Zimna wiosna

Na Wielkanoc spadł śnieg, a teraz, w kwietniu, temperatura nie przekracza siedmiu stopni. Mimo to rośliny jakoś sobie radzą. Na dolnych piętrach las osnuwa delikatna zielona mgiełka: niepowstrzymana, tajemnicza energia, co roku tak samo zaskakująca i zachwycająca, wypycha młode listki z suchych patyków. Pod drzewami jest biało od zawilców – rosną wielkimi koloniami, z daleka wygląda to tak, jakby spadł śnieg. Przy drodze, którą codziennie maszeruję nad jezioro, zakwitły fiołki, a wszędzie słychać werble pilnych dzięciołów.

– Jakie to dziwne, że tak mało ludzi chodzi do lasu – zauważyła moja przyjaciółka, z którą dzielnie trenujemy trekking. (Robimy po parę kilometrów dziennie i przez cały czas gadamy – aż do utraty tchu, zwłaszcza wtedy, gdy droga wiedzie pod górkę). – Nie mogę uwierzyć, że wolą siedzieć przed telewizorami, zamiast po prostu ubrać się i wyjść na spacer – dodała.

Ale i my pewnego dnia wolałyśmy zostać przed telewizorami. Umarł Gustaw Holoubek i telewizja przypomniała sobie o nim; więcej – szczodrze wyeksploatowała newsa na wielu naraz kanałach. Ostatnio Holoubka na ekranach raczej nie widzieliśmy. Cóż, w końcu to był tylko stary aktor, prawda? A tylu mamy nowych, którzy pilnie chcą, jak to się teraz określa, „zaistnieć”.

W dniu jego śmierci trafiłam (przypadkiem, bo przecież żaden z programów okazjonalnych nie był wcześniej anonsowany) na film dokumentalny, pokazywany w programie TVP3. Gustaw Holoubek i Tadeusz Konwicki spacerowali po lesie – dwaj przygarbieni staruszkowie, pogodni, przyjaźni i mądrzy. Usiedli na ławeczce, czy pniaku, Holoubek coś powiedział – i sam dźwięk jego głosu przykuł natychmiast moją uwagę.

Zawsze tak było.

Lekkie przechylenie głowy, powściągliwy uśmiech, spojrzenie „do wewnątrz”, dziwna wieloznaczność. Kiedyś nawet niespecjalnie lubiłam tego aktora; zdawał mi się – wstyd przyznać! – pozerski.

A jednak zawsze miał w sobie wyjątkowy magnetyzm i głębię.

„Aż tu wchodzi Holoubek (…) i wszystko się zmienia, od razu robi się inny teatr – notował w roku 1968 Zbigniew Raszewski, po premierze Wujaszka Wani w Ateneum. – Aż trudno uwierzyć, co Holoubek zrobił z siebie w ciągu ostatnich lat. (…) Zmył z siebie całą sztuczność, jakiej aktor instynktownie nabiera na scenie. Ściślej mówiąc – prawie całą, trochę sobie zostawił, nie więcej jednak, niż koniecznie potrzeba, żeby gra aktorska była sztuką. Resztę spłukiwał z siebie przez długie lata, bardzo pracowicie, rezygnując z wszelkiej charakteryzacji, główny wysiłek koncentrując na mimice, w dodatku swojej własnej, »prywatnej«, o lekko tylko zwiększonej wyrazistości.

Innym człowiekiem i tak być nie mogę, więc nawet tego nie będę próbował. Natomiast mogę użyczać postaciom dramatycznym – i to bardzo rozmaitym – moich oczu i mojego głosu. I to rzeczywiście robię, z szacunku dla państwa starając się, żeby to był naprawdę mój głos i żeby to były moje oczy i rysy, niewykrzywione żadnymi grymasami. – Tak mniej więcej dałoby się w tej chwili zdefiniować estetykę Holoubka, znaną nam, widzom, z obserwacji. (…) Ale w ślad za tą decyzją pojawiły się trudności. Holoubek przekonał się (…) że nie dość obmyć czoło i policzki ze szminki, aby pokazać widzom swoją prawdziwą twarz. Nie robił grymasów wynikających z jakiejś świadomie przyjmowanej koncepcji. Ale robił bezwiedne grymasy, wynikające z maniery czy raczej z manier, bo w pewnym okresie miał wiele manier: w trzymaniu głowy, w chodzie, w intonacji (na przykład charakterystyczne przeciąganie niektórych głosek, zwłaszcza nosowych). Sądzę, że przebywał wtedy etap, w którym nawet odważnego twórcę ogarnia lęk, że sama prawda, ukazana w najprostszy sposób, będzie za mało wyrazista. (…) Kiedy twórca, dążący do prawdy, wyrażanej jak najprościej, wydźwignie się już na bardzo wysoki poziom, z obawy przed monotonią kurczowo szuka sobie jakichś podpórek. O ile się nie mylę, maniery Holoubka były właśnie takimi bezwiednie wynajdywanymi podpórkami. Przez pewien czas wydawało się, że już się z nimi nie rozstanie, tak się w jego grę wkorzeniły, a ponieważ bywał świetny, lubiło się go razem z jego manierami. Ale on i te maniery z siebie zmył. (…)

Holoubkowi wystarczy po prostu dopuścić do głosu swoją indywidualność, żeby osiągnąć efekt zdumiewającej siły. I na tym też, jak się zdaje, polega tu jego główny wysiłek, wsparty niebywałą sprawnością techniczną. (…) Holoubek uzyskał już całkowite panowanie nad własną twarzą, nad swoim głosem i gestem – wszystko go słucha, we wszystkich wypadkach osiąga to, czego chce. W ramach estetyki, którą tu próbowałem opisać, jest to niezmiernie trudne, a tymczasem u Holoubka nie widać już wysiłku. Przeciętny widz pewno się go nawet nie domyśla, tak jak nie domyśla się go u znakomitych wirtuozów skrzypiec czy fortepianu. (…)

Holoubek jest jedyny i niewymienialny. (…) Typ aktorstwa, który on sobie obrał i tak znakomicie pogłębił, jest teraz u nas zjawiskiem unikalnym. (…) Albo aktor przybiera maskę – a z maską całą wspaniałą sztuczność postaci konwencjonalnych – albo też aktor modeluje sobie wiarygodny wizerunek jakiegoś człowieka i za ten wizerunek się chowa. (…) W obu wypadkach wielcy aktorzy osiągają oszałamiające rezultaty. Niejeden z nas zawdzięcza tym rezultatom niezapomniane przeżycia. Ale jakiś głos mówi nam, że droga Holoubka jest ambitniejsza. Nam widzom w każdym razie wydaje się najbardziej harmonijnym połączeniem naszych przyrodzonych ludzkich właściwości z niepokojącą, zagadkową złudą teatru”1

Cytować profesora Raszewskiego to czysta przyjemność i mogłabym to robić bez końca. Nikt inny tak nie umiał (i nie umie!) pisać o teatrze. Teatrologia nie była dla niego wyłącznie profesją; była jego największą pasją życiową. Wnikliwy, uważny obserwator, znawca teatru, życia i ludzkich zachowań, pełen surowej wyrozumiałości mędrzec o pysznym poczuciu humoru, profesor Raszewski odszedł, pozostawiając po sobie ogromną, nieocenioną, drogocenną spuściznę. Odszedł też Gustaw Holoubek, którego wielką pracę profesor Raszewski umiał docenić jak nikt inny; czy przypadkiem nie dlatego, że sam potrafił się zdobyć na równie tytaniczny trud?

Czy wielka, z pasją wykonywana, rzetelna i nieustanna praca – także nad sobą samym! – nie jest przypadkiem sposobem na budowanie wielkości człowieka?

Czy przypadkiem nie dlatego wielkich ludzi nie spotyka się dzisiaj zbyt często?

No dobrze, może przesadzam; może się mylę.

Może to tylko pierwsze wrażenie po odejściu tak wielu naszych Wielkich. Opuścili nas, pozostawiając po sobie wyrwy, których niestety niczym nie da się zapełnić.

Czy każdy wielki człowiek jest niezastąpiony?

A może każdy z nas, niedużych, też mógłby zostać Wielkim, gdyby tylko zdobył się na tytaniczny wysiłek nieustannej pracy nad sobą?

Może we wnętrzu każdego z nas tkwi ten drogocenny kamień, który trzeba ustawicznie szlifować, nadawać mu formę i blask?

Może właśnie wtedy, gdy kończy się owo szlifowanie, owo „dążenie do prawdy”, człowiek osiąga stan, kiedy już całkowicie nad sobą panuje, kiedy „wszystko go słucha, we wszystkich wypadkach osiąga to, czego chce”?

Kiedyś się tego dowiemy.
 

1 Zbigniew Raszewski, Spacerek w labiryncie – o teatrze polskim po roku 1958, wybór i opracowanie: Jerzy Timoszewicz, Oficyna Wydawnicza Errata, Warszawa 2007.

Zimna wiosna
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....