on do scenariusza pewne modyfikacje. Czy jest w tym coś złego, że dostosowuje swoje plany do ludzi, z którymi przyszło mu pracować i sytuacji? Przecież to jego scenariusz i jego film. Nie ma nic niestosownego w tego typu zabiegach.

Taki właśnie charakter mają wszelkie cuda w Bożym dziele stworzenia. Bóg zachowuje się jak malarz czy reżyser, który wierny własnemu zamysłowi może wprowadzać modyfikacje jak najbardziej zgodne ze swoim pierwotnym i całościowym zamysłem. I obraz, i scenariusz, jeśli są dobrze namalowane czy napisane, mają w sobie otwartość na wprowadzanie zmian. Stworzenie ma zdolność poddawania się modyfikacjom zaproponowanym przez swego Stwórcę. W naturę stworzenia wpisana jest – jak mówili średniowieczni teolodzy – potentia obedientialis, zdolność do posłuszeństwa Stwórcy. Bóg, który dokonuje cudów uzdrowienia czy jakichkolwiek niezwykłych interwencji związanych z porządkiem natury, zachowuje się właśnie jak malarz czy reżyser modyfikujący swoje dzieło. Modyfikacje te niezwykle i cudownie mogą wyglądać jedynie z perspektywy postaci przedstawionych na obrazie czy aktorów, którzy sztywno chcieliby się trzymać papierowej wersji scenariusza. Z perspektywy Boga Stwórcy są to jedynie nieznaczne zmiany. Krótko mówiąc, to, co dla nas jest cudem, z perspektywy Boga Stworzyciela wcale nie musiałoby wyglądać aż tak zaskakująco.

Ale czy są jakieś wydarzenia, które zarówno dla nas, jak i dla Boga byłyby cudami? Znowu wyobraźmy sobie artystę, który stoi przed swoim obrazem. I jednocześnie pomyślmy o reżyserze, który siedzi już w sali kinowej podczas premiery własnego filmu. Wytężmy naszą wyobraźnię jeszcze bardziej i zobaczmy, jak malarz „wchodzi” do swojego obrazu i staje się jego częścią. Wyobraźmy sobie, że Chełmoński raptem zaczyna powozić namalowaną przez siebie Czwórką, a Matejko odbiera osobiście Hołd pruski. Wyobraźmy sobie, że Andrzej Wajda, oglądając premierę Wesela, sam „wchodzi w ekran” i staje się uczestnikiem święta w Bronowicach albo że Krzysztof Kieślowski spaceruje po Dekalogu razem np. z Arturem Barcisiem. Chyba nie jest aż tak trudno wyobrazić sobie takie wydarzenia, skoro pierwsze wykorzystano w jednej z części komiksowych opowieści o Tytusie, Romku i Atomku, a drugie w słynnym filmie Marczewskiego Ucieczka z kina wolność.

Jeśli wyobrazimy sobie taką sytuację, zrozumiemy mniej więcej, na czym polega rzeczywiście pierwszy Wielki Cud – Wcielenie Słowa Bożego. Jeśli jeszcze na koniec wyobrazimy sobie, że Chełmoński daje Czwórce możliwość wyjechania z obrazu do naszego „realnego” świata, Matejko wyprowadza Hohenzollerna do sali Muzeum Narodowego, gdzie wisiał Hołd pruski, a Wajda i Kieślowski wyprowadzają bohaterów swoich filmów na salę kinową (nie aktorów, bohaterów właśnie), zrozumiemy, na czym polegał drugi Wielki Cud – Zmartwychwstanie, czyli przeprowadzenie ludzkości ze śmierci do prawdziwego życia. Wcielenie i Zmartwychwstanie są cudami zarówno z perspektywy samego Boga, jak i naszej własnej perspektywy stworzeń. Wszelkie inne cuda są niewątpliwie Bożymi interwencjami w bieg natury, ale takimi, które ani praw natury nie gwałcą, ani nie znoszą – z tego powodu, że przyczyną i cudu, i całego biegu natury jest ten sam Bóg Stwórca.

Czy zatem konieczna jest wiara w cuda? Jeśli idzie o cud Wcielenia i Zmartwychwstania – niewątpliwie tak. I jednego, i drugiego nie da się racjonalnie udowodnić i dlatego w sensie ścisłym możemy te wydarzenia nazwać cudami. W te wydarzenia po prostu trzeba uwierzyć.

Ale co z cudami pomniejszymi, tymi tysiącami czy milionami uzdrowień i wszystkimi mniejszymi znakami i interwencjami Boga w bieg natury? Czy w te wydarzenia także musimy wierzyć? Zanim odpowiemy na to pytanie, warto uzmysłowić sobie na początku, co zawiera się w wierze w cuda. Otóż przede wszystkim przyjęcie ich jest wyznaniem wiary w Boga Stwórcę, który nie zostawił swego stworzenia samemu sobie, ale stale się nim interesuje i stale pozostaje ze swymi stworzeniami w kontakcie. Momenty, kiedy ta łączność i kontakt stają się widzialne i namacalne, nazywamy właśnie cudami. Wiara w nie jest więc istotnym elementem credo teisty. Dlatego też sobór watykański I w Konstytucji dogmatycznej o wierze katolickiej Dei Filus tak bardzo mocno podkreśla konieczność wiary w cuda:

Aby posłuszeństwo naszej wiary pozostawało w zgodzie z rozumem, dla poparcia swego Objawienia Bóg raczył połączyć z wewnętrznymi pomocami Ducha Świętego zewnętrzne argumenty, którymi są dzieła Boże, przede wszystkim cuda i proroctwa, które – choć wybitnie pokazują wszechmoc i nieskończoną wiedzę Boga – są najpewniejszymi znakami Bożego objawienia i odpowiadają zdolności rozumienia wszystkich ludzi. (…)

Gdyby ktoś mówił, że Objawienie Boże nie może uzyskać wiarygodności za sprawą zewnętrznych znaków i dlatego kierować ku wierze powinno ludzi wyłącznie ich własne doświadczenie wewnętrzne czy też prywatne natchnienie – anatema sit [niech będzie wyklęty].

