Zapasy

Dlaczego wszechpotężny władca wszechświata, zwraca się do ludzi w sposób przypominający negocjacje albo targowanie się? Czy Bóg żąda od nas tego w ramach duchowego treningu? Czy jest możliwe, że Bóg wykorzystuje nasz bunt jako okno na świat albo alarm, który może spowodować interwencję?

W moim kościele podczas nabożeństw przeznacza się trochę czasu na to, by wierni mogli wypowiedzieć głośno własne modlitwy. Przez lata słyszałem ich setki i z bardzo niewielu wyjątkami określenie „grzeczne” doskonale do nich pasuje. Raz jednak usłyszałem taką, która pozostała w mojej pamięci ze względu na swoją emocjonalność.

Młoda kobieta głosem wyraźnym, choć drżącym, powiedziała: „Boże, nienawidzę Cię po tym gwałcie! Jak mogłeś pozwolić, żeby coś takiego mi się przydarzyło?”. Zgromadzenie natychmiast ucichło. Żadnego szeleszczenia papierami ani wiercenia się w ławkach. „I nienawidzę ludzi w tym kościele, którzy starali się mnie pocieszać – mówiła dalej. – Nie chcę pocieszenia. Pragnę zemsty. Chcę oddać! I dziękuję Ci, Boże, że ze mnie nie zrezygnowałeś, Ty i niektórzy spośród tych ludzi. Szukałeś mnie i teraz do Ciebie wróciłam, i proszę, abyś zagoił rany w mojej duszy”.

Ze wszystkich modlitw, które słyszałem w kościele, ta jedna przypomina stylem modlitwy zawarte w Biblii, zwłaszcza te, które wygłaszali ulubieńcy Boga, tacy jak Abraham czy Mojżesz.

W autobiografii Nelsona Mandeli też znalazłem modlitwę typową dla biblijnego stylu:

Modlitwa jednego z pastorów została ze mną przez wiele lat i była źródłem siły w trudnych czasach. Najpierw podziękował Bogu za hojność i dobro, za Jego miłosierdzie i troskę o wszystkich ludzi. Potem jednak pozwolił sobie przypomnieć Panu, że jeden z jego poddanych jest bardziej uciskany niż reszta i że czasami mu się wydaje, jakby On nie zwracał na to uwagi. Potem pastor powiedział, że jeśli Pan nie wykaże trochę więcej inicjatywy w doprowadzeniu tego czarnego człowieka do zbawienia, to ten człowiek będzie musiał wziąć sprawy w swoje ręce. Amen 1.

Wiek przed Mandelą żyła niewolnica Sojourner Truth, przywódczyni abolicjonistów i sufrażystek. Nie miała skrupułów, aby modlić się dokładnie o to, na czym jej zależało. Kiedy jej syn zachorował, modliła się: „O Boże, wiesz, jak bardzo jestem zmartwiona, ponieważ ciągle Ci o tym przypominam. Teraz, Boże, pomóż mi wydostać z choroby syna. Gdybyś Ty był w kłopocie, jak ja jestem, i ja mogłabym Ci pomóc, jak Ty możesz pomóc mi, pomyśl, czy nie zrobiłabym tego? Tak, Boże, wiesz, że bym to zrobiła”. Kiedy wpadła w kłopoty finansowe, modliła się: „O Boże, wiesz, że nie mam pieniędzy, lecz Ty możesz nakłonić ludzi, aby coś dla mnie zrobili, i musisz nakłonić ludzi, żeby coś dla mnie zrobili. Boże, nie dam Ci spokoju, dopóki tego nie zrobisz” 2.

Obie modlitwy, pochodzące z różnych wieków, idą śladem wyznaczonym dawno temu w Biblii.

Twardy negocjator

Abraham, słusznie chwalony za swoją wiarę, dostawał wiadomości od Boga w widzeniach, osobistych rozmowach, a nawet podczas wizyty Boga w jego namiocie. Bóg składał mu płomienne obietnice, z których jedna stanęła mu kością w gardle: zostanie ojcem wielkiego narodu. Kiedy Abraham usłyszał ją po raz pierwszy, miał siedemdziesiąt pięć lat. Przez następnych kilka lat Bóg podbijał stawkę aluzjami do potomstwa tak obfitego jak ziarna piasku na ziemi i gwiazdy na niebie.

Tymczasem natura szła swym torem i w wieku, kiedy powinien już głaskać po główkach prawnuki, Abraham ciągle był bezdzietny. Wiedział, że zostało mu niewiele lat płodności, jeśli w ogóle. Podczas jednej z wizyt Boga Abraham w sposób zawoalowany zagroził, że zrodzi dziedzica ze związku ze służącą. W wieku osiemdziesięciu sześciu lat, za zgodą swojej bezpłodnej żony Sary, zrealizował ten zamysł.

Gdy następnym razem odwiedził go Bóg, potomek ten – syn o imieniu Izmael – jako nastolatek błąkał się po pustyni wygnany przez zazdrosną Sarę. Abraham, słysząc od Boga po raz kolejny tę samą obietnicę, roześmiał się na głos. Tym razem do jego odpowiedzi zakradł się sarkazm: „Czyż człowiekowi stuletniemu może się urodzić syn? Albo czy dziewięćdziesięcioletnia Sara może zostać matką?” (Rdz 17,17). Sara również widziała w tym gorzki żart i zadała sobie pytanie: „Teraz, gdy przekwitłam, mam doznawać rozkoszy, i mój stary mąż?” (Rdz 18,12).

W odpowiedzi Bóg przekazał nowinę, która w uszach Abrahama musiała brzmieć jak dobra i zła zarazem. Zostanie ojcem dziecka, ale dopiero gdy podda się małemu zabiegowi na części ciała potrzebnej do realizacji tego czynu. Abraham staje się ojcem obrzezania i jednocześnie Izaaka.

Ten model zwodu i ataku, kiedy to Abraham stawia się Bogu tylko po to, żeby zbić cenę, staje się kontekstem niezwykłej modlitwy, a właściwie ich długiej rozmowy. „Czyż miałbym zataić przed Abrahamem to, co zamierzam uczynić?” (Rdz 18,17) – zaczyna Bóg, jakby uznając, że to ważne partnerstwo obliguje Go do konsultacji przed każdą ważniejszą decyzją. Następnie Bóg odsłania plan zniszczenia znanych z niegodziwości miast Sodomy i Gomory, w których żyli moralnie zepsuci członkowie rozgałęzionej rodziny Abrahama.

Do tego czasu Abraham zrozumiał już, jaka jest jego rola w tym partnerstwie, i nie starał się kryć oburzenia. „O, nie dopuść do tego, aby zginęli sprawiedliwi z bezbożnymi, aby stało się sprawiedliwemu to samo, co bezbożnemu! O, nie dopuść do tego! Czyż Ten, który jest sędzią nad całą ziemią, mógłby postąpić niesprawiedliwie?” (Rdz 18,25). Potem dochodzi do targu podobnego do tych, które odbywają się na środkowowschodnim bazarze. „A jeśli w mieście jest pięćdziesięciu sprawiedliwych, czy ich oszczędzisz?”. Dobrze, jeśli znajdę pięćdziesięciu sprawiedliwych, oszczędzę całe miasto. Abraham nagle przypomina sobie, z kim się targuje: „Skoro byłem tak śmiały, aby rozmawiać z Panem, choć jestem tylko pyłem i prochem…” – i zaczyna obniżać stawkę do czterdziestu pięciu osób.

Czterdziestu pięciu? Nie ma problemu. „Panie, nie gniewaj się… Skoro byłem tak śmiały” – Abraham gnie się w pokłonach, a potem dalej naciska. „Czterdziestu? Trzydziestu? Dwudziestu? Dziesięciu?”. Za każdym razem Bóg wyraża zgodę, nie spierając się, a na koniec mówi: „Nie zniszczę przez wzgląd na tych dziesięciu” (Rdz 18,32).

