Zbudź się, o śpiący…

Zbudź się, o śpiący…

Bóg, który zbija z tropu

Jezus im odpowiedział: „Idźcie i oznajmijcie Janowi to, co słyszycie i na co patrzycie: niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię. A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”.

Mt 11,4–6

„Czy Ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?” — pytał Jezusa Jan Chrzciciel. Doprawdy, nie było to pytanie retoryczne. Wypływało ono z głębokiej ludzkiej potrzeby. Jan wiele wycierpiał w więzieniu. On, który przywykł do wolności pustyni i do przestrzeni, siedział teraz w ciasnej i mrocznej celi tylko dlatego, że śmiał powiedzieć Herodowi prawdę, iż nie wolno mu żyć z żoną jego brata Filipa. Samotność dała mu czas na przemyślenie wieści, które raz po raz przedostawały się przez grube więzienne mury. Dotyczyły one orędzia Jezusowego i Jego cudów. To, co słyszał o Nim, bardzo odbiegało od tego, czego osobiście oczekiwał. On, Jan, sam przepowiedział, że Jezus będzie mocny, „mocniejszy ode mnie”. Miał chrzcić Duchem Świętym i ogniem. Będzie miał wiejadło w ręku i oczyści swój omłot. Pszenicę zbierze do spichrza, a plewy spali w ogniu, co nigdy nie gaśnie (Mt 3,11–12). Jan oczekiwał Mesjasza, przychodzącego z „ręką potężną i wyciągniętym ramieniem” (Ps 136,12), który bezlitośnie wytnie każde drzewo, nie wydające dobrego owocu; wytnie je i wrzuci w ogień (Mt 3,10).

To, co usłyszał o Jezusie, zbiło go z tropu, nie zgadzało się z jego wyobrażeniami o królestwie mesjańskim. Jezus nie był otoczony mocą, nie występował jako sędzia. Oczywiście czynił cuda, ale po to, aby uleczyć chorych, a nie, aby umocnić swoją władzę. A czyż Izajasz nie pisał, że Mesjasz miał przynieść więźniom swobodę (Iz 61,1)? Teraz Jan siedział w więzieniu, On, poprzednik Mesjasza, a Mesjasz nie troszczył się o to i nie robił nic, żeby go wyswobodzić.

Myślę, że powinniśmy bardzo serio podejść do pytania Jana Chrzciciela i nie odzierać go z dramatyzmu, twierdząc, jak to często zwykło się czynić, że Jan zadał to pytanie z myślą o swoich wątpiących uczniach, aby oni z ust samego Jezusa mogli usłyszeć, że był On wybranym Mesjaszem. Przyjmowano, że jest niemożliwe, aby Jan mógł wątpić, bo przecież widział Ducha Świętego zstępującego na Jezusa w postaci gołębicy i słyszał głos z nieba mówiący: „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie” (Mt 3,16–17).

Czy rzeczywiście Jan nie mógł wątpić? My uważamy, że wszystko, co mówi, myśli i czyni prorok, pochodzi z inspiracji Ducha. Jednak Pismo święte w wielu miejscach pokazuje, że prorocy są takimi samymi ludźmi jak my, a jedynie w chwilach szczególnie naznaczonych łaską są do tego stopnia przeniknięci Duchem, że potrafią przemawiać i działać w imię Boga. Charakterystyczne dla Ducha jest przychodzenie i odchodzenie. Prorokiem nie można być przez cały czas. On, bardziej niż jakikolwiek inny człowiek, jest narażony na ciemne noce: im bardziej jest pochwycony przez Ducha, tym boleśniej doświadcza własnej pustki i niewystarczalności, gdy Duch go opuszcza. Z pewnością możemy przyjąć, że ciemności więzienia wniknęły w duszę Jana Chrzciciela i stąd rodzi się jego pytanie.

Jezus nie odpowiada wprost. Nie mówi: oczywiście, że jestem obiecanym Mesjaszem. Poprzestaje na prostym opisie tego, co czyni: „Niewidomi wzrok odzyskują, chromi chodzą, trędowaci doznają oczyszczenia, głusi słyszą, umarli zmartwychwstają, ubogim głosi się Ewangelię”. Jezus wyraźnie nawiązuje do Izajasza: „Wtedy przejrzą oczy niewidomych i uszy głuchych się otworzą. Wtedy chromy wyskoczy jak jeleń i język niemych wesoło krzyknie” (Iz 35,5–6). Pokazuje, że naprawdę jest tym, którego zapowiadali prorocy, że istnieje ciągłość między starym a nowym przymierzem. Dodaje jednak tajemnicze słowa: „A błogosławiony jest ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Błogosławieństwo, które niewątpliwie jest w pierwszym rzędzie skierowane do Jana: „Błogosławiony jesteś ty, Janie, jeżeli we Mnie nie zwątpisz”. Już wtedy, gdy Jezus, jako nowo narodzone dziecię, został ofiarowany w świątyni, Symeon powiedział o Nim: „Oto Ten jest przeznaczony na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą” (Łk 2,34).

Może Jan był bliski tego, by obrazić się na Jezusa. Trudno mu było zaakceptować Mesjasza, który „jest cichy i pokorny sercem” (Mt 11,29), Mesjasza, który nie chce siłą zawładnąć światem, który nie manifestuje swej wielkości, ale ukazuje swoją łagodność, cierpliwość, miłosierdzie. Oczywiście i Stary Testament mówi wiele o miłosierdziu Boga. „Jahwe! Jahwe! Bóg miłosierny i litościwy, cierpliwy, bogaty w łaskę i wierność”, czytamy w Księdze Wyjścia (34,6). A u Izajasza: „Ale teraz tak mówi Jahwe, Stworzyciel twój, Jakubie, i Twórca twój, o Izraelu: «Nie lękaj się, bo cię wykupiłem, wezwałem cię po imieniu; tyś moim! Gdy pójdziesz przez wody, Ja będę z tobą, i gdy przez rzeki, nie zatopią ciebie»” (43,1–2). „Czy Efraim nie jest dla mnie drogim synem lub wybranym dzieckiem? — czytamy z kolei u Jeremiasza — Ilekroć bowiem się zwracam przeciw niemu, nieustannie go wspominam. Dlatego się poruszają moje wnętrzności; muszę mu okazać miłosierdzie!” (31,20). Można by przytoczyć jeszcze wiele innych fragmentów.

Jednak tego typu teksty łatwiej pominąć i zatrzymać się na mówiących o Bogu w kategoriach wielkości i siły. To dziwne, jak trudno człowiekowi zaakceptować Boga, który jest łagodny i pokorny. Chcemy Boga zaprowadzającego porządek w świecie, usuwającego natychmiast chwast, aby pszenica mogła wzrastać swobodnie i bez przeszkód (Mt 13,24–30). Wszyscy przecież myślimy, że chwastem są ci inni, a pszenicą jesteśmy my. Potykamy się o to, że w Bogu jest zbyt wiele cierpliwości, że On nie ingeruje, że oszczędza i czeka. Taka postawa wydaje się nam słabością. „A może gardzisz bogactwem dobroci, cierpliwości i wielkoduszności Jego — pisze św. Paweł — nie chcąc wiedzieć, że dobroć Boża chce cię przywieść do nawrócenia?” (Rz 2,4). Coś w nas bardziej przypomina lwa Judy ze Starego Testamentu niż baranka z Nowego Testamentu, który wydaje się na zabicie. „Czyż nie Ty, Boże, nas odrzuciłeś i już nie wyruszasz z naszymi wojskami”, wołamy wraz z psalmistą (60,12). Potykamy się o Boga, który nie jest gotów zniweczyć wszelkiego zła. Jesteśmy zbici z tropu, kiedy zauważamy, że Bóg jest inny: umywa nam stopy, umiera za nas, wyciągając ramiona, staje się dla nas pokarmem i napojem.

Choć w głębi nas samych tęsknimy za miłością bez granic, to stajemy przerażeni, kiedy ta miłość się objawia. Z Bogiem sprawiedliwym można ubijać interesy. Można Nim kupczyć i próbować pozyskać Jego względy. Ale przeciw Bogu, który jest miłością i tylko miłością, nie mamy broni. Takiej miłości można się tylko wydać. Jednak to oznacza, że musimy skapitulować wobec samych siebie, wypuścić z rąk własny ster, być całkowicie uzależnionymi od Niego, mamy stać się dziećmi. W ten sposób stracimy własny ster, nie będziemy wiedzieli, gdzie się znajdziemy. To niełatwe, gdy się wydoroślało, znów stać się dzieckiem.

„Między narodzonymi z niewiast nie ma większego od Jana. Lecz najmniejszy w królestwie Bożym większy jest niż on” — mówi Jezus (Łk 7,28). Kiedy mówi On o „najmniejszym w królestwie Bożym”, to mógł pomyśleć tylko o sobie. On odstąpił od swej boskości, całkowicie siebie ogołocił i stał się sługą ludzi. Uczynił siebie najmniejszym ze wszystkich. Wybrał ostatnie miejsce. My możemy w najlepszym razie zająć przedostatnie. Wtedy będziemy z Nim, będziemy w Bożym towarzystwie.

Z Dziejów Apostolskich wynika, że niektórzy z uczniów Jana Chrzciciela nadal udzielali chrztów, nawet po śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa. Kiedy św. Paweł przybył do Efezu, znalazł kilku ludzi, którzy byli ochrzczeni tylko chrztem Janowym (19,1–3). W Kościele zawsze istnieli tak zwani joannici, którzy nie w pełni akceptowali Boga takim, jaki przyszedł do nas w Jezusie. A może i my sami, bardziej czy mniej, do takich należymy? Czy naprawdę wierzymy, że Baranek Boży, który gładzi grzechy świata, którego spożywamy w Eucharystii, jest „obrazem Boga niewidzialnego” (Kol 14,9)? Czy też innego oczekujemy?

Powstaje nieopisana ulga i wyzwolenie, kiedy wreszcie przestajemy dyskutować z Bogiem o tym, jaki On być powinien, a zaakceptujemy, że On jest miłosierdziem i miłością — kiedy kapitulujemy przed taką miłością.

Potrójne narodziny Syna

Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi. Na świecie było [Słowo], a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał.

J 1,9–10

Tajemnica, którą świętujemy dzisiejszej nocy, jest tak wielka, tak niepojęta, że stajemy wobec niej oniemiali. Przed takim cudem wypada tylko zamilknąć. Może baranek z osiołkiem, niemo świadczące o narodzinach Dziecięcia, są mądrzejsze od nas, którzy tylko bełkoczemy o Bogu. Jednak Kościół pragnie, byśmy mimo wszystko powiedzieli dziś kilka słów, nie żeby wyjaśniać to, czego wyjaśnić się nie da, lecz dlatego, abyśmy pojęli, że to, co dziś czcimy, jest zupełnie nie do pojęcia.

Średniowieczny mistyk dominikański Jan Tauler (1300–1361), w kazaniu na Boże Narodzenie mówi o potrójnych narodzinach. Pierwsze to narodziny Słowa „z Ojca przed wiecznymi czasami”. Drugie — Jezusa w Betlejem za czasów Heroda. Trzecie — Chrystusa w naszych sercach teraz, w każdym momencie naszego życia. Wymownym symbolem tych potrójnych narodzin jest panujący od czasów średniowiecza zwyczaj trzykrotnego celebrowania Eucharystii: o północy (Pasterka), Mszy świętej nocy Bożego Narodzenia i Mszy świętej dnia Bożego Narodzenia. W czasie tego święta czcimy wszystko naraz. Nie możemy odróżnić jednych narodzin od drugich.

Słowo zostało zrodzone z Ojca „przed wiecznymi czasami”. „Pan rzekł do Mnie: Tyś jest Moim Synem, Jam Cię dziś zrodził”, tak brzmi antyfona na wejście Mszy świętej odprawianej o północy. Znajdujemy się tu poza czasem, w misterium wieczności i dlatego celebrujemy ją w środku nocy. Tutaj chodzi o wewnętrzną istotę Boga, nie o Boga, który zarozumiale zamyka się w sobie, ale nieustannie wychodzi z siebie, w tak totalny sposób, że w tym wykraczaniu poza siebie rodzi Syna, który jest jak On, tak samo wielki i tak samo boski. Syn jest we wszystkim podobny do Ojca, poza tym jednym — jest On tym, który wszystko otrzymuje, a Ojciec tym, który wszystko daje. Jest Bogiem na sposób Syna, a Ojciec jest Bogiem na sposób Ojca. Bóg nie jest monologiem, lecz dialogiem. Jest wspólnotą, przyjaźnią, rodziną. A harmonia, jaka panuje między Ojcem i Synem, jest tak zwarta, tak nasycona życiem, że wydaje Trzeciego w tej wspólnocie. Duch jest iskrą miłości, która nieustannie przepływa od Ojca do Syna i od Syna do Ojca.

Dzisiaj czcimy tę Tajemnicę. We Mszy bożonarodzeniowej usłyszymy prolog z Ewangelii św. Jana: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo”. Niesłychanym darem dla nas jest objawienie się nam Boga samego, to, iż pozwolił nam zrozumieć, że Jego istotą jest wychodzić z siebie. Bycie świadkiem prawdziwej miłości, w której zapomina się o sobie, aby drugiego uszczęśliwić, jest zawsze źródłem radości. Przez to wiemy, że jesteśmy stworzeni na obraz Boży, że także naszą istotą jest przekraczanie siebie i życie dla innych.

Czcimy również narodziny Jezusa w Betlejem i o nich najbardziej myślimy w te święta. Jednak, kiedy te narodziny w czasie oderwiemy od narodzin Słowa z Ojca przed wiecznymi czasami, stracimy to, co jest najistotniejsze. Pozostanie tylko nieco romantyzmu: rozkoszne Dziecię, które może w niektórych momentach pobudzi nasze serca. Nie będzie to jednak wydarzenie, które poruszy nas samych. Jeżeli nie pojmiemy, że to Dziecię jest Słowem, które było u Boga przed wiecznymi czasami i samo było Bogiem, stracimy to, co najistotniejsze. Wcielenie Boga jest największą Tajemnicą chrześcijaństwa, najbardziej niepojętą. Jak Bóg, tak wielki, mógł stać się taki mały? W jaki sposób to bezbronne, płaczące dziecko może być „moim Panem i moim Bogiem”?

Właśnie ta Tajemnica jest największą przeszkodą dla nie–chrześcijan. I nawet w łonie Kościoła jest wielu, także wśród teologów, którzy mają trudności, by schylić głowę wobec niepojętego: że to bezsilne dziecko jest Bogiem. Jednak kiedy w to uwierzymy, to znajdziemy rozwiązanie dla wszystkich naszych problemów. Wówczas już nigdy nie możemy zwątpić w miłość Bożą. Ostatecznym dowodem na Jego miłość jest to, że Bóg, który jest wszechmocny i który stworzył wszechświat, stał się niemowlęciem dla nas. Wątpić w to, że jest się kochanym przez Boga można tylko wtedy, gdy zapomni się o żłóbku. Nie musimy czekać na mękę i śmierć Jezusa, abyśmy byli pewni Jego miłości. Skok z królewskiego tronu Boga do stajenki jest o wiele większy niż odległość z Betlejem do Golgoty.

Druga Msza nocy Bożego Narodzenia symbolizuje stanie się Boga w czasie. Celebruje się ją o wschodzie słońca, w czasie, gdy zaczyna świtać. Brzask jest mieszaniną światła i ciemności, clairobscur. Widzimy nowo narodzone Dziecię w żłobie. To jasne, to rozumieją wszyscy. Dlatego cały świat czci Boże Narodzenie. Jednak fakt, że to dziecię jest Bogiem, jest zaciemniony, to coś, czego nikt tak naprawdę pojąć nie umie.

Trzecie narodziny to narodziny Chrystusa w naszych sercach. Symbolizuje je trzecia Msza, którą celebruje się w środku dnia. „Zbudź się, o śpiący, i powstań z martwych, a zajaśnieje ci Chrystus” — pisze św. Paweł (Ef 5,14). Dzień się budzi i gwiazda poranna wschodzi w naszych sercach (2 P 1,19). Powicie Jezusa w Betlejem niczemu by nie służyło, gdybyśmy nie pozwalali Mu w nas się narodzić. On ma wzrastać, a my mamy się umniejszać. Misterium Bożego Narodzenia musi stać się rzeczywiste w każdym z nas. Maryja szuka gospody — wystarczy stajnia i żłób! — aby On się narodził. Czy jest w nas miejsce dla Niego? Czy może jesteśmy tak przepełnieni, że wcale go nie ma?

Pozwolić Jezusowi narodzić się w nas oznacza, że stajemy się zwiastunami miłości. Znaczy, że nie idziemy już do naszej pracy po to, aby zarabiać pieniądze albo dlatego, że taki jest nasz obowiązek, ale robimy to z miłości. Przez wszystko, czym jesteśmy i co robimy, mówimy Bogu i ludziom — tak. Podobnie jak Jezus jest miłosnym słowem Ojca, tak my jesteśmy maleńkimi słowami miłości w wielkim Słowie.

Boże Narodzenie stanie się naprawdę, kiedy historyczne narodziny w Betlejem zaistnieją teraz, dzisiaj, w nas. „Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka, gdy na świat przychodzi… lecz świat Go nie poznał” (J 1,9–10). Czujemy ból Jana w momencie, kiedy o tym pisał.

Wolimy żyć w naszych własnych ciemnościach, czy pozwalamy, aby On, który jest światłem świata, je rozświetlał?

tłum. Justyna Iwaszkiewicz

Zbudź się, o śpiący…
Wilfrid Stinissen OCD

(ur. 10 stycznia 1927 r. w Antwerpii, Belgia – zm. 30 listopada 2013 r. w Tågarp, Szwecja) – belgijski karmelita bosy, doktor filozofii, współzałożyciel klasztoru w szwedzkim Norabby, znany w całej Skandynawii rekolekcjonista, ważna postać nie tylko szwedzkiego chrześcijańst...