Znaleźć właściwą miarę

Nie tylko spowiednik daje rady penitentowi, ale również penitent stawia przed spowiednikiem wymagania. Świętość spowiadającego może zainspirować spowiadającego się do nawrócenia.

Paweł Kozacki OP: Kto może być kierownikiem duchowym?

Wojciech Prus OP: Mój znajomy, ksiądz, ojciec duchowy seminarium opolskiego Krzysztof Grzywocz twierdzi, że we właściwym rozumieniu tego pojęcia musi to być człowiek, który przekroczył pięćdziesiątkę. Mówi z uśmiechem, że jeśli ktoś dotrwa do tego wieku na drodze kapłańskiej i duchowej, zachowa chęć spowiadania, to będzie mógł być mistrzem duchowym. Ludzie zwracający się do Jezusa nauczającego słowami „Pięćdziesięciu lat nie masz, a Abrahama widziałeś…” wskazują, że była to tradycyjna cezura w Izraelu. W tym wieku człowiek ma szansę osiągnąć mądrość. Nasz współbrat, mistyk nadreński Jan Tauler mówi o naturalnym rytmie życia i przejściu od momentu wniebowstąpienia (ukończenie czterdziestu lat) do pięćdziesiątnicy Zesłania Ducha Świętego (czyli ukończenia pięćdziesięciu lat). W tej dekadzie Pan Jezus przestaje być doświadczany zmysłowo, znika odczuwanie Jego obecności. Ten okres można nazwać nocą ciemną, nocą wiary, doświadczeniem pustyni – tak o nich opowiada z kolei Jan od Krzyża. Jeśli ktoś przekroczy tę smugę cienia i zachowa żywą relację z Jezusem, może innych prowadzić ku Bogu. Warto o tym pamiętać, by spowiednik zbyt szybko sam siebie nie nazwał mistrzem czy kierownikiem duchowym. Lepiej zaraz po święceniach nie rzucać się na ten tytuł. Z drugiej strony, patrząc na dwunastoletniego Jezusa w świątyni jerozolimskiej, można stwierdzić, że ten młodzieniec wskazywał innym drogę. Zatem cezura wieku nie jest jedyna i nie determinuje człowieka. Ona wskazuje na normalny rytm ludzkiego życia, choć nie wyklucza, że jakiś młody mężczyzna czy kobieta zgodnie z łaską Boga będą mogli spełniać taką posługę.

Jan Paweł II, podając w Reconciliatio et penitentia cechy kierownika duchowego, wymienia dyskrecję, nieustanne studiowanie, integralną znajomość teologii, filozofii, psychologii, ale nade wszystko rozmiłowanie w Słowie Bożym. Wydaje mi się, że jest to czynnik kluczowy. Św. Teresa z Avila powiedziała, że woli kapłana mniej pobożnego, ale wyedukowanego, od pobożnego, ale głupiego.

Miałbym spore wątpliwości co do możliwości spełniania tej posługi przez kogoś, kto dysponuje co prawda wiedzą książkową, ale nie ma wyczucia człowieka. Obaj znamy przypadek kapłana, teologa, który jest wielkim erudytą i zna chyba wszystkich mistyków oraz bogatą literaturę ascetyczną, ale jako kierownik duchowy, bezdusznym wprowadzaniem zasad zgodnych z nauczaniem Kościoła, potrafi niszczyć ludzi. Nie umie ocenić, na kogo jakie ciężary można nałożyć, i działa z subtelnością czołgu. Zatem słowa św. Teresy wskazują, że mogą być lepsi lub gorsi kierownicy duchowi. Doświadczenie uczy jednak, że istnieją również niebezpieczni kierownicy duchowi. Jednostki głupie, autorytarne, obciążone dewiacjami osobowości… Czy potrafiłbyś wskazać, jak rozpoznać kierowników duchowych, od których lepiej trzymać się z daleka?