Chociaż ani w Sodomie, ani w Gomorze nie można było znaleźć wystarczającej liczby sprawiedliwych, aby ich uratować, Abraham uzyskuje to, czego naprawdę chciał – ocalenie dla swego bratanka i jego córek. A my, czytelnicy, stajemy wobec zastanawiającego faktu, że Abraham przestaje prosić, zanim jeszcze Bóg przestaje dawać. Gdyby zaś Abraham targował się ostrzej i poprosił, aby miasta zostały oszczędzone ze względu na jedną sprawiedliwą osobę, jego bratanka Lota? Czy Bóg, tak chętnie przystający na wszystko, w ogóle potrzebował adwokata, człowieka na tyle śmiałego, by wyrazić najgłębszy Boży instynkt miłosierdzia?

Abraham, odwołując się do Bożej łaski i współczucia, przekonał się, że budzący grozę Bóg znikł. „Pan nieskory do gniewu, bogaty w łaskę, przebacza niegodziwość i grzech” (Lb 14,18). Bóg jest miłosierny bardziej, niż możemy sobie wyobrazić, i z radością nas wysłuchuje, gdy odwołujemy się do Jego łaski.

Spieranie się z Bogiem

Przeskakując pięćset lat do przodu, widzimy na scenie innego negocjatora. Bóg, który „pamiętał (…) o swoim przymierzu z Abrahamem” (Wj 2,24), wybiera człowieka o życiorysie doskonale nadającym się do wykonania niezwykle ważnego zadania. Mojżesz przez pół życia uczył się przewodzenia, obserwując, jak rządzi się imperium. Drugie pół życia uczył się, jak przetrwać na pustyni, na którą uciekł oskarżony o zabójstwo. Kto lepiej poprowadziłby plemię niewolników przez pustynię do Ziemi Obiecanej?

Bóg, żeby nie zostawiać miejsca na wątpliwości, ukazuje mu się w nadprzyrodzonym zjawisku: płonącym krzewie, który się nie spalał. Mojżesz zakrywa twarz, bojąc się spojrzeć, gdy Bóg objawia mu swoją misję: „Doszło do Mnie wołanie Izraelitów, bo też naocznie przekonałem się o cierpieniach, jakie im zadają Egipcjanie: Idź przeto teraz, oto posyłam cię do faraona, i wyprowadź mój lud, Izraelitów, z Egiptu” (Wj 3,9–10).

Mojżesz, inaczej niż Abraham, od pierwszego spotkania stara się argumentować. Próbuje fałszywej pokory: „Kimże jestem, żebym mógł iść do faraona?”. Kiedy ten sposób zawodzi, mnoży inne zastrzeżenia: „Nie znam Twego imienia… a co, jeśli Izraelici mi nie uwierzą… nigdy nie byłem wymowny”. Bóg cierpliwie odpiera argument po argumencie, reżyserując kilka pomniejszych cudów, aby podnieść swoją wiarygodność. Mojżesz jednak ciągle prosi o zwolnienie z obowiązku: „Panie, proszę, poślij kogoś innego do wypełnienia tej misji”. Cierpliwość się kończy i Bóg wybucha gniewem, lecz mimo to proponuje kompromis: wraz z Mojżeszem ma iść jego brat Aaron. I tak po długiej negocjacyjnej sesji rozpoczyna się słynny exodus z Egiptu.

Smykałka Mojżesza do negocjacji, jego hucpa, zostaje poddana najwyższej próbie później, kiedy cierpliwość Boga wobec narodu naprawdę się kończy. Mimo że widzieli dziesięć plag spadających na Egipt, że uszło im na sucho zabranie łupów, że ścigająca ich nowoczesna armia faraona zatonęła w morzu, że szli za obłokiem w dzień, a za kolumną ognia w nocy, że w cudowny sposób otrzymywali wodę i pożywienie (które właśnie trawili w swoich brzuchach) – mimo to Izraelici zaczynają odczuwać strach, bądź znudzenie, bądź według diagnozy Boga daje o sobie znać ich „twardy kark” 3. Odrzucają wszystko dla złotego cielca, którego wykonał dla nich brat i pomocnik Mojżesza, ten sam Aaron zwerbowany przez Boga w ramach kompromisu.

