Złe zdrowie – dobre wieści?

Złe zdrowie – dobre wieści?

Chorowałem kiedyś przez trzy i pół roku. Początkowo lekarze myśleli, że to chłoniak. Mylili się. Jednak w wieku 29 lat przeszedłem operację, która miała ustalić powody choroby, i spędziłem bardzo dużo czasu na oddziale onkologicznym. Jeden z pacjentów oddziału, młody ksiądz, podobnie jak ja noszący imię Paul, zmarł podczas mojego pobytu w szpitalu. Leżałem na łóżku obok i nigdy nie zapomnę tego, jak był on w stanie, szczególnie pod koniec, konfrontować rzeczywistość własnej śmierci z wiarą i odwagą. W czasie tych ostatnich dni i nocy ksiądz Paul doświadczał czegoś, co mogę jedynie określić jako olbrzymi ból, intensywne cierpienie zarówno fizyczne, jak i duchowe. Mimo to ostatnie chwile jego życia były pełne pokoju. Odszedł cicho, gdy czytałem te oto zdania z Ewangelii według św. Jana zawarte także w modlitwie za umierających: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga? I we Mnie wierzcie!” (J 14,1).

Strach! Najgłębszy niepokój tamtego okresu, który od czasu do czasu opanowywał moje serce, zwłaszcza nocami, zaciskając na nim zimną dłoń, nie był obawą przed śmiercią. To było coś o wiele prostszego, coś bardziej bezpośredniego. Nawiedzał mnie strach, że w wyniku nieustannie odczuwanego osłabienia nigdy nie powrócę do mojego dotychczasowego „ja”, że być może już nigdy nie będę w stanie odprężyć się na tyle, by móc się cieszyć obecnością rodziny i przyjaciół. Wraz z tą myślą pojawiała się obawa, że być może już do końca życia moje „ja” pozostanie niejako przemieszczone, stanę się osobą przewlekle chorą, jedynie obiektem ludzkiej uprzejmości i troski. Oczywiście myśl o śmierci i umieraniu także w jakiś sposób mnie niepokoiła. Jednak tym, co najbardziej mnie wtedy dotykało, była mroczna i bliska wizja skurczonego życia. Tak bardzo chciałem wyzdrowieć. Zdrowie, dobre, doskonałe zdrowie – które przez całe lata uważałem za pewnik – zaczęło mi się objawiać jako największy dar życia, coś prawie cudownego.

Święta Teresa z Lisieux

Podczas pobytu w szpitalu natrafiłem przypadkowo na autobiografię św. Teresy z Lisieux. Pod koniec książki, w epilogu, przeczytałem, jak na kilka dni przed śmiercią Teresa, bardzo osłabiona chorobą, wyznała jednej ze swoich sióstr, że nagle zaczęła lękać się śmierci. Zaniepokojona, po raz pierwszy zadawała sobie pytanie, czym jest to tajemnicze oddzielenie duszy od ciała, i doświadczała strachu, który ono ze sobą niesie. Jednak Teresa nie została pokonana przez ten lęk. W charakterystycznym dla siebie duchu nadmieniła siostrze: „natychmiast oddałam się Bogu”. Dwa lata wcześniej w krótkim tekście, który Teresa określiła jako oddanie siebie samej na ofiarę całopalną, napisała:

Dziękuję Ci, o mój Boże! Za wszystkie łaski, jakimi mnie obdarzyłeś, a szczególnie za to, że mnie przeprowadziłeś przez próbę cierpienia. […] ufam, że w Niebie będę podobna do Ciebie i na moim uwielbionym ciele ujrzę jaśniejące chwałą stygmaty Twej męki… 1

Muszę przyznać, że gdy czytałem ten fragment, leżąc w moim szpitalnym łóżku, doświadczałem początkowo zarówno wielkiego zdziwienia, jak i inspiracji. Rozpaczliwie pragnąłem powrotu do zdrowia i uderzyła mnie widoczna różnica między moim podejściem a podejściem karmelitanki. Czy ja się myliłem, a Teresa miała rację? Czy choroba może zbliżyć nas do Boga i czy dla mnie jako chrześcijanina pragnienie zdrowia było czymś nagannym? Czy wymaga się ode mnie, by złe zdrowie było dla mnie dobrą nowiną?

Ukazanie związku między dobrym zdrowiem a świętością nie należy żadną miarą do zadań łatwych. Jedna kwestia pozostaje wszak oczywista: bez podstawowej mądrości lub wiedzy dotyczącej ciała nie sposób dojść do dobrego zdrowia, podobnie jak nie jest możliwe dojście do jakiejkolwiek formy autentycznej chrześcijańskiej świętości. Stawanie się świętym jest istotnie zadaniem duchowym, jednak nie jest to coś stojącego w opozycji wobec zdrowia fizycznego. Mylimy się zatem całkowicie, wyobrażając sobie, że podczas gdy świat jest skupiony na ciele i innych konkretnych rzeczywistościach życia, Kościół czy religia chrześcijańska zajmują się tylko duszą. Nic bardziej odległego od prawdy. „Przez fakt wcielenia Słowa – przypomina nam Jan Paweł II – ciało weszło do teologii głównymi drzwiami”.

Jezus i zdrowie

„Ja, Pan, chcę być twym lekarzem” (Wj 15,26). To proste i zbawienne zdanie z Księgi Wyjścia Karl Barth opisuje jako „boską Magna Carta we wszelkich kwestiach zdrowotnych i zagadnieniach z nimi związanych”. Jednak to nie w Starym, ale w Nowym Testamencie Boża moc uzdrawiania znajduje swój najbardziej trafny i wyjątkowy wyraz. We wszystkich czterech Ewangeliach uzdrowienia dokonywane przez Jezusa pokazane są jako zasadnicza część Jego działalności. Jednak podczas gdy teolodzy i egzegeci poświęcili wiele uwagi Jezusowi Nauczycielowi, stosunkowo małe zainteresowanie wzbudzał Jezus Uzdrowiciel. W grę wchodzi tutaj jeszcze jeden aspekt zagadnienia. Proste uzdrowienie fizyczne nigdy nie było oceniane przez chrześcijańskich myślicieli jako równie ważne jak uzdrowienie czy zbawienie duszy. Z czasem więc zostało ono prawie całkowicie zignorowane.

Najwięcej ucierpiał na tym w katolickiej tradycji sam sakrament uzdrowienia. Pragnienie Chrystusa, by uzdrawiać i błogosławić chorych lub też dotykać, poprzez posługę Kościoła, tych, którzy doświadczają jakiegokolwiek fizycznego cierpienia, zostało zagłuszone. Sakrament namaszczenia chorych zaczął być nazywany ostatnim namaszczeniem i z czasem, przynajmniej na popularnym poziomie, zaczęto go uważać za ostateczne błogosławieństwo udzielane umierającym. Ostatnio jednak ryt sakramentu uzdrowienia, odnowiony po soborze watykańskim II, tłumaczy ponad wszelką wątpliwość, że dzięki sakramentowi chory może „odzyskać zdrowie”, jednak tylko wtedy, „jeżeli jest to pożyteczne dla zbawienia jego duszy”. Dalej ryt odnotowuje: „Sakrament ten udziela choremu łaski Ducha Świętego, która pomaga całemu człowiekowi do zbawienia”.

Jasnym celem zreformowanego rytu jest pomoc w umiejscowieniu i zrozumieniu ludzkiej choroby w kontekście całego misterium zbawczego. Bez tego zrozumienia choroba lub kłopoty zdrowotne mogą być odbierane w całkowicie mylny sposób i postrzegane jako jawny znak Bożego niezadowolenia lub też kary za grzechy. Jednak Jezus kilkakrotnie, jak czytamy na kartach Ewangelii, jednoznacznie odrzuca tezę, jakoby nieszczęścia doświadczane przez indywidualne osoby były karą za grzechy popełnione w przeszłości. Jezus, człowiek Wielkiego Piątku, może nas wiele nauczyć o cierpieniu. Jednak nie przychodzi On na świat, by powiedzieć nam: „Właśnie tego od was oczekuję. Chcę, żebyście cierpieli!”. Nie. Jezus, przychodząc, zastaje ludzi już doświadczających wszelkiego rodzaju cierpień, a Jego pierwszym odruchem jest pragnienie pomocy i uzdrowienia. „I obchodził Jezus całą Galileę, nauczając w tamtejszych synagogach, głosząc Ewangelię o królestwie i lecząc wszelkie choroby i wszelkie słabości wśród ludu” (Mt 4,23).

Kult zdrowia dziś

W największych księgarniach i w Internecie można dziś znaleźć mnóstwo książek i magazynów o tytułach takich, jak Duchowość a zdrowie, Zdrowie duszy i ciała, Kształtowanie swej duchowej jaźni drogą do osiągnięcia lepszego zdrowia i życiowej satysfakcji. Jesteśmy świadkami szczególnego nowego kultu zdrowia, prawie obsesyjnego dbania o dobre samopoczucie zarówno fizyczne, jak i duchowe. Jednak o ile istnieje olbrzymie zainteresowanie osobistym rozwojem i życiową satysfakcją, o tyle trudno powiedzieć, że w ramach owego ruchu jest obecna równie silna troska o szersze zagadnienia zdrowotne współczesnego społeczeństwa. Na próżno szukać reakcji na choroby i cierpienia niezliczonych tysięcy ludzi będące wynikiem ubóstwa i tragicznych warunków życia.

Prawda jest taka, że jeśli uporczywie staramy się umieścić w samym centrum naszej duchowości ową pogoń za własnym zdrowiem, jeśli utożsamiamy bycie zdrowym z byciem człowiekiem, wtedy będziemy chcieli natychmiast odsunąć się od tych, o których wiemy, że są chorzy. Nasze własne nastawienie stanie się zatem niezdrowe i chorobliwe.

Nowoczesny kult zdrowia – pisze Jürgen Moltmann – wytwarza dokładnie to, co chce przezwyciężyć: strach przed chorobą. Zamiast przezwyciężać chorobę i jej przewlekłe stany, projektuje on stan zdrowia, który wyklucza chorych, upośledzonych oraz starszych stojących na skraju śmierci.

Prawdopodobnie najbardziej znanym prorokiem współczesnego kultu zdrowia jest Fryderyk Nietzsche. W Tako rzecze Zaratustra stwierdza on z charakterystyczną dla siebie pasją i werwą: „Słuchajcie, bracia moi, głosu zdrowego ciała!”. Zdanie to brzmi całkiem niewinnie, by nie powiedzieć cudownie. Jednak Nietzsche jest w takim stopniu opanowany kultem ciała i przeświadczeniem, że zdrowi powinni doznawać satysfakcji z życia, iż czasami w swym entuzjazmie staje się jawnie szaleńczy i chorobliwy. „Zdrowi – pisze w opublikowanej w 1887 roku książce Z genealogii moralności – powinni być odseparowani od chorych, chronieni nawet przed widokiem chorych, tak by nie musieli być nim zniesmaczeni”. W tym samym roku, w którym napisał to zdanie, w grudniu, Nietzsche spędził kilka nocy w hotelu w Paryżu. W tym samym hotelu i dokładnie w tym samym czasie, za sprawą wyjątkowego zbiegu okoliczności, zatrzymała się czternastoletnia francuska dziewczynka. Wracała właśnie ze swej podróży do Rzymu. Nazywała się Teresa Martin, znana potem jako Teresa z Lisieux.

Rozpocząłem tę krótką refleksję nad zdrowiem i chorobą od przytoczenia słów Teresy. Jej słowa, szczególnie jej nauczanie na temat tajemnicy cierpienia, stoją w jawnej opozycji do filozofii Nietzschego. Kontrast ten jest tak ostry, że prowokuje nas, a nawet przymusza do zastanowienia się nad tym, co składa się na zdrowie.

Zdrowie duszy

Definicja zdrowia zaproponowana przez Światową Organizację Zdrowia nie odnosi się w żaden sposób do duchowego dobrego samopoczucia. Dowiadujemy się, że „zdrowie jest stanem całkowitego fizycznego, psychicznego i społecznego dobrego samopoczucia”. Podejrzewam, że brak jakiegokolwiek odniesienia do religii lub religijnego rozwoju nie jest przypadkowy. Choć trudno w to uwierzyć, dopiero w 1994 roku Amerykańskie Stowarzyszenie Psychiatryczne ostatecznie i oficjalnie uznało za normalną i zdrową sferę życia „wymiar religijny lub duchowy”. Na szczęście w ostatnich latach prawie całe środowisko medyczne zaczęło uznawać istotny związek między zdrowiem a duchowością. Jednak gdy w książkach poświęconych duchowości autorzy mówią o zdrowiu duszy, pojawia się tendencja do zwracania uwagi jedynie na jeden lub dwa aspekty jej potrzeb i ignorowania lub deprecjonowania tego, co od wieków było jasno uznawane przez świętych i mistyków za naszą najgłębszą potrzebę, nasz najgłębszy duchowy głód. Jak to stwierdził na początku swych Wyznań św. Augustyn: „Uczyniłeś nas, Panie, dla siebie i niespokojne jest serce nasze, dopóki nie spocznie w Tobie”.

Słów Augustyna, tej modlitwy, która wydobywa się z głębi duszy, nie znajdziemy w większości książek na temat zdrowia i satysfakcji z życia. Na przykład prace te nigdy nie odnoszą się do rzeczywistości tęsknoty ludzkiego serca do zjednoczenia z Bogiem. Wiele mówi się o nowej duchowości, jednak wydaje się, że odbywa się to przy bardzo małym zrozumieniu daru wiary. W rezultacie wielka tajemnica transcendencji Boga jest często ignorowana, a to, co oferuje się nam zamiast niej, Martin Buber nazwał „religią czystej immanencji psychicznej”.

Terapia oparta na takiej nowej „religii”, nawet jeśli uzdrawia pewne rany serca i psychiki, wcześniej czy później stanie w obliczu pokusy poskromienia, a nawet represjonowania cudownego i koniecznego bólu duszy tęskniącej za Bogiem, bólu, który oczywiście jest życiem i zdrowiem. Może to w pewnym stopniu tłumaczyć owo zaskakujące zdanie wypowiedziane przez niemieckiego poetę Rainera Marię Rilkego, który po zaledwie kilku sesjach terapii postanowił z niej zrezygnować. „Było jasne – zauważył on – że poddadzą egzorcyzmom moje demony, ale bałem się, że wraz z nimi odejdą także moje anioły!”

Zdrowie i świętość

W każdej ludzkiej wspólnocie, a także na każdym etapie ludzkiej historii, lekarze oraz terapeuci mieli do wykonania bardzo ważne i konieczne/niezbędne zadanie, zarówno wobec ciała, jak i umysłu. „Oddaj lekarzowi cześć należną jego posłudze, albowiem i jego stworzył Pan. Od Najwyższego pochodzi uzdrowienie i od Króla dar się otrzymuje” – czytamy w Mądrości Syracha (38,1–2). Jednak obok zadania stania się zdrowym, co możemy powiedzieć na temat pracy lub zadania czy też łaski stawania się świętym? Wcześniej zasugerowałem, że choć świętość jest zadaniem duchowym, nie jest czymś, co stałoby w sprzeczności ze zdrowiem psychicznym. Zdanie to jak najbardziej pozostaje prawdziwe. Jednak świętości nie wolno nigdy postrzegać jedynie jako metody zdrowego życia, rodzaju programu, który sami możemy kontrolować czy nim manipulować. Źródłem świętości jest Bóg, a On w swym działaniu i w swych planach jest dosłownie nieobliczalny. Boża łaska oczywiście nie sprzeciwia się naszej naturze. Jednak uzdrowienie – lub przemiana – jako łaska działa w najgłębszych pokładach nas samych, jest czymś tak głębokim i tak tajemniczym, że nijak nie da się go przyrównać do jakiejkolwiek terapii, jakiegokolwiek samouzdrawiania często dziś propagowanych w popularnych magazynach i poradnikach z dziedziny duchowości. Czy możemy zatem znaleźć w ramach naszej tradycji odpowiednie słowa lub obrazy opisujące ten proces, czy może raczej sprawa jest zbyt wzniosła, by dało się ją opisać?

Tak się składa, że sens ryzyka i przygody, które towarzyszą życiu naznaczonemu łaską – życiu modlitwy i świętości – zawarty jest w pewnym wyjątkowo uderzającym obrazie Starego Testamentu, obrazie, który od wieków podejmowany był przez chrześcijańskich kontemplatyków w celu opisania misterium ich spotkania z Bogiem. Jest to obraz walki Jakuba z aniołem obecności Pana. Tomasz z Akwinu w swej Summie zauważa, że „po tym, jak Jakub rzekł »Widziałem Boga twarzą w twarz«, utykał on na jedną nogę, gdyż anioł dotknął ścięgna jego biodra”. Oczywiście Jakub nie traci kontaktu z ziemią, jednak jego ułomność wskazuje, jak wielkie wrażenie wywiera na zwykłym śmiertelniku nadprzyrodzona miłość Boga. Jakub jest zraniony przez miłość, pozostaje jednak żywy i obecny w obu światach. Jak tłumaczy Akwinata, cytując Grzegorza Wielkiego: „gdy raz poznamy wielką atrakcyjność Boga [w kontemplacji], jedna nasza noga pozostaje zdrowa, podczas gdy druga utyka”.

W chrześcijańskiej tradycji duchowości ten obraz duszy zranionej przez miłość jest prawie najważniejszym obrazem zdrowej duszy. Święty Jan od Krzyża, na przykład, deklaruje w zadziwiający sposób: „Im bardziej zraniony oblubieniec, tym zdrowszy”. Mniej więcej w podobnym duchu utrzymany jest wiersz współczesnego hiszpańskiego poety Antonio Machado lamentującego nad wyrwaniem z serca rozdzierającego „ciernia” miłości: „W sercu swym miałem / pasji cierń / pewnego dnia udało mi się go wyrwać / Teraz nie czuję już mego serca / … O, ostry, złoty cierniu / abym mógł znów cię poczuć / wbij się znów głęboko w me serce!”.

Cierń ludzkiej boleści

Święci i mistycy często mówią o ranie, która uzdrawia, o przenikającej „ranie miłości” doświadczanej w kontemplacji. Myślę jednak, że o wiele istotniejsze jest to, co mają do powiedzenia na temat powszechnej rany lub ciernia ludzkiej boleści – o twardym i bynajmniej nie mistycznym fakcie ludzkiego bólu. Święty Paweł, na przykład, mówiąc o „ościeniu” w swym ciele, nie odwołuje się do mistycznego zjawiska. To, co regularnie nękało Pawła i atakowało całą jego osobę, prawie na pewno miało charakter fizyczny, a efekty owego doświadczenia były zarówno osłabiające, jak i upokarzające. „Trzykrotnie prosiłem Pana – pisze w Liście do Koryntian – aby odszedł ode mnie” (2 Kor 12,8). Znamienne, że św. Paweł, dotknięty siejącą spustoszenie słabością lub chorobą, instynktownie zwraca się ku modlitwie i prosi – wręcz błaga Boga – nie tylko raz, lecz trzykrotnie, o pomoc lub uzdrowienie.

Taka postawa Pawła może się wydać nam mało heroiczna. Jednak jako pierwszy odruch jest ona zarówno bardzo normalna, jak i bardzo chrześcijańska. Przytoczmy podobne zdanie z modlitwy ułożonej przez św. Katarzynę Sieneńską na krótko przed jej śmiercią w wieku trzydziestu trzech lat. Modlitwa Katarzyny – jej krótki i żarliwy apel do Boga – jest modlitwą o zdrowie: „Jeśli miłym będzie dla twej Boskości pozostawić mnie jeszcze dłużej w tym naczyniu, uzdrów je i dbaj o nie, najlepszy z lekarzy, gdyż całe jest spękane”.

Jednak modlitwa, jakkolwiek głęboka i szczera, nie zawsze kończy się uzdrowieniem. Jeśli ma ono miejsce, często jest raczej uzdrowieniem duszy niż uzdrowieniem ciała. Nawet żarliwe wołanie św. Pawła o wyzwolenie od ościenia dla ciała nie zostało wysłuchane. Dlaczego?

Tajemnica cierpienia

Wyjątkową odpowiedź na to pytanie znajdziemy w Dialogu św. Katarzyny ze Sieny. Bóg Ojciec, odnosząc się bezpośrednio do sprawy ościenia św. Pawła, zwraca się do Katarzyny: „Czy nie mógłbym lub nie byłbym w stanie postąpić inaczej wobec Pawła i innych, w których pozostawiłem ten lub inny rodzaj rany?”. Na pytanie to odpowiada twierdząco i kontynuuje:

Dlaczego zatem moja Opatrzność do tego dopuszcza? Cierpienie lub słabość pozwalają tym, którzy w jakimś stopniu ich doświadczają, zyskać pokorę i poznanie samych siebie, a także jeszcze coś. Czyni ich to współczującymi zamiast okrutnymi wobec bliźnich, tak że w ich wysiłkach mają dla nich współczucie. Albowiem ci, którzy sami cierpią, są bardziej współczujący dla cierpienia niż ci, którzy go nie doświadczają.

Mimo że św. Paweł nie został uwolniony od ościenia, usłyszał on od Pana następujące słowa: „Wystarczy ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9). Święty Paweł w swej słabości i upokorzeniu poznaje moc miłości Chrystusa. Jego ból i udręczenie pozostają, lecz zostają niejako przemienione przez mękę i śmierć Chrystusa w błogosławieństwo dla niego i dla innych. „Błogosławieństwo” to może – choć nie musi – przyjąć formę ostatecznie rozpoznawalną lub oczywistą w tym życiu, jak widzieliśmy w przykładzie dotyczącym Pawła z Dialogu św. Katarzyny. Jednak błogosławieństwo samo w sobie, choć dla nas obecnie nierozpoznawalne i pozbawione oczywistej weryfikacji, nie staje się bynajmniej mniej realne. W Pawle, jak i we wszystkich cierpiących, Chrystus przedłuża misterium swej odkupieńczej miłości. W ten sposób, niezależnie od formy, jaką przybierają ludzka słabość lub choroba, osoby cierpiące nie są same w swym bólu. Ze względu na krzyż ich cierpienia i rany otwierają ich istnienie na sens i znaczenie, których nikt nigdy nawet sobie nie wyobrażał. „[…] przecież ja na ciele swoim noszę blizny, znamię przynależności do Jezusa” – deklaruje św. Paweł (Ga 6,17).

W więzieniu i w szpitalu

Wiele lat temu było mi dane odwiedzić więźnia, który czekał na wykonanie wyroku śmierci w więzieniu w Pretorii w Republice Południowej Afryki. Gdy tam byłem, pokazano mi list więźnia imieniem Malcolm, znajdującego się w takiej samej sytuacji. Został napisany na kilka dni przed egzekucją. Malcolm odnosił się w nim, z zadziwiającą bezpośredniością i mądrością, do znaczenia „znaków” lub też ran, które, w mniejszym lub większym stopniu, zadawane są wszystkim ludziom. Malcolm napisał:

Wszyscy, którzy leżymy ukrzyżowani na łożach boleści, pamiętamy, że nadejdzie czas, gdy zostaniemy zdjęci z naszych krzyży, a Zbawiciel spojrzy na nasze ręce i nogi, i bok i odnajdzie ślady swoich ran, które będą niczym paszporty do wiecznej radości. Podobnie jak ja, każdy człowiek wisi na krzyżu. Niektórzy proszą, by ich zdjąć, jak łotr po lewej stronie. Inni, jak ja, proszą, by ich wywyższyć, jak łotr po prawicy.

Malcolm nie wybierał bólu czy cierpienia dla nich samych. W jego życiu był krzyż, nieunikniony „stygmat”, który Malcolm przyjął z żywą wiarą i nadzieją na to, że ze względu na miłość Chrystusa krzyż ten może zbliżyć go do Boga. Słowa Malcolma przywołują na pamięć cytowaną już modlitwę św. Teresy dotyczącą „ciężkiej próby cierpienia”. Słowa Teresy – podobnie jak wiele słów Nowego Testamentu – stanowią bezpośrednie wyzwanie dla naszego zwykłego sposobu myślenia i odczuwania. Jednak, być może, na tym etapie naszej refleksji zaczynamy rozumieć i przyjmować cząstkę owego ostrego paradoksu oraz pełnię ewangelicznego celu wizji Teresy. Właściwie rozumiane, słowa te nie zdradzają negatywnego kultu cierpienia ani też nie noszą znamion obrazowania wymierzonego przeciwko ciału. Podobnie jak w przypadku skazanego więźnia Malcolma, Teresa nie skupia swej uwagi na bólu, lecz raczej na wielkiej tajemnicy życia Chrystusa w niej. „[…] ufam, że w niebie będę podobna do Ciebie i na moim uwielbionym ciele ujrzę jaśniejące chwałą stygmaty Twej Męki”.

Wspomniałem na początku o młodym kapłanie, który zmarł podczas mojego pobytu w szpitalu. Na kilka dni przed jego śmiercią byliśmy razem na oddziale i odmawialiśmy nieszpory. W pewnym momencie ksiądz Paul nie był w stanie kontynuować modlitwy z powodu ogromnego bólu. Cały pobladł, zamknął oczy i przez jakieś dwadzieścia minut nie mógł nic powiedzieć. Gdy otwarł oczy, nadal widziałem w nich ból, być może większy niż kiedykolwiek. Spojrzał na mnie jednak bardzo znacząco i powiedział: „Paul, znam pokój, który daje Chrystus”. Tylko to, nic więcej.

Choć w tamtych dniach tak bardzo pragnąłem zdrowia i uzdrowienia (gdyby jeszcze raz przyszło mi przeżywać podobną sytuację, podejrzewam, że moja reakcja nie różniłaby się zbytnio), to słowa księdza Paula zwróciły moją uwagę na ten aspekt zdrowia, który już wtedy zaczął nieco wpływać na zmianę mojego nastawienia. Oto miałem przed sobą młodego człowieka, którego ciało dosłownie znikało na moich oczach. Zdrowie księdza Paula odeszło bezpowrotnie, zdrowie, które było zdrowiem ciała. Czym jednak wytłumaczyć wewnętrzne zdrowie jego ducha, pogodę i zdrowie duszy, które tak jasno objawiły mi się w tamtym momencie?

przeł. Michał Nolywajka

Tekst ukazał się w „The Pastoral Review” w marcu 2001 roku.

1 Św. Teresa od Dzieciątka Jezus, Dzieje duszy, Wydawnictwo Karmelitów Bosych, Kraków 1988, s. 265.

Złe zdrowie – dobre wieści?
Paul Murray OP

urodzony 26 listopada 1947 r. w Newcastle w hrabstwie Down w Irlandii Północnej – irlandzki dominikanin, poeta, pisarz i profesor, wykładowca teologii duchowości na Angelicum. W 1966 r. wstąpił do irlandzkiej prowincji dom...