Zahipnotyzowane oczy ojca Konrada

Zahipnotyzowane oczy ojca Konrada

Lednica 2003 przeszła nasze oczekiwania. 135 tysięcy ludzi naliczyła policja, penetrując przestrzeń z helikoptera. Oczywiście nie chodzi przecież o to, ilu ich było, ale jacy to byli ludzie. Tak, zawsze drążyciele głębi i dosłownościowcy będą mieli swoje „ale”. Mimo to magiczna cyfra zamyka gębę.

Tegoroczna Lednica była prawdziwym misterium. Diapazon nastrojów, klimatów i przeżyć ogromny. Od akrobacji lotniczych, poprzez kolorowe korowody tancerzy, procesję eucharystyczną czy adorację ikony Chrystusa Przemienionego i koronkę do Bożego Miłosierdzia.

Ewangelizatorzy tzw. pobocza, nastawieni na obecność „elementu obcego” i subkultur nie bardzo mieli co robić. Młodzi przybyli na nabożeństwo.

Z Rzymu przyleciał specjalnie ojciec Konrad Hejmo, dawniejszy duszpasterz akademicki w Poznaniu, a dzisiaj opiekun pielgrzymów z Polski w Wiecznym Mieście. Wykorzystując nieobecność w Rzymie Ojca Świętego, który udał się z pielgrzymką do Chorwacji, przyleciał do nas specjalnie nad Lednicę. Przesłanie papieskie wysłał już wcześniej pocztą dyplomatyczną. Ojciec Konrad zawsze żywo uczestniczył w naszych przedsięwzięciach. Czy to nad Lednicą, czy to na Jamnej. Kiedy po raz pierwszy spotkaliśmy się pod Rybą w 1997 roku, to właśnie on przywiózł przemówienie Ojca Świętego, które wyznaczyło dalszy rozwój tego miejsca. Stworzyło przestrzeń Lednickich Pól jako katedry trzeciego Tysiąclecia. Ryba stała się Bramą, która otworzyła drogę.

Tegoroczne lednickie nabożeństwo poświęcone było ewangelicznym talentom i okazało się wspaniałą ich symfonią. Największe wrażenie zrobiła na mnie procesja z Najświętszym Sakramentem w ogromnej monstrancji wypożyczonej na tę chwilę z Muzeum Archidiecezjalnego w Gnieźnie. Ta monstrancja jest darem arcybiskupa Floriana Stablewskiego i była używana w czasie Kongresu Eucharystycznego we Wrocławiu w 1997 roku. To przed nią klęczał Jan Paweł II. Nasz ojciec prowincjał wraz z dwoma diakonami niósł ją w procesji przez drogę III Tysiąclecia w absolutnej ciszy wśród dymu kadzideł. Prosiłem, aby każdy wykorzystał tę ciszę dla siebie i nawiązał osobisty kontakt z Tym, który nas pierwszy umiłował. „Idzie, idzie Bóg prawdziwy. Idzie Sędzia sprawiedliwy; Stańmy wszyscy pięknym kołem, I uderzmy przed Nim czołem”. Ludzie gruchnęli na kolana. Co wtedy każdy myślał, nie wiem. Ale chwila ta należała do Chrystusa.

Drugim takim momentem było wniesienie w procesji Ikony Chrystusa Przemienionego – daru kanoników z Nowego Sącza. Kontemplacja Oblicza, w którym odnajdywaliśmy oblicze Syna, umęczonego i zmartwychwstałego, ale również własną twarz i twarz drugiego.

Paweł Binkowski czytał fragment z Beniowskiego Juliusza Słowackiego:

I taką ma twarz, jaką w Nazarecie,
Kiedy się żegnał ze mną, mówiąc:
„Matko,
Idę już umrzeć!…” a mnie zorze trzecie
Pod oliwami zastały i chatką,
A Jego już nie było… i na świecie
Stał krzyż nad uczniów płaczących gromadką,
I słońca ani księżyca nie było,
I grób był krwawą, lecz pustą mogiłą…

Pieczęcią całego spotkania było przesłanie Ojca Świętego. Jak za każdym razem nad Lednicą powtórzył nam treść dotychczasowych przemówień, a potem wpisał się czytelnie w temat i nabożeństwo. Papieski głos rozbrzmiewa pod Rybą już od siedmiu lat. Tego roku zabrzmiał wyjątkowo donośnie. Papież jakby stał się młodszy, głos dźwięczący, jak przed laty. Ojciec Święty nie opuścił żadnej Lednicy. Podzieliliśmy się papieskim przesłaniem i błogosławieństwem za pośrednictwem telewizji z całą Polską.

A potem już miało być tylko przejście przez Bramę. O tym przejściu z latami myślałem coraz mniej poważnie. Pierwsze i kolejne aż do roku 2000 zrozumiałe, ale następne jakby słabły we mnie. Cóż, końcówka, przejdą sobie i pójdą, rozjadą się po Polsce i świecie. W poprzednich latach sztywny już odchodziłem do samochodu i jechałem do klasztoru, sparaliżowany ciężarem odpowiedzialności i mnogością napięć i przeżyć.

Tego roku wszystko poszło jakoś tak łagodnie, że bezwiednie zostałem. Bożena i Bogdan witali przechodzących, a nasza kapela przygrywała im do tego przechodzenia. Został z nami również ojciec Konrad.

Czegoś takiego dawno nie widziałem. Raz jeden w 1975 roku widziałem tak marynarza nad morzem w okolicach Mont–Saint–Michel. Usiadł z wieczora przy butelce zmrożonego wina na tarasie restauracji z widokiem na morze. Odwrócony do nas tyłem, z fajką w ręce, tkwił w bezruchu, w milczeniu aż do wschodu słońca. A kiedy robiło się już jasno, wstał, jak gdyby nigdy nic i wyszedł. Nasza rozkrzyczana i roześmiana grupa wydała mi się prymitywna, ale jako gość niewiele miałem wtedy do gadania.

Ojciec Konrad stał na szczycie wzgórza bez ruchu i bez słowa. Tkwił jak zahipnotyzowany, wpatrzony w tych roześmianych i rozentuzjazmowanych młodych ludzi, którzy podskakiwali z radości, jeśli się wymieniło nazwę miejscowości, z której pochodzili. Zatrzymywali się, żeby się pochwalić, że z ich miejscowości ktoś ważny pochodzi. Po jakimś czasie musiałem usiąść. A ojciec Konrad stał tak aż do rana, do świtu, kiedy ostatni przeszli przez Bramę. Na wielokrotne propozycje, aby usiadł, machał tylko ręką. Wtedy zrozumiałem, jak ważne jest stanie pod Bramą, aby pozdrowić każdego z osobna. Bo Pan Jezus też chce nas każdego z osobna, nawet jeśliby nikt nas nie chciał, i kocha nas z osobna, chociażby nikt nas nie kochał.

Dziękuję, ojcze Konradzie, że w Twoich oczach zobaczyłem wielu z tych, których nie zobaczyłem własnymi oczami. Dziękuję, ojcze Konradzie, za to hipnotyczne patrzenie na naszą młodzież. Warta jest tego.

Zahipnotyzowane oczy ojca Konrada
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...