Żeby się ludzie pośmiali

Żeby się ludzie pośmiali

Pamięci Szymona Giętego.

Tak, można powiedzieć, że to ja wszystkiemu zawiniłam. To ja zadecydowałam, że Franek Skrzypek ma być przyjęty na stacjonarny, a Jerzy Brodak pozostanie jeszcze w hospicjum domowym, aż się zwolni łóżko. Doktor Kolasińska się wściekła. Zasadniczo nie dochodziło między nami do spięć. Nie mogłam zrozumieć, co się z nią dzieje. Jakbym ukłuła ją w splot nerwowy. Nie wiedziałam wtedy, co zawdzięcza Brodakowi.

— Szukamy medialnego rozgłosu — wyrzuciła bez namysłu oskarżenie.
— Ale o co chodzi? — spytałam.
— Oho, wyprawić na tamten świat Franka Skrzypka! No tak, będą o tym pisać. Jeden dzień mnie nie było w pracy i cały harmonogram przyjęć szlag trafił. — Wpadła w histerię, łamiący się głos zdradzał, że nie panuje nad sobą. — Jemu wszystko jedno, jak umrze. Całe życie żył jak dziad. Może chce jak dziad umrzeć. Zaplanowałam do przyjęcia Brodaka. Brodak ma w końcu zasługi dla miasta… Takim ludziom jesteśmy coś winni. Ale dla pani oni wszyscy to komuchy.
— Z tego, co wiem, nie przyjmujemy ludzi do hospicjum za zasługi.

* * *

Jeszcze tego dnia problem sam się rozwiązał. Na „dwójce” zmarł pacjent. Zwolniło się łóżko. Gdyby zmarł parę godzin wcześniej, pewnie nie doszłoby do kłótni. Na szczęście burza, jak była gwałtowna, tak szybko minęła. Wieczorem w zgodzie wypiłyśmy kawę. Z Kolasińskiej uszła para. Nawet mnie przeprosiła. W nagłym przypływie szczerości zdradziła mi, że przed laty Brodak załatwił jej poza kolejką mieszkanie. Nie był to jednak przejaw korupcji. Nie dostał za to ani grosza. Nie znali się też osobiście. Po prostu rzetelnie zbadał jej dramatyczną sytuację rodzinną, a że był człowiekiem bardzo wrażliwym… zajął się jej sprawą, do końca.

Położyłam ich w jednej sali. Biedaka i byłego prominenta, ostatniego komunistę z przekonania.

Franek Skrzypek — włóczęga, symbol miasta. Jedyny autorytet, który się uchował w czasach powszechnej korupcji. Chodzący pomnik. Swego czasu sprzedawano jego wizerunek jako widokówkę — najbardziej charakterystyczny miejski „obiekt”. Od zawsze wyglądał jak dziad, choć kiedy po wojnie pojawił się w naszym mieście, miał niecałe czterdzieści lat.

Andrzej, wolontariusz, wykąpał go i ogolił. Po tym zabiegu nikt nie rozpoznałby słynnego kloszarda. Odarty z łachmanów, bez brody, okularów i skórzanej pilotki… Nie można go też było rozpoznać po charakterystycznym kaczym chodzie i zgarbionej sylwetce. Od paru tygodni był przykuty do łóżka z powodu raka kręgosłupa. Co z niego zostało? Czy to naprawdę był Franek Skrzypek? Czy wieszak, z którego zdjęto rzeczy i położono do łóżka? Na szyi miał woreczek z jakimiś skarbami, którego nie pozwolił zdjąć nawet w czasie kąpieli.

Franek zażyczył sobie gazetę.

— Muszę się dowiedzieć, czy nie dzieje się na świecie nic przykrego… — Zatopił wzrok w płachcie wytatuowanej drobnym maczkiem. Bez okularów. Andrzej zdębiał. Nikt nigdy nie widział Franka bez okularów, grubych jak denka od butelek.

— Panie Franku, to jakiś cud. Pan czyta bez okularów.
— Ee — rozpromienił się, pokazując bezzębne dziąsła. — Tak nosiłem, żeby się ludzie trochę pośmiali…

Widziałam kątem oka, jak Brodak dyskretnie obserwuje swego sąsiada.

* * *

Wieczorem pierwszego dnia ich pobytu u nas na salę wszedł ksiądz Jacek. Stałam na korytarzu z Teresą, pielęgniarką.

— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. Czy ktoś chce przyjąć Pana Boga? O! — podniósł teatralnie głos — my się jeszcze chyba nie znamy.

Podszedł najpierw do łóżka Franka. Chwilę z nim porozmawiał. Potem wstał, odsunął krzesło i zamierzał zwrócić się do Brodaka. I wtedy ujrzał przed sobą odsłoniętą jego… tylną część ciała. Dwa obnażone pośladki. Zdarzało się, że pacjenci reagowali niechętnie na księdza, ale z taką demonstracją spotkałam się po raz pierwszy. Jacek uśmiechnął się. Niezrażony zaszedł chorego z drugiej strony.

— Tę część, proszę pana, mamy wszyscy taką samą, ale na twarz musimy zapracować. Chciałem tylko powiedzieć, że niedługo będzie Wielkanoc.
— No to życzę panu powodzenia… — wyszeptał z ironicznym uśmiechem Brodak.

Po paru minutach weszłam do pokoju, udając, że nic nie widziałam, nic nie słyszałam.

— Oddziałowa — zawołał do mnie Brodak. — Gdzie ja mogę palić? To sprawa zasadnicza dla mojego zdrowia… — Był wyraźnie podenerwowany.

Wielu pacjentów w hospicjum pali. Nikt tu już nie przekonuje chorych o szkodliwości nałogu. Staramy się jedynie, by na tym tle nie dochodziło do konfliktów.

Brodak miał raka płuc. Rozwijał się w nim kilkanaście lat. Pełzający morderca, nie boli. Najtrudniej wykrywalny.

— To już, panowie, musicie się z sobą dogadać. — Spojrzałam na Franka.

Ten delikatnie skinął głową.

— Niech zakurzy, jak radość to sprawia — powiedział w sufit.
— A pewnie, cholerną radość — ożywił się Brodak. — Nic tak nie cieszy, jak karmienie swojej kostuchy. Czy to nie dziwne? Nikt mnie tak w życiu nie kochał jak mój morderca. Zawsze był ze mną. Najwierniejsza kochanka. Wie pani, że nawet w nocy wstawałem zapalić, bo inaczej bym nie mógł spać. Jak budzik. Druga w nocy papierosek. I można było spać dalej.

* * *

To była jedyna chwila, kiedy Brodak się rozgadał. Rozczulił. Przez te parę minut zrezygnował z dystansu. Odsłonił się. Pewnie uznał, że dla sprawy tak priorytetowej jak papierosy warto się ugiąć. Potem znów się zamknął.

W ciągu trzech tygodni usłyszałam od niego zaledwie parę zdawkowych zdań. Ale i tak dowiedziałam się bardzo wiele. W sposób pośredni. Głównym źródłem informacji była jego żona. Kobieta bardzo inteligentna i wrażliwa. Uczyła muzyki. Kochała go i wiele wycierpiała z jego powodu. Musiała z bólem patrzeć, jak dobijał się alkoholem i papierosami. „Im szybciej umrę, tym lepiej dla nas obojga” — powtarzał jej, raniąc ją z satysfakcją, jakby jedyną pociechą tego człowieka w jego ostatnich dniach było zadawanie bólu najbliższej osobie. Stała się kozłem ofiarnym. Całe życie chciał uszczęśliwić ludzkość. Nie za bardzo mu to wychodziło. Ideologia, w którą wierzył, przegrała. Syn wyparł się go w stanie wojennym i wyemigrował. Teraz Brodak został sam, z żoną, na którą przelewał swą złość.

Przychodziła do mnie do dyżurki. Po rozmowie z lekarzem, który prosił ją, by nie brała agresji męża do siebie, uspokoiła się. I potrafiła mężowi prawie wszystko wybaczyć…

Miała potrzebę porozmawiania ze mną, może czuła coś w rodzaju wstydu z powodu zachowania, a raczej milczenia swego męża. Chciała być jego ustami. Jakby pragnęła powiedzieć mi rzecz oczywistą, że mąż jest inny, niż to pokazuje na zewnątrz.

Pewnego wieczoru przez chwilę zapatrzyła się na mój krzyżyk.

— Słyszała pani, jak mój mąż potraktował księdza? — spytała. Spojrzałam na nią, zastanawiając się, skąd się o tym dowiedziała.
— Nie — skłamałam. Postanowiłam zlekceważyć tamtą historię, wiedząc, że kobieta bardzo to przeżywa.
— Wypiął się na księdza…
— To się zdarza — uśmiechnęłam się. — To nic nie znaczy. Chorzy bardzo różnie…
— Znaczy, znaczy — przerwała mi, potrząsając głową. — On ma alergię na księży. Stare dzieje i taka tradycja rodzinna. Nigdy nie próbowałam go nawracać. Daliśmy sobie wolność, jeśli chodzi o światopogląd. Nawet nie próbuję go namawiać, choć to podobno obowiązek ratować duszę człowieka. Powiedział mi kiedyś, że jeśli Bóg istnieje, to na pewno bardziej Mu się spodoba, jak on pozostanie wierny sobie. Nigdy w życiu nikomu świństwa nie zrobił, więc nie widzi powodu, żeby się miał przed kimś kajać. „Za to, że do partii należałem? Każdy w życiu w coś wdepnął. Każdy miał swój PZPR”.

Nie mógł ścierpieć, jak jego byli towarzysze partyjni publicznie zmieniali swą religię. „Te kurduple równie gorliwie wierzą teraz w Matkę Boską jak wcześniej w Stalina”.

— Choroba zmienia ludzi. Otwierają się — próbowałam pocieszyć Brodakową. — Może przyjdzie jego moment.

Pokręciła głową.

— Nie sądzę. Wie pani, on zawsze był komunistą.

Otworzyłam szerzej oczy, jakbym się o tym dopiero w tej chwili dowiedziała. Kto nie znał w naszym mieście towarzysza Brodaka? Centralnej postaci Komitetu Wojewódzkiego. Raz nawet jako mała harcerka na pochodzie pierwszomajowym podawałam mu kwiaty i wylądowałam na trybunie honorowej w jego ramionach. Co zresztą zostało uwiecznione w gazecie.

— Nigdy nie mógł się pogodzić ze światem, w którym są bogaci i biedni. Od trzech lat nie może się pogodzić, że są zdrowi i chorzy. Teraz tylko nie wie, z kim walczyć. Naprawiać służbę zdrowia to jedno, ale kogo oskarżyć o to, że pewni ludzie cieszą się zdrowiem, a inni cierpią? Tu nie da się zrobić rewolucji. Nie można zaprowadzić ustroju, w którym będzie obowiązywać powszechne zdrowie. Dlatego, wie pani, on wtedy nie widział księdza, tylko sępa wyczekującego padliny.

Znowu wróciła do tej niefortunnej scenki. Musiało ją to strasznie męczyć. Wiem, że próbowała nakłaniać kapelana, by porozmawiał z mężem. Jednak on ma zasadę, że jak chory tego pragnie, to sam go zawoła. „Nic na siłę, proszę pani, bo jeszcze bardziej nogami się zaprze przed Panem Bogiem”.

* * *

Z dyżurki wyrwał mnie krzyk pielęgniarki. Było po północy. Pobiegłam na pierwsze piętro. Z dwójki wydobywał się dym. Wpadłam na salę. Było już po wszystkim. Pielęgniarki opanowały sytuację. Okazało się, że Brodak zasnął z papierosem. Trudno przewidzieć, jak to by się skończyło, gdyby Franek w porę nie zauważył płonącej kołdry. Nie mogąc wstać z łóżka, jakimś nieprawdopodobnym wysiłkiem wyciągnął spod głowy poduszkę i rzucił w Brodaka.

Winowajca był zdruzgotany. Kilka razy powtarzał, że mu przykro. Wydawało się, jakby po raz pierwszy w życiu zrobił coś złego.

Franek swoją akcję ratunkową przypłacił potwornym bólem. Musiałam przyspieszyć podanie biedakowi morfiny. Brodak siedział na łóżku z poczuciem, jakby spalił całe hospicjum.

* * *

Była pierwsza połowa kwietnia. Po lodowatym pierwszym tygodniu wiosna dosłownie zaczęła pożerać świat. Zieleń wybuchała jak na przyspieszonym filmie. Listki rozwijały się na gałązkach, jakby były na sprężynkach. Temperatura ponad dwadzieścia stopni. W ogrodzie szalały forsycje, migdałowce, tulipany.

Nie wiem, w jaki sposób Franek na drugi dzień po pożarze namówił swego sąsiada na wyprawę na taras hospicyjny. Każdego dnia Brodak prosił o zasłanianie okien, a tu kąpiel słoneczna. Andrzej wywiózł Brodaka na wózku, a Franka z całym łóżkiem.

Skrzypek wystawił twarz do słońca. Zamknął oczy. Błogostan. Nic nie mówił, tylko pomrukiwał z zadowoleniem.

— Franek… — usłyszałam przez uchylone okno głos Brodaka. Zdziwiłam się. Kiedy przeszli na „ty”?
— Yhmm? — wyraził ze spokojem nauczyciela gotowość do udzielenia odpowiedzi.
— Wierzysz, że tam coś jest?
— Yhmm.
— Niedługo Wielkanoc. U mnie całe życie wielka noc. Noc polarna. Mam nadzieję, że po drugiej stronie też będzie ciemno. — Spojrzał na kompana. — Franek…
— No…
— Podobno we wojnę byłeś ranny?
— Yhmm. Trzy razy zawaliła się na mnie kamienica. I zawsze cudem ocalałem, chociaż caluśki byłem przysypany gruzem.

Pewnie wtedy Skrzypek zwariował. Czy zwariował? Może wtedy stał się szczęśliwym człowiekiem.

Brodak uśmiechnął się.

— A wiesz, Franek, muszę ci się do czegoś przyznać.
— No…
— Pamiętasz, jak kiedyś wjechałeś na pochód pierwszomajowy z wózkiem złomu? I z tą swoją tablicą: „Dorobek PRL–u”.

Franek uśmiechnął się, jakby zobaczył przed sobą zmarłych rodziców. Brodak krztusił się ze śmiechu.

— Ty cholero, pół pochodu za tobą skręciło. Uuu!… to był zamach na ustrój. Bezpieka stanęła na uszach. Sprawdzili cię i okazało się, że ty z ziemiańskiej rodziny… Wróg klasowy…
— Ee, jaki tam wróg. Tak zrobiłem, żeby się ludzie pośmiali…
— No, no, dobrze wiedziałeś, z czego ludzie się śmieją. Na drugi rok kazałem, żeby w przeddzień pochodu wywieźli cię z miasta. Ale chyba nie możesz narzekać? Kazałem ci wynająć pokój w motelu i zamówić jedzenie na koszt Partii.

Franek zamknął oczy i uśmiechał się. Opromieniony słońcem.

* * *

Najwięcej można się od pacjentów nasłuchać podczas toalety. Gadają wtedy, jakby chcieli odwrócić uwagę od mytej pupy i przenieść ją na piękniejszą część życia. Ale od Frankowej pupy trudno się było odwrócić. Dorobił się na pośladkach paskudnej odleżyny. W dodatku z bakteriami. Musieliśmy szybko zadziałać: antybiotyki, wietrzenie. Leżał więc nagi, wypięty kościstymi pośladkami w kierunku koncentratora tlenu, który suszył i dotleniał ranę. W ogóle przez cały dzień doznawał upokorzeń. Gdy próbowałam go przewrócić na drugi bok, nagle zwymiotował na mnie posiłek. Był zupełnie bezbronny wobec swego ciała. Kilka razy prosił, bym mu wybaczyła. Skurczył się w sobie jak ślimak w skorupie. Tak chciałam mu pomóc. Zapewnienia, że się nic nie stało, nie pomagały.

Na drugi dzień, w Wielki Piątek, nie chciał tknąć jedzenia. Nie chodziło o post. Było oczywiste, że traktuje jedzenie jako źródło swego wstydu. Wolał cierpieć z głodu, niż jeszcze raz przeżyć wczorajszą historię. Odwodnił się. Zaordynowano kroplówki. Dzień, dwa i będzie lepiej. Brodak przywołał mnie ruchem głowy i wyszeptał:

— W nocy strasznie jęczał. Udaje, że go nie boli. Nie chce robić sobą kłopotu.

Mrugnęłam porozumiewawczo do Brodaka.

— Zaraz coś z tym zrobimy. — Uścisnęłam go za łokieć, w geście podziękowania za informację.

* * *

W nocy Franek dokonał rzeczy, która wstrząsnęła hospicjum. W czasie rannego obchodu pielęgniarka ujrzała go obsypanego drobnymi kawałeczkami kolorowego papieru. Szybko zorientowała się, że były to pieniądze, które trzymał w woreczku zawieszonym na szyi. Zamiotłyśmy kupkę bezużytecznej fortuny. W żadnym banku pieniędzy w takiej postaci nie chcieli przyjąć do wymiany. Jezu, chyba ponad 10 tysięcy złotych.

Zapytałam, dlaczego to zrobił.

— A po co je zostawiać? Żeby się ludzie o nie pokłócili?

Czy była to wypowiedź szalonego Franka, pogrążonego w depresji chorego, czy może mędrca?

* * *

W Wielką Sobotę przyszły córki Andrzeja — uczennice szkoły muzycznej. Grały chorym na skrzypcach. Trochę się obawiałam się, czy wizyta na dwójce nie zakończy się katastrofą. Jak zareaguje Brodak? Tym bardziej, że jedynym utworem, który dziewczynki opanowały do perfekcji, było Ave Maria… Na Franka wołano Skrzypek, ale niewielu już pamiętało, skąd ten pseudonim. Sama też tych czasów już nie pamiętam, ale podobno Franek na początku chodził po podwórkach i grał na skrzypcach. Z okien leciały groszaki i w ten sposób zarabiał na życie. Do dnia, kiedy podpity mężczyzna, któremu dźwięki Franka zakłóciły senne wychodzenie z kaca, zbiegł na podwórze i mu te skrzypce porąbał.

Po tym zdarzeniu Franek zniknął z miasta na prawie dwa lata. Wrócił. Ludzie ucieszyli się, jakby sam Pan Bóg przebaczył całemu miastu niegodziwość. Nikt jednak już go nie widział grającego na swym instrumencie. Zarabiał na życie w inny sposób. Chociażby za pomocą małpy. Stawał na ulicy z tajemniczą skrzynką z przysłoniętą kurtyną i napisem: CENA 1 ZŁOTY. „Franek, co tam masz?”. „A małpę…”. „Pokaż”. „Za złotówkę”. Płacili i wsadzali nosy za kurtynkę. A tam, w lusterku, mogli zobaczyć samych siebie. Podejrzewam, że większość znała numer Franka, ale z radością mu płacili.

Gdzieś w duchu liczyłam, że dźwięki skrzypiec przywrócą mu chęć do życia.

Kinga i Magda stanęły między łóżkami. Popłynęły boskie dźwięki Schuberta. Kątem oka patrzyłam na obydwa łóżka. Brodak poważny, zasłuchany. Franek otworzył usta, jakby z zadziwieniem. A potem spokój — rozpoznał…

Ave Maria gratia plena — usłyszałam kształcony głos, który jednak zdusił kaszel. Chwilę trwało, nim Franek go opanował. Potem już tylko delikatnie szeptał, z trudem, jakby wchodził pod górę. Ale w tym trudzie była jakaś dziwna lekkość.
— Benedictus tuus…

Brodak próbował ukryć łzę. Dziewczynki ukłoniły się i wyszły. Franek sięgnął ręką do pustego woreczka. Może chciał wynagrodzić małym skrzypaczkom, a może to był gest, znak, że jest już zupełnie wolny. Puste ręce i pusty woreczek…

Zapadła cisza.

Wiem, że nie powinnam tego robić, że w takich chwilach się milczy, ale nie wytrzymałam. Chciałam potwierdzenia, jak dziecko, które chce za wszelką cenę nazwać to, co przeżywa. Wydawało mi się, że ta chwila wskrzesiła nie tylko połamane skrzypce Franka. Całe jego życie jakoś ocalało w tych zapamiętanych słowach.

— I jak? Podobało się?

Uśmiechnął się.

— Tu jest jak w niebie… — wyszeptał.

Potrząsnęłam gwałtownie głową.

— Nie, panie Franku, gdyby tak było w niebie, to bym tam w ogóle nie chciała iść.

Skwitował to uśmiechem. Przypomniałam sobie o Brodaku. Szukałam słowa, z którym mogłabym się zwrócić i do niego. Bałam się, że będzie mu przykro, że o nim zapomniałam. Gdy spojrzałam na niego, miał zamknięte oczy. Spał?

Milczenie przerwał Skrzypek. Zapytał, czy Andrzej mógłby przyjść go ogolić. Chce dziś uroczyście przyjąć Pana Jezusa.

— Panie Franku, zaraz pan będzie miał bródkę jak pupcia niemowlaczka — rzekł uradowany przywołaniem. Nie trzeba go było szukać. Przysłuchiwał się zza drzwi temu niespotykanemu koncertowi.

Skrzypek uśmiechnął się.

* * *

W niedzielę odeszli obydwaj. Skrzypek i Brodak.

Franek zmarł o czwartej nad ranem. W tym czasie Brodak spał twardym snem po silnej dawce leków. Kiedy się obudził i zobaczył, że nie ma Franka ani jego łóżka, zadzwonił po pielęgniarkę. Jednak gdy przyszła, nie zapytał o nic. Prawdopodobnie zrozumiał prawdę. Spojrzał jej w oczy, a potem obrócił się twarzą do ściany.

O dziesiątej pojawiła się żona. Siedzieli sami w pokoju. W jakąś godzinę po jej wyjściu Brodak nagle zaczął się dławić, dusić… Serce nie wytrzymało. A może przyszło z pomocą choremu. Wszystko dokonało się bardzo szybko. Nie męczył się.

Byłam przy nim, trzymając drżącą dłoń. Byłam…

Wezwałyśmy ponownie Brodakową.

— Powinnam się domyślić, że dziś umrze — rozpłakała się w dyżurce. — Mówił jak nigdy przedtem. Tak, jakby wiedział, że się żegna. Opowiedział mi swój sen. Śniło mu się, że dusi go w klatce. Franek wstał z łóżka, usiadł przy nim i kładł mu rękę na piersi. Ilekroć położył rękę, ból mijał. Ale Franek rozpływał się w przedziwnej jasności. Po pewnym czasie atak ustał. Mąż powiedział mu, żeby poszedł się położyć, bo się wykończy. Poczuł w tym śnie wyrzut sumienia za to, że jak Franek go ratował od płomieni, to na tym ucierpiał. Ale on zapewnił go, że czuje się bardzo dobrze i niedługo już w ogóle wstanie z łóżka. Jestem pewna, że to mu się śniło dokładnie wtedy, gdy Skrzypek umierał.

Mąż zjadł trochę, a potem napił się… wódki… — Brodakowa zamilkła.

— To nie ten kieliszek go zabił — uspokoiłam ją po chwili.
— Boże, tyle jeszcze mieliśmy omówić. Co ja mam teraz zrobić? Jestem sama. Syn w Ameryce.

Znów zamilkła.

— Po co mi ten wielki dom, samochód?… Zostawił mi testament. Powiedział: „Proszę cię, nie zmarnuj swojego życia tak jak ja…”. Nie wytrzymałam. „Nie zmarnowałeś. Byłeś dla mnie taki dobry. Porozmawiaj z księdzem”. Pokręcił głową. „Nie, jeśli kiedyś spotkasz Pana Boga, to szepnij mu, że mnie znałaś. Jak uzna za stosowne, to mnie zawoła. Żyj tak, jakbyś żyła za nas oboje”. Nie wiedziałam, co robić. Łudziłam się, że stanie się jeszcze coś i on się przełamie. I zgodzi się na sakrament. Ale on miał w życiu jedną zasadę… że trzeba być wiernym sobie. Pani tego nie zrozumie. Trzeba go było znać…
— Rozumiem…

Pociągnęła nosem, otarła łzy.

— Pocieszałam się, że Bóg zabiera tylko tych, którzy… — nie wiedziała jak skończyć zdanie.
— Wie pani, ta ich dwójka. Może tym razem ksiądz nie był potrzebny. Wczoraj i w ciągu tych ostatnich dni… wszystko było inaczej niż na początku, gdy ich przyjmowaliśmy. Tam coś się stało.

Żeby się ludzie pośmiali
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...