Zobaczyć codzienność

Zobaczyć codzienność

Zaprzeć się siebie i nie kochać własnego życia, stracić je z powodu Jezusa - wzdrygamy się na to wewnętrznie, tym bardziej że śmierć chrześcijańska jest tak samo bolesna jak inna.

To było jesienią. Byłem jeszcze dzieckiem. W telewizji nadawali „Dