Zawsze był inny…

Jeden z najbogatszych ludzi w przedwojennej Polsce, który mieszkał w najuboższej celi w naszym klasztorze, z tubki pasty do zębów wyciskał ostatki, bo przecież byłoby rozrzutnością wyrzucić niewyciśniętą do końca.

Bracia krakowskiego klasztoru dominikanów po śmierci Ojca Joachima Badeniego mówią: „zrobiło się pusto”. Pusto robi się wtedy, gdy zabraknie kogoś, kto wypełniał sobą jakieś ważne miejsce. Miejsce o. Joachima nie było miejscem widocznym, u schyłku życia prowadził – nie umiem tego lepiej nazwać – ukryte życie odkryte. Nie widać go było na naszych klasztornych kapitułach, nie mógł uczestniczyć w naszych wspólnych modlitwach, w chórze czy też na mszach św. całej wspólnoty. Ale żaden z nas, członków wspólnoty braci kaznodziejów klasztoru św. Trójcy w Krakowie, nie wydał w tak krótkim czasie tylu książek, choć już (w ostatnim okresie życia) prawie nie widział i słabo słyszał. A i komputer nie bardzo odróżniał od maszyny do pisania, zresztą to niezbyt wyrafinowane urządzenie nie interesowało go nigdy. Ale za to jak potrafił mówić! Jak bezbłędnie, wiedziony niezawodną intuicją i wyobraźnią, potrafił wpuścić strumień jasnego światła w mroki wiary, jak rozjaśniał prostą metaforą labirynty teologicznych rozważań. Widziałem oczy nagrywających jego słowa rozmówców (z tych rozmów powstawały książki), którzy zasłuchani zapominali czasami o obsłudze nagrywających urządzeń.

Zostało Ci jeszcze 91% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się