Gdyby ktoś mówił, że:

a) cuda nie są wcale możliwe, a zatem wszystkie opowiadania o cudach, nawet te zawarte w Piśmie Świętym, trzeba uznać za baśnie i mity;

b) albo, że cudów nigdy nie można poznać w sposób pewny ani że na ich podstawie nie można w należyty sposób wykazać Bożego pochodzenia chrześcijańskiej religii – anatema sit [niech będzie wyklęty].

Innymi słowy, cuda nie są tak zupełnie odległe od dogmatycznego serca wiary Kościoła, jak chciałby ukazać w swoim tekście redaktor Szostkiewicz. Nie są także artykułem wiary wyłącznie dla maluczkich i prostych, elementem właściwym jedynie dla teologii pobożności ludowej, do którego to „wykształciuchy” na pewno mogą odnosić się z rezerwą.

Czy Pana Jezusa zadziwia wiara Jana Pawła II?

Pozostaje nam jeszcze jedno pytanie. Dlaczego do zakończenia procesu beatyfikacyjnego czy kanonizacyjnego potrzeba potwierdzonego cudu dokonanego za wstawiennictwem kandydata do chwały ołtarzy? Aby zrozumieć tę sytuację, przypomnijmy sobie tę scenę z Ewangelii, kiedy do Pana Jezusa przychodzi setnik z Kafarnaum i prosi o uzdrowienie swego sługi. Rozmowa z setnikiem kończy się słowami Jezusa „Zaprawdę powiadam wam: U nikogo w Izraelu nie znalazłem takiej wiary. (…) Idź, niech ci się stanie, jak uwierzyłeś” (Mt 8,10.13). Podobną sytuację spotykamy, kiedy Jezus przychodzi do grobu Łazarza. Na spotkanie wybiega Mu najpierw Marta i wyznaje, że wierzy, iż gdyby Jezus był na miejscu, jej brat by nie umarł. Chrystus jednak zadaje trudniejsze pytanie:

Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, to choćby umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to? Odpowiedziała Mu: „Tak, Panie! Ja mocno wierzę, że Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat”.

Otóż, zarówno w przypadku setnika z Kafarnaum, jak i Marty, siostry Łazarza mamy przykład modlitwy wstawienniczej. I tu, i tam Jezus dokonuje cudu albo zachwycony wiarą setnika, albo budząc pełną wiarę Marty w siebie jako Mesjasza, Syna Bożego. Innymi słowy, wiara tego, który się wstawia, jest podstawą do „uaktywnienia” Bożej mocy, która objawia się cudem.

Kościół dlatego czeka na cud dokonany za wstawiennictwem kandydata na ołtarze, aby zobaczyć, czy Chrystus tak bardzo zachwycił się jego czy jej wiarą, jak wiarą chociażby setnika, oraz czy wiara ta była tak pełna i właściwa, jak w przypadku Marty. Jeśli tak – moc Boża zadziała wzbudzona przez wiarę przyszłego błogosławionego czy świętego. Chrystus dokonuje cudu zachwycony wiarą swoich przyjaciół, którzy proszą Go w naszych intencjach. Czy zachwycił się wiarą Jana Pawła II tak, jak zachwycił się wiarą setnika z Kafarnaum, jest pytaniem o to, czy istnieje potwierdzony cud, jaki dokonał się za jego wstawiennictwem, tak jak „za wstawiennictwem” setnika uzdrowiony został jego sługa. O wierze Jana Pawła II Jezus wie już wszystko, bo z chwilą śmierci została ona poddana ostatecznej próbie i po przejściu bramy śmierci stała się już wiedzą. Dlatego właśnie Kościół czeka na cud, aby ostatecznie uznać świętość człowieka.

Swoją drogą warto zauważyć, że cuda nie są jedynie czymś, co buduje wiarę, ale też czymś, co jest przez naszą wiarę warunkowane i umożliwiane. To dlatego właśnie Jezus tak często przy okazji czynienia cudów pyta o wiarę czy też stwierdza wprost: „twoja wiara cię uzdrowiła” (Mk 5,34), w odniesieniu do kogoś, kto uzdrowienia doświadczył. Z powodu też niedowiarstwa Jezus przynajmniej raz nie mógł zdziałać wielu cudów – właśnie w Nazarecie, swej własnej ojczyźnie (Mk 6,1–6). Wiara człowieka wyzwala wszechmoc Boga. Jeśli więc w naszym życiu nie dzieją się cuda, to być może nie tyle my możemy spytać Pana Boga, ile Pan Bóg nas o to, dlaczego tak się dzieje. Być może to Pan Bóg ma ręce związane naszą niewiarą?

Zadziwienie Pana Boga
Janusz Pyda OP

urodzony w 1980 r. w Lublinie – dominikanin, absolwent filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim i teologii w Papieskiej Akademii Teologicznej, kaznodzieja, ceniony rekolekcjonista, duszpasterz, członek...