Zapominane, zapomniane

Zapominane, zapomniane

Szczęściara ze mnie: ludzie przysyłają mi cenne, ciekawe książki, często takie, których sama nie zdołałabym znaleźć i zdobyć. Cały regał w mojej bibliotece zajmują te prezenty – wszystkie opatrzone dedykacjami, podnoszącymi dodatkowo ich wartość.   Doktor Adam Wierciński z Uniwersytetu Opolskiego – wykładowca, polonista, bibliofil, publicysta, miłośnik Kresów i niezmordowany obrońca pięknej polszczyzny – ofiarował mi właśnie kolejną lekturę: Powojenne losy inteligencji kresowej. Są to – wydane przez stowarzyszenie „Wspólnota Polska” w Opolu, w nakładzie zaledwie 250 egzemplarzy – materiały z konferencji naukowej, która odbyła się dwa lata temu.

W spisie treści, otwierającym tom, tekst pana Wiercińskiego O zapominanym dziedzictwie kresowym zaanonsowany jest błędnie: O zapomnianym dziedzictwie kresowym. Literówka dość znamienna. Autor poprawił błąd własnoręcznie, ołówkiem. Jeśli zważyć, że pierwsza książka Adama Wiercińskiego, jaką od niego otrzymałam, nosiła tytuł Przywracanie pamięci, jasne się staje, co jest jego główną troską i dlaczego ta literówka mogła go nieco rozgniewać.

W istocie, cały trud organizatorów i uczestników owej konferencji zwrócony jest przeciwko zapomnieniu, na które skazani zostali, wyrokami ziemskich twórców historii, inteligenci polscy na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej. Pozostając wiernie na ziemi ojców, znaleźli się w obcym państwie. „Dla pokolenia urodzonego po II wojnie światowej ziemie za wschodnią granicą stały się pod wpływem literatury i opowieści wysiedlonych z niej Polaków krainą mityczną, zadziwiającą swą tajemniczością, »krajem lat dziecinnych« i młodości wielu wybitnych twórców. Z drugiej strony przekazy medialne utwierdzały w przekonaniu, że przesiedleńcy przybyli na Śląsk z terenów cywilizacyjnie i kulturowo zapóźnionych – pisze we wstępie pani Krystyna Rostocka. – Konfrontacja tego poglądu z rzeczywistością nastąpiła u schyłku lat osiemdziesiątych i w następnym dziesięcioleciu. Stopniowo odkrywano ślady polskiej kultury, wspaniałe, choć często zniszczone zabytki, a przede wszystkim Polaków, którzy kultywowali język, kulturę i wiarę przodków. (…) Wierni swoim zasadom, »małej ojczyźnie« i miastom szczególnie bliskim polskiej kulturze, stali na straży jej pamiątek”.

Tekst Adama Wiercińskiego poświęcony jest właśnie pamięci historycznej – temu, jak ją po II wojnie światowej tłumiono i niszczono, jak spychano do nieistnienia olbrzymi obszar naszej kultury, pomniejszano wiedzę o przeszłości, nawet dalekiej, i ograniczano pamięć zbiorową. Jest to wypowiedź żarliwa, wysoce erudycyjna, przestrzegająca przed płycizną czasów popkultury, „obiecującej łatwe raje bez wczoraj”.

Podobne intencje odnajduję w innych tekstach tego zbioru. Powojenne losy inteligencji kresowej to książka pasjonująca, wypełniona mnóstwem wiadomości statystycznych i historycznych oraz indywidualnymi, wzruszającymi przykładami ludzkich losów i postaw. Materiału tego jest tak wiele, że trudno byłoby go omówić w małym objętościowo felietonie. Opowiem więc tylko o jednym, cichym bohaterze, którego fotografia przykuwa uwagę dzięki szlachetności, wesołości i dobroci, malującym się na jego twarzy. Losy tego człowieka opisuje Przemysław Harupa w tekście Stanisław Adamski – działacz polski we Lwowie.

Naprawdę nazywał się Stanisław Kruczkowski; „Adamski” to był jeden z jego konspiracyjnych pseudonimów. Urodził się w 1916 roku we Włodzimierzu Wołyńskim. Ród Kruczkowskich wywodził się ze Zbaraża i od wielu pokoleń angażował się w polski ruch niepodległościowy. Stanisław i jego rodzeństwo wychowywali się we Lwowie, w domu patriotycznym, szanującym polską tradycję, historię i kulturę. Nic dziwnego, że dwudziestotrzyletni kapral podchorąży Stanisław Kruczkowski, dowódca 4. kompanii 2. batalionu 40. Pułku Piechoty im. Dzieci Lwowskich, broniąc we wrześniu 1939 roku Warszawy, zasłużył na Krzyż Walecznych. Po ucieczce z niewoli niemieckiej Stanisław wrócił do Lwowa, złożył przysięgę i rozpoczął działalność konspiracyjną (stąd pseudonim, przy którym pozostał do śmierci).