Bóg ma dość. „Pozwól, że ich wytępię, usunę ich imię pod niebem, a z ciebie uczynię naród mocniejszy i liczniejszy od nich” (Pwt 9,14). Mojżesz dobrze wie, jak niszczącą moc Bóg potrafi rozpętać, ponieważ widział to na własne oczy w Egipcie. „Pozwól mi” – mówi Bóg! Mojżesz traktuje tę uwagę nie jak rozkaz, a jak westchnienie udręczonego rodzica, który jest u kresu wytrzymałości, a jednak chce, żeby Go powstrzymać – innymi słowy, mamy otwarte stanowisko do negocjacji.

Mojżesz wytacza argumenty. Popatrz, ile przeszedłeś, ratując ich z Egiptu. A co z Twoją reputacją? Pomyśl tylko, jak będą tryumfować Egipcjanie! Nie zapominaj o obietnicy danej Abrahamowi. Mojżesz rozwiązuje cały worek obietnic Bożych 4. Przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy leży twarzą do ziemi przed Bogiem, nic nie jedząc ani nie pijąc. W końcu Bóg ulega: „Zaprowadzę cię do ziemi opływającej w mleko i miód, ale sam nie pójdę z tobą, by cię nie wytępić po drodze, ponieważ jesteś ludem o twardym karku” (Wj 33,3). Mojżesz także i ten argument podważa i w końcu Bóg z oporami godzi się towarzyszyć Izraelitom przez resztę drogi.

Trochę później role się odwracają. Tym razem Mojżesz chce zrezygnować. „Czy to ja począłem ten lud w łonie albo ja go zrodziłem, że mi powiedziałeś: Noś go na łonie swoim, jak nosi piastunka dziecię, i zanieś go do ziemi, którą poprzysiągłem dać ich przodkom?” (Lb 11,12). I tym razem Bóg reaguje ze współczuciem, uspokajając Mojżesza, solidaryzując się z jego skargami i wyznaczając siedemdziesięciu starszych, którzy mają z nim dzielić ciężar odpowiedzialności.

Mojżesz nie wygrał wszystkich sporów z Bogiem. W szczególności nie udało mu się Go przekonać, aby pozwolił mu wejść do Ziemi Obiecanej (choć także ta prośba została wysłuchana po wielu latach na Górze Przemienienia). Jednak jego przykład, podobnie jak Abrahama, dowodzi, że Bóg zachęca do argumentowania i walki i często ustępuje, zwłaszcza gdy punktem spornym jest Boże miłosierdzie. W trakcie tego sporu możemy w istocie przyjmować wartości Boga.

„Modlitwa nie jest pokonywaniem oporu Boga – pisze arcybiskup Richard Trench – lecz wykorzystaniem Jego najwyższej gotowości” 5.

Dziwna zażyłość

Gdyby Abraham i Mojżesz byli jedynymi biblijnymi przykładami brania się za bary z Bogiem, wahałbym się, czy w ich zapasach widzieć jakiś model modlitwy. Są jednak dwoma najważniejszymi przedstawicielami stylu, który jest obecny w całej Biblii. (Może to ich waleczność tłumaczy, dlaczego Bóg wybrał ich do tak ważnych zadań?)

Spory tych dwóch gigantów wiary wypadają blado w porównaniu z tyradami Hioba. Jego trzej przyjaciele wypowiadają się za pomocą frazesów i pobożnych formułek, używając powściągliwego języka, często słyszanego podczas publicznych modlitw w kościele. Bronią Boga, starają się załagodzić wybuchy Hioba i przekonują go, aby zaakceptował świat taki, jaki jest. Hiob nie chce o tym słyszeć. Z goryczą buntuje się przeciw temu, że padł ofiarą okrutnego Boga. Przemawia do Niego prosto z serca – serca głęboko zranionego. Prawie porzuca modlitwę, ponieważ, jak mówi swoim zażenowanym przyjaciołom: „Co da nam modlitwa do Niego?” (Hi 21,15). Jednak pod koniec Księgi Hioba, na skutek ironicznego zwrotu akcji, Bóg całkowicie opowiada się po stronie Hioba i jego demaskatorskiego podejścia, zbywając wielomówność jego przyjaciół wybuchem pogardy.

W podobny sposób na nieobecność Boga i Jego oczywistą niesprawiedliwość narzekają psalmiści. W tym duchu utrzymany jest jeden z psalmów przypisywany Dawidowi:

Zmęczyłem się krzykiem i ochrypło mi gardło, osłabły moje oczy, gdy czekam na Boga mojego (Ps 69,4).

Litania protestów w psalmach i księgach proroków przypomina Bogu, że jest ze światem na bakier, że wiele obietnic pozostaje niespełnionych, że na ziemi nie ma sprawiedliwości i miłosierdzia.

Dwóch najbardziej płodnych proroków odpowiada na Boże wezwanie podobnie do Mojżesza. Pierwszą reakcją Izajasza jest: „Biada mi! Jestem zgubiony! Wszak jestem mężem o nieczystych wargach i mieszkam pośród ludu o nieczystych wargach” (Iz 6,5). Jeremiasz natychmiast szuka wymówki: „Przecież nie umiem mówić, bo jestem młodzieńcem!” (Jr 1,6) i wzbrania się przed Bożymi zadaniami przez całe swoje długie życie. Wali prosto z mostu: „Ach, Panie Boże, naprawdę zwiodłeś zupełnie ten lud i Jerozolimę, gdy mówiłeś: Będziecie mieli pokój. A tymczasem mamy miecz na gardle” (Jr 4,10).

Abraham Heschel, wybitny żydowski badacz ksiąg proroków, podkreśla ducha tego protestu. „Niezgoda na surowość Bożych dróg wyrażona w imię Jego miłości była autentyczną formą modlitwy. W istocie dawni prorocy Izraela nie mieli zwyczaju zgadzać się z surowymi sądami Boga i nie kiwali tylko głowami, mówiąc: »Niech się stanie Twoja wola«. Często rzucali Mu wyzwanie, jakby mówili: »Niech się zmieni Twoja wola«”. Heschel dodaje: „Człowiek nie powinien nigdy kapitulować, nawet przed Panem” 6.

Dlaczego Bóg, wszechpotężny władca wszechświata, zwraca się do ludzi w sposób przypominający negocjacje – albo, mówiąc zwyczajnie, targowanie się? Czy Bóg żąda od nas tego w ramach duchowego treningu? Czy jest możliwe, że Bóg, jeśli wolno mi użyć takich słów, wykorzystuje nasz bunt jako okno na świat albo alarm, który może spowodować interwencję? W końcu to wołanie Izraelitów pchnęło Boga do tego, że wyznaczył Mojżesza.

Najlepiej rozumiem, czego Bóg pragnie od nas w modlitwie, na podstawie analogii do mojej relacji z ludźmi, którzy są mi najbliżsi. Myślę o moim bracie, który jako jedyny zna wstydliwe i bolesne sekrety z naszego dzieciństwa. Myślę o mojej żonie, która wie o mnie więcej niż ktokolwiek na ziemi i z którą negocjuję wszystko, począwszy od tego, co zamówić w restauracji, po to, w jakiej części Stanów Zjednoczonych mamy mieszkać. Albo o moim redaktorze, który prowadzi moją rękę na wszystkich trudnych etapach powstawania tej książki. Wobec każdego z tych ludzi, moich bliskich partnerów, postępuję w sposób przypominający sceny targów z Bogiem. Przedstawiam propozycje, ustępuję, przyjmuję ich punkt widzenia, osiągam kompromis i odchodzę zmieniony.

Podobnie jak Abraham podchodzę do Boga najpierw z lękiem i drżeniem, żeby przekonać się, że Bóg chce, abym przestał się płaszczyć i zaczął spierać. Ośmielam się – absolutnie niepotulnie – nie akceptować stanu tego świata, z całą jego niesprawiedliwością i nieuczciwością. Pociągam Boga do odpowiedzialności za Jego obietnice, za Jego charakter.

W filmie Roberta Duvalla Apostoł jest scena, w której Sonny, kaznodzieja o gorącym temperamencie i kryminalnej przeszłości, miota się po pokoju na piętrze, kopiąc meble i wrzeszcząc. Dzwoni sąsiad, żeby poskarżyć się na ten hałas. „Wygląda na to, że masz u siebie szaleńca” – mówi do matki Sonny’ego. Ona uśmiecha się i wyjaśnia, że to tylko Sonny. „Od maleńkości mój syn rozmawia z Bogiem. Czasami zwyczajnie rozmawia, a czasami na Niego wrzeszczy. Dzisiaj akurat wrzeszczy”.

Walczący z Bogiem

Zawsze się martwiłem, że moja wiara jest niewystarczająca. Oczekiwałem niewiele, a jeszcze mniej mnie zadowalało. Wiarę uważałem za dar, który się ma albo się go nie ma, a nie za coś, co można rozwijać dzięki ćwiczeniu, jak mięśnie. Moja postawa jednak się zmienia, zaczynam bowiem rozumieć wiarę jako formę potyczki z Bogiem. Może nie stać mnie na wiarę w cuda albo na to, by mieć wielkie marzenia, ale mogę naprawdę ćwiczyć swoją wiarę, mocując się z Bogiem w modlitwie.

Pamiętam pewną scenę z początków mojego małżeństwa. Byliśmy z wizytą u przyjaciół na zachodzie Stanów Zjednoczonych i nocowaliśmy w czteropokojowym domu gościnnym, który w tym czasie stał pusty. Podczas kolacji jakaś uwaga dotknęła jedno z nas i wkrótce sprzeczka małżeńska zaczęła się nasilać. Siedzieliśmy do późna, starając się wszystko omówić, lecz rozmowa zamiast nas zbliżać, tylko oddalała. Wiedząc, że następnego dnia rano mam spotkanie w interesach, wybiegłem z sypialni do drugiego pokoju w poszukiwaniu ciszy i snu.

Po kilku minutach drzwi się otworzyły i stanęła w nich Janet z nowym zestawem argumentów przemawiających za jej punktem widzenia. Uciekłem do innego pokoju. I stało się to samo. Nie chciała mnie zostawić w spokoju! Scena była niemal komiczna: nadąsany introwertyczny mąż uciekający przed natarczywą, ekstrawertyczną żoną. Następnego dnia (nie wcześniej) potrafiliśmy się z tego śmiać. Dzięki temu nauczyłem się ważnej rzeczy, że brak komunikacji jest groszy od walki. W zapasach przynajmniej obie strony są zaangażowane.

Obraz tych zmagań przywołuje mi na pamięć jedną z biblijnych scen – prototyp wszelkiej walki z Bogiem. Wnuk Abrahama, Jakub, szedł przez życie, posługując się oszustwem i podstępem. I teraz musi zmierzyć się z konsekwencjami w osobie porywczego brata, którego pozbawił pierworództwa. Jakub nękany strachem i poczuciem winy przeprawia swoją rodzinę i dobytek na drugi brzeg rzeki, jednocześnie posyłając Ezawowi dary pokoju, mające go udobruchać. Przez czterdzieści lat żył na wygnaniu. Czy Ezaw powita go mieczem, czy go uściska? Jakub trzęsie się w ciemnościach ze strachu i czeka. Nagle ktoś zadaje mu cios – człowiek? anioł? – i Jakub postępuje tak, jak zawsze postępował w takich sytuacjach. Walczy, jakby od tego zależało jego życie. Przez całą noc ci dwaj mocują się, żaden z nich jednak nie zdobywa przewagi. Wreszcie pierwszy błysk świtu rozjaśnia horyzont. „Puść mnie” (Rdz 32,27) – mówi postać, zadając cios tak silny, że wywichnął staw biodrowy Jakuba.

Kulejący, pokonany, śmiertelnie przerażony Jakub ciągle nie daje za wygraną. „Nie puszczę cię, dopóki mi nie pobłogosławisz!” – mówi (Rdz 32,27). Wtedy ten drugi, zamiast skręcić mu kark kolejnym ciosem, z czułością nadaje Jakubowi nowe imię: Izrael, co oznacza „walczący z Bogiem”. W końcu Jakub poznaje tożsamość swojego przeciwnika.

Trochę później Jakub, widząc, że jego brat Ezaw nadchodzi z czterystu ludźmi, utykając, wychodzi mu naprzeciw. Ich własne zapasy rozpoczęły się jeszcze przed narodzeniem – przepychanką w łonie. I teraz nadeszła chwila prawdy. Walczący z Bogiem wyciąga ręce.

Współczesny pisarz żydowski Arthur Waskow natknął się na tę starodawną historię, tocząc długą waśń z własnym bratem, z którym pragnął się pogodzić. Pewnego razu spotkali się w chatce w Maryland i utknęli w niej, nie mogąc się wydostać z powodu padającego śniegu. Kiedy indziej spotkali się w rześki jesienny dzień w Oregonie, brat popatrzył na niego zimno i powiedział, że kiedyś go w końcu zabije. Po tych doświadczeniach Arthur napisał książkę Godwrestling (Zapasy z Bogiem) o dwóch braciach, których ojcem był Waskow, i dwóch innych, których ojcem był Izaak.

„Mocowanie się jest podobne do uprawiania miłości” – napisał, przywołując sceny z dzieciństwa, gdy wieczorami szamotali się na łóżku, rzucając się na siebie po to, by po chwili paść wyczerpani.

Lecz Ezaw brnął przez własne Zmagania, I pędził bez tchu na drugi brzeg rzeki do brata: To także Przypomina Toczenie Wojny 7.

Jakub czuł się trochę tak, jakby się kochał, a jednocześnie tak, jakby toczył wojnę – z tajemniczą postacią w nocy i z owłosionym Ezawem za dnia. Z oddali trudno odróżnić duszenie od uścisku.

Bóg nie ustępuje łatwo. Wydaje się jednak, że z radością przyjmuje upór, który nie pozwala na poddanie się, choć wynik walki został wcześniej przesądzony. Może Jakub po raz pierwszy w życiu przekonał się w tę długą noc nad brzegiem rzeki, jak zmienić walkę w miłość. „Gdym ujrzał twe oblicze, było ono obliczem jakby istoty nadziemskiej” (Rdz 33,10) – powiedział do brata. Słowa te nie byłyby możliwe, gdyby poprzedniej nocy nie spotkał się z Bogiem twarzą w twarz.

Jakub wiele rzeczy w życiu zrobił źle, a jednak stał się eponimem zarówno plemienia i narodu, jak i nas wszystkich, którzy mocujemy się z Bogiem. Wszyscy jesteśmy dziećmi Izraela, sugeruje Paweł, każdy z nas walczy z Bogiem, zwiera się z Nim w ciemności, ściga Go z pokoju do pokoju, woła: „Nie puszczę Cię”. Do nas należy błogosławieństwo, pierworództwo i królestwo.

Przeciwieństwo obojętności

„Najwyższa forma modlitwy i zapewnienie jej skuteczności wymaga, byśmy przyjęli postawę zapaśnika mocującego się z Bogiem” – wnioskuje E. M. Bounds, który napisał osiem książek na temat modlitwy 8. Nasze nieopanowane wybuchy zupełnie nie zagrażają Bogu, a czasami nawet wydają się na Niego wpływać. Jak dowiodło wywichnięcie stawu biodrowego Jakuba, Bóg podczas długiej nocy na pustyni mógł skończyć pojedynek w każdej chwili. Nieuchwytna postać jednak zwleka, pozwala się trzymać równie chętnie, jak chętnie trzyma ją Jakub.

Mam zaszczyt być związany z grupą ludzi w Anglii zwaną Bractwem św. Kolumbana. Członkowie to personel hospicjum, pielęgniarki i inni, którzy pracują wśród umierających. Co jakiś czas moja żona i ja jesteśmy zapraszani do uczestnictwa w ich konferencjach.

Na jednej z nich kapelan hospicjum opowiadał o pewnym pacjencie, który chciał się z nim pilnie zobaczyć, ponieważ trapił go wielki niepokój. Przeżywał ostatnie stadium raka i czuł się winny, ponieważ poprzedniej nocy grzmiał, wrzeszczał i przeklinał Boga. Rano poczuł się strasznie. Sądził, że jego szanse na życie wieczne zostały stracone na zawsze i że Bóg mu nie wybaczy, że tak Mu ubliżał i Go przeklinał.

– Jak sądzisz – zapytał kapelan pacjenta – co jest przeciwieństwem miłości?
– Nienawiść – odpowiedział człowiek.
– Nie – odrzekł bardzo mądrze kapelan. – Przeciwieństwem miłości jest obojętność. Nie byłeś obojętny wobec Boga, bo inaczej nigdy nie poświęciłbyś nocy na rozmowę z Nim. Szczerze powiedziałeś Mu, co masz w sercu i umyśle. Czy wiesz, jakie chrześcijańskie słowo opisuje to, co zrobiłeś? Tym słowem jest „modlitwa”. Spędziłeś noc, modląc się.

Roy Lawrence 9.

Są to fragmenty z książki Philipa Yanceya Modlitwa. Czy to działa?, która ukaże się pod koniec stycznia 2010 roku nakładem Wydawnictwa Credo.

1 Nelson Mandela, Long Walk to Freedom, Little, Brown and Co., New York 1995, s. 265. 
2 Cyt. w: Hugh T. Kerr and John M. Mulder (red.), Conversions, William B. Eerdmans Co., Grand Rapids, MI, 1983, s. 117. 
3 Zob. Wj 32,9; 33,3; 33,5; 34,9 i inne. 
4 Martin Luther King proponuje taki obraz: „Nasz Pan Bóg nie może mnie nie słuchać; zrzucam worek pod Jego drzwi. Drażnię Jego uszy wszystkimi Jego obietnicami o wysłuchanych modlitwach”. Gdzie indziej opisuje swoją walkę z Bogiem o uzdrowienie przyjaciela Phillippa Melanchthona. „Tym razem błagałem Wszechmocnego z wielką żarliwością. Zaatakowałem Go Jego własną bronią, cytując z Pisma Świętego wszystkie obietnice, jakie mogłem sobie przypomnieć, o tym, że modlitwy powinny być wysłuchiwane, i powiedziałem, że musi wysłuchać mojej modlitwy, jeśli mam zachować wiarę w Jego obietnice” (cyt w: Walter Wink, Engaging the Powers, Fortress Press, Minneapollis, MN, 1992, s. 301). 
5 Cyt. w: Donald Bloesch, The Struggle of Prayer, Harper & Row, San Francisco 1980, s. 73. 
6 Abraham Joshua Heschel, A Passion for Truth, Farrar, Straus & Giroux, New York 1973, s. 265, 269. 
7 Arthur I. Waskow, Godwrestling, Schocken Books, New York 1978, s. 1–2.  
8 E.M. Bounds, The Complete Works of E.M. Bounds, Baker Books House, Grand Rapids, MI, 1990, s. 322. 
9 Roy Lawrence, How to Pray When Life Hurts, InterVarsity Press, Downers Grove, IL, 1990, s. 28.

Zapasy
Philip Yancey

urodzony 4 listopada 1949 r. w Atlancie – amerykański pisarz chrześcijański, jeden z najpopularniejszych amerykańskich autorów religijnych (łącznie 15 milionów sprzedanych egzemplarzy, a jego książki zostały przetłumaczone na 25 języków), wywodzi się z kręgów ewangelikalnych...