Bardzo zdrowym kryterium jest poczucie humoru i dystans wobec swojej posługi. Nie chodzi o lekceważenie obszaru duchowego, ale o widzenie swojej roli. Spowiednik powinien potrafić się uśmiechnąć w kontekście tego, że Bóg ustanowił go spowiednikiem, dał mu władzę odpuszczania grzechów i łaskę towarzyszenia ludziom w ich drodze duchowej. Ten dystans sprawia, że nie będzie absolutyzował swojej roli, będzie miał świadomość, że to nie on musi spełniać tę posługę wobec konkretnego człowieka. Dziś robi to on, jutro może ktoś inny. W ostateczności bowiem kierownikiem duchowym jest Duch Święty. Zatem dobry kierownik duchowy chce zrealizować wobec każdego człowieka słowa, które wypowiedział Jan Chrzciciel: „trzeba, aby On wzrastał, a ja się umniejszał”. Celem działania kierownika duchowego jest doprowadzenie do momentu, gdy może już zniknąć, gdy przestaje być potrzebny, gdy może powiedzieć „Zrobiłem, co do mnie należało, jestem sługą nieużytecznym”. Można też pytać, czy kierownik duchowy karmi się słowem Bożym, czy ma swojego spowiednika, czy żyje życiem duchowym.

Mówisz o pozytywnym działaniu kierownika duchowego, a ja pytałem o symptomy, które wskazują na jego destrukcyjną rolę.

Szukając takich cech, pytałbym o deficyty danego człowieka. Jeśli komuś brak miłości, przyjaźni, jeśli nie potrafi budować dojrzałych relacji, nie potrafi poradzić sobie ze swoim głodem emocjonalnym, pragnieniem ciepła, bliskości, zainteresowania, kontaktu, poczucia własnej wartości, to istnieje niebezpieczeństwo, że z relacji spowiednik – penitent, kierownik duchowy – osoba prowadzona będzie próbował czerpać profity. Będzie budował w sobie satysfakcjonujące poczucie, że jest człowiekiem słuchającym, rozumiejącym, wspierającym, komuś niezbędnym… Wtedy celem nie jest dobro penitenta, tylko dobre samopoczucie kierownika, zaspokojenie jego głodów. Taki człowiek może stwierdzić: jestem znakomitym kierownikiem duchowym, a to już jest niebezpieczne. Trzymałbym się zatem z daleka od kogoś, kto bardzo chce prowadzić, kto narzuca swoją posługę kierownika. Uważałbym też na ludzi, którzy kierują w sposób dyrektywny, nadużywając słowa „musisz”, bo ono ogranicza wolność człowieka. Zdążając do dojrzałości, musimy mieć możliwość ponoszenia odpowiedzialności za swoje wybory, nawet jeśli są one błędne. Kierownik dyrektywny, który nie pozwala błądzić, który chce ustrzec swoich penitentów od wszelkiego błędu, uzależnia ich od siebie, sprawia, że nie są w stanie samodzielnie funkcjonować.

A może czasem człowiekowi z rozchwianym systemem wartości trzeba jasno powiedzieć, co jest złe, a co dobre, co wolno, a czego nie wolno?

Trzeba to rozeznać indywidualnie i czasem powiedzieć to komuś, kto nie potrafi się odnaleźć. Ważne, by była to taktyka prowadząca do samodzielności, a nie stała praktyka kierownika duchowego. Na przykład wtedy, gdy przychodzi ktoś dręczony skrupułami, spowiednik powinien powiedzieć, że „na mocy władzy udzielonej mi przez Kościół zakazuję ci przystępować do spowiedzi częściej niż raz na dwa tygodnie”. Ale nawet wtedy powinien prosić o przyjęcie tego zakazu. Przenosząc to na grunt medyczny, mogę stwierdzić, że lubię lekarzy, którzy mi pozwalają zadać pytanie o działanie danego leku, abym mógł go przyjąć w zaufaniu. Gdyby lekarz mi powiedział: „Wiem, co robię, więc nie dyskutuj, tylko bierz”, czułbym się jak przedmiot do wyleczenia. Tymczasem relacje zachodzące w spowiedzi czy kierownictwie duchowym polegają na osobowym spotkaniu człowieka i Boga, na zmierzaniu wolnego człowieka, będącego podmiotem swoich wyborów, do Boga. Jeśli kierownik bierze na siebie decyzje człowieka, to odbiera mu godność, podmiotowość. Nawet człowiekowi dręczonemu skrupułami czy innym rodzajem obsesji warto wyjaśnić, jakie są zasady, jakie wymagania trzeba postawić, i w imię tych zasad poprosić, by poddał się im w posłuszeństwie. Ważne, by nawet w nakazie znalazło się słowo „proszę”, a nie „musisz”. Oczywiście trzeba sprawę indywidualizować, bo może się zdarzyć, że ktoś potrzebuje silnej ręki i ma do tego prawo. Tak jak dzieci, którym czasem trzeba jasno określić granice, zamiast tłumaczyć wszystko. Jednak jeśli mija rok, a człowiek nadal nie chce podejmować samodzielnych wyborów, to zaczyna się problem. Jeśli dla kierownika duchowego wartością jest satysfakcja płynąca z tego, że jest komuś niezbędny, to mamy do czynienia z niebezpieczną sytuacją i wzajemnym uzależnieniem. Warto zatem, poddając się kierownictwu duchowemu, od czasu do czasu zadawać sobie pytanie, czy poradziłbym sobie, gdyby jutro miało zabraknąć mojego kierownika. Jeśli stwierdzam, że dałbym sobie radę, to wszystko jest w porządku. Jeśli jednak ogarnia mnie wtedy panika, to trzeba samego siebie zapytać, dlaczego kierownik duchowy, akurat ten konkretny człowiek, jest mi do życia niezbędnie potrzebny. Czy dlatego, że jestem w okresie przejściowym, jakiejś depresji, zawirowania życiowego, czy też dlatego, że jestem kobietą i zakochałam się w swoim spowiedniku. Odpowiedź na pytanie „Dlaczego?” może pomóc dotknąć wielu własnych tajemnic.

Jednym słowem dobrym kierownikiem duchowym jest ten, kto potrafi przypilnować, by nie doszło do uzależnienia, tak towarzyszyć człowiekowi, by ten pozostał osobą wolną.

Dlatego w Reconcilitio et penitentia Jan Paweł II podkreśla, że spowiednik ma posiadać integralną wiedzę pochodzącą z różnych dziedzin. Spowiednik bowiem czy kierownik duchowy wchodzi w relacje i zawsze może się pojawić ze strony penitenta mechanizm przeniesienia, a w konsekwencji mechanizm przeciwprzeniesienia. Człowiek, przychodząc do spowiednika, często narzuca mu rolę kogoś, kogo mu brakowało. To może być rola taty, męża, mistrza. Przyznam szczerze, że zaraz po święceniach nic miałem pojęcia o takich mechanizmach. Dziś, po dwudziestu latach, wiedząc znacznie więcej, dojrzewam do stwierdzenia, że „wiem, że nic nie wiem”. To nie znaczy, że młody kapłan nie może spowiadać albo że nie będzie pomocny, ale odradzałbym mu przypisywanie sobie roli kierownika duchowego.

Ważne zatem, by w spowiedzi czy kierownictwie duchowym każdy pozostał w roli, którą wyznacza relacja spowiednik – penitent.

Właśnie dlatego ostatnio coraz lepiej rozumiem, jak genialnym wynalazkiem jest konfesjonał jako mebel i przestrzeń, miejsce spotkania. Bo on jasno określa, kto jest kim, i ustawia relację. Sprawia, że nikt nie będzie w nim szukał satysfakcjonującej rozmowy, bo mu kolana pękną. One wyznaczają czas potrzebny na wyznanie grzechów, pouczenie i rozgrzeszenie. W takiej sytuacji znacznie trudniej o manipulację. Gdy spowiedź odbywa się przy stole w cztery oczy, to łatwiej mogą się włączyć mechanizmy, nad którymi znacznie trudniej zapanować. Konfesjonał daje poczucie większego bezpieczeństwa i właściwej relacji. Choć z drugiej strony ma tę wadę, że daje księdzu poczucie panowania, patrzenia na człowieka z góry, spowiednik bowiem siedzi, a penitent klęczy.

Brzmi to bardzo ładnie, ale przypomnę ci o potrzebie zasłuchania się w człowieka, o konieczności czasu na spowiedź i rozmowę. Sam kiedyś stawiałeś naszego współbrata czekającego w kościele w Sandomierzu na ludzi jako wzór. Trudno wsłuchiwać się w pokomplikowane ludzkie losy, siedząc w konfesjonale.

Rzeczywiście trzeba odróżnić spowiedź od kierownictwa duchowego. Czas jest potrzebny również w konfesjonale. Rzeczą trudną do przeżycia dla nas wszystkich jest styl spowiadania w czasie przedświątecznym. Jeden z penitentów powiedział mi, że przypomina to fastfood. Przyjeżdżam, łapię rozgrzeszenie jak hamburgera i pędzę dalej. A czasem warto zatrzymać się w spokoju, porozmawiać. Jednak znacząca różnica w stylu spowiadania to jest kwestia minut: czy mam dwie minuty na penitenta, czy dziesięć minut. W obu wypadkach zupełnie inaczej słucham, inaczej stawiam pytania, inaczej mówię do człowieka. A spowiadający czuje, że nie jest poganiany. Natomiast prawdą jest, że kierownictwa duchowego nie da się zamknąć w dziesięciu minutach. Jest ono mimo wszystko trudniejsze i stąd ta umowna cezura 50 lat jako wieku uzdolniającego do towarzyszenia ludziom. To, co mówiłem o genialności konfesjonału, nie oznacza, że jest to jedyne i najlepsze miejsce spotkania z człowiekiem, ale że jego konstrukcja pomaga uniknąć niejednoznaczności i działania mechanizmów, które nieświadomie mogą dołączać się do tych relacji. Konfesjonał broni przed niepożądanymi elementami zwłaszcza tych ka­pła­nów, którzy jeszcze nie nabrali doświadczenia, jeszcze nie znają mechanizmów, o których wspomniałem.

Dotychczas stosowałeś zamiennie terminy spowiedź i kierownictwo duchowe. Dopiero w ostatniej odpowiedzi rozróżniłeś obie rzeczywistości. Czy mógłbyś konkretniej powiedzieć, czym różni się spowiedź od prowadzenia duchowego, stały spowiednik od kierownika, mistrza duchowego?

Rzeczywiście w praktyce przestrzenie te często na siebie nachodzą. Spowiednik jest potrzebny, by przyjąć wyznanie grzechów, w procesie rozeznania ocenić ich ciężar, sprawdzić autentyczność postanowienia poprawy oraz nałożyć właściwą miarę pokuty, która będzie miała moc uzdrawiającą, a na końcu rozgrzeszyć. Stały spowiednik, który od dłuższego czasu zna penitenta, chcąc nie chcąc, wchodzi w jakimś stopniu w rolę kierownika duchowego, zastanawia się bowiem z penitentem, w jakim stopniu udało mu się zrealizować postanowienie poprawy, jakie owoce przyniosły dotychczasowe wysiłki, pomaga rozeznać mu, co należy robić dalej, jaką drogą kroczyć.

Kierownictwo duchowe, choć dotyczy podobnej materii, czyli drogi człowieka do Boga, może się odbywać poza przestrzenią sakramentalną. Zadaniem kierownika duchowego jest pomoc człowiekowi w rozeznawaniu jego życia, tego, co mu służy, a co mu szkodzi, jakie są konsekwencje wyborów, właściwej mu drogi duchowej, odczytywaniu natchnień Bożych.

Jeśli dobrze rozumiem, to spowiedź polega przed wszystkim na sakramentalnym uzyskaniu przebaczenia grzechów i pojednaniu z Bogiem, a towarzyszenie duchowe na rozpoznawaniu drogi wiodącej człowieka do Boga, doradzaniu, jak na tej drodze się odnaleźć, jak sobie poradzić z kłopotami. Przy czym w spowiedzi czynnikiem sprawczym jest łaska sakramentu, a w kierownictwie duchowym mądrość mistrza duchowego oświeconego łaską Bożą.

Owszem. Na potrzeby jasnego rozróżnienia obu zjawisk można powiedzieć tak: w sakramencie spowiedzi są zawarte elementy kierownictwa duchowego, a kierownik duchowy musi brać pod uwagę życie sakramentalne danego człowieka. Poza tym w rozeznawaniu woli Bożej w moim życiu mogą mi pomagać osoby, które absolutnie nie pretendują do roli mistrzów duchowych. To mogą być przyjaciele, współmałżonek, rodzice, rodzeństwo…

A czy lepiej spowiadać się u przypadkowo spotkanego w konfesjonale spowiednika czy też zdecydować się na jednego, którego uczynię stałym spowiednikiem?

Warto korzystać ze stałego spowiednika, bo człowiek jest poddawany przez działanie diabła stałej słabości, która wyraża się w sposobie przeżywania grzechów. Wyrazem tej słabości jest wstyd. Nie musi tu chodzić o jakieś wielkie grzechy, ale o powtarzające się grzechy lekkie. Może nas ogarnąć wstyd, że ciągle to samo, że nic się nie zmienia, żeśmy nie pokonali takiej głupiej słabości. Pojawia się wtedy pokusa, by pójść do innego księdza i pokazać się z lepszej strony. Poza tym wolimy uciekać od nudy żmudnego radzenia sobie z własną słabością. Spowiadanie się ciągle u tego samego księdza jest dobrą bronią przeciwko tego rodzaju pokusom odmiany, która odciąga nas od tego, co istotne, każąc zwracać uwagę na to, co powierzchowne. Trwając przy jednym spowiedniku, mogę odkryć, że Pan Bóg mnie zna i przyjmuje mnie takiego, jaki jestem. To ja mam kłopot z zaakceptowaniem siebie, a nie Pan Bóg. Przez człowieka, który jest przy mnie, przez owego stałego spowiednika uczę się, przekonuję się o akceptacji Boga dla mojej słabości. Bo skoro spowiednik jest mnie w stanie przyjąć, to o ileż bardziej potrafi to Bóg, w którym nie ma niczego poza miłością.

Osobiście największą wartość stałego spowiednika widzę w tym, że nie muszę wszystkiego opowiadać od początku, on bowiem po dotychczasowych spowiedziach już wie, jaka jest moja kondycja duchowa i sytuacja życiowa, wie, czy dany grzech jest pojedynczą wpadką, czy też notorycznie powracającą słabością itp. Dzięki temu istnieje większa szansa, że jego widzenie mnie będzie prawdziwsze niż spowiednika, który ma ze mną do czynienia po raz pierwszy, oraz że jego rady czy pokuty będą bardziej trafiały w moje autentyczne zapotrzebowanie.

Jest taka zasada przy malowaniu obrazu, że komponując dzieło, nie można się koncentrować na jednym punkcie, na jednym szczególe, ale cały czas trzeba patrzyć na całość, żeby widzieć, jak poszczególne elementy kompozycji na siebie wzajemnie wpływają. Cały obraz powinien wychodzić z płótna stopniowo. Podobnie jest w spowiedzi. Błędem wielu penitentów, jak początkujących malarzy, jest koncentrowanie się na jednym grzechu, na jednej słabości. Tymczasem spowiednik, zwłaszcza ten stały, może pomóc zobaczyć wszystko z dystansu i we właściwych proporcjach, we właściwym kontekście, przypomnieć, jak sytuacja wyglądała przed miesiącem czy przed rokiem, wskazać, ile dobra dokonuje się w człowieku. To pozwala na bardziej prawdziwe zobaczenie siebie, a nie absolutyzowanie chwili, momentu, który akurat przeżywa spowiadający się człowiek. Każdy twórca potrzebuje też spojrzenia na swoje dzieło oczami drugiego człowieka. Bez względu na to, czy to będzie obraz, tekst czy utwór muzyczny, drugi człowiek pomaga wychwycić niedoskonałości, zauważyć to, co umknęło artyście.

Na łamach naszego miesięcznika ukazały się już następujące rozmowy o spowiedzi z Wojciechem Prusem OP: Przywracanie życia „W drodze” 4/2002, Siedemdziesiąty siódmy powrót „W drodze” 2/2003, Kamienie i łzy „W drodze” 2/2005, Ratuje nas Duch Święty „W drodze” 3/2008, Śniło mi się, że spowiadam „W drodze” 5/2009 oraz Spowiednik nie może się przerazić „W drodze” 8/2009. Wkrótce zbiór wszystkich rozmów, poprawiony i uzupełniony ukaże się w książce wydanej nakładem Wydawnictwa W drodze.

Znaleźć właściwą miarę
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...

Znaleźć właściwą miarę
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....