Podczas okupacji sowieckiej i niemieckiej Stanisław Adamski był żołnierzem Armii Krajowej, konspiratorem, uczestnikiem akcji „Burza”. Aresztowany, został osadzony w obozie w RiazaniuDiagilewie, w niezwykle ciężkich warunkach. Wolność odzyskał dopiero w kwietniu roku 1948. We Lwowie, poddanym władzy sowieckiej, nie zastał już części krewnych – w roku 1946 uciekli na Górny Śląsk. Mimo to postanowił nie opuszczać swego miasta. Początkowo ukrywał się u znajomych, co noc zmieniając miejsce noclegu, nie miał bowiem – i mieć nie chciał – obywatelstwa radzieckiego, a więc i paszportu. Został pomocnikiem geodety w wiosce nad Pełtwią. Tam znaleźli go funkcjonariusze kontrwywiadu Smiersz, którzy aresztowali Stanisława Adamskiego, a następnie przedstawili mu propozycję współpracy. Gdy odmówił, zawiązali mu oczy, zakuli w kajdany i wywieźli. Został zamknięty w piwnicy jakiegoś budynku, gdzie w kamiennej celi, na betonie, w głodzie, zimnie i osamotnieniu, spędził pół roku. W tym czasie prowadzono śledztwo w sprawie jego kontaktów. Ostatecznie, gdy więźnia nie udało się złamać, został uniewinniony, lecz uniemożliwiono mu wyjazd do Polski.

Stanisław Adamski podjął pracę stróża w pralni, a jednocześnie otrzymał zlecenie od ostatniego dyrektora Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, profesora Mieczysława Gębarowicza, historyka sztuki: miał tłumaczyć kronikę jednego z ukraińskich pisarzy. Tak zaczęła się ich współpraca. Kiedy po roku 1948 zaczęli powracać do Lwowa znajomi i przyjaciele, Stanisław Adamski, wraz z o. Rafałem Kiernickim, współwięźniem w Riazaniu, a wkrótce proboszczem bazyliki metropolitalnej, troszczył się o pomoc dla Polaków, mieszkających teraz za nową wschodnią granicą. W pełnej konspiracji zajął się, wraz z przyjaciółmi, ratowaniem narodowego dziedzictwa i pamiątek kultury, wychowywaniem polskich dzieci, nauczaniem języka polskiego i religii, wspieraniem parafii katolickich. Kontynuował swoją misję wytrwale, a choć na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych wolno już było wracać do Polski, Stanisław Adamski postanowił pozostać we Lwowie. W roku 1952 przyjął radzieckie obywatelstwo i ożenił się z córką profesora Politechniki Lwowskiej, Teresą Mozer, byłą łączniczką AK. We dwoje stworzyli we Lwowie dom niezwykły, wyjątkową przystań, gdzie mogli spotykać się Polacy i gdzie gromadzono książki, meble, obrazy i wartościowe przedmioty, skupowane po antykwariatach lub pozostawiane przez wyjeżdżające rodziny polskie. Ratując w ten sposób przed zniszczeniem polskie pamiątki i dzieła sztuki, państwo Adamscy przekazywali najcenniejsze z nich do Polski. Tak ocalone zostało archiwum profesora Gębarowicza, które trafiło do Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu. Tak powędrowały do Polski ocalone przed zniszczeniem elementy wyposażenia kościołów, wizerunki Madonn, a nawet pomniki. Pracując jako konserwator, Stanisław Adamski ratował przed zrujnowaniem zabytki, odnawiał kościoły i kaplice na Podolu, walczył o zwrócenie ich katolikom, adaptował budynki mieszkalne na świątynie, dbał o polskie cmentarze i troszczył się o rozwój polskich szkół na Ukrainie. Z biegiem lat dom państwa Adamskich stał się ostoją dla Polaków miejscowych i tych, którzy przybywali z kraju. Organizowano tu obchody świąt kościelnych i narodowych, wysyłano na wakacje do Polski grupy młodzieży z Ukrainy. Wystawiano tu jasełka i odbywano próby młodzieżowych zespołów tanecznych i wokalnych, zwoływano zebrania Klubu Myśli Katolickiej, założonego przez pp. Adamskich w początku lat dziewięćdziesiątych, oraz spotkania Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej.

Zesłanie i więzienia zrujnowały zdrowie Stanisława Adamskiego. Dwukrotnie przebywał na leczeniu w Polsce. Z pobytu w roku 1989 zapamiętała go Danuta Nespiak, redaktorka pisma „Semper Fidelis”. „Wspomina go jako drobnego, cichego i spokojnego człowieka o wysokiej kulturze osobistej i dużym autorytecie moralnym; człowieka należącego do ostatniego pokolenia romantycznych patriotów”.

Właściwie nigdy nie tracił nadziei, że „Lwów do Polski powróci”. A jednak, po roku 1991, pomimo historycznych zmian na świecie i rozpadu ZSRR, Polacy na Wschodzie wciąż żyli w przekonaniu, że ojczyzna o nich zapomniała. Stanisław Adamski czekał aż do roku 1999, nie spocząwszy ani na chwilę w upartym trudzie, w wytrwałej walce o to, by Polacy za Bugiem zachowali polską tożsamość, żeby Polska dla nich nie zginęła. Zmarł, pozostawiając po sobie milion zasług i milion dobrych uczynków – skromny, cichy, schorowany człowiek o duszy tytana.

Tylko dzięki tej książce będę o nim pamiętać. Panie Adamie, dziękuję za prezent.

Zapominane, zapomniane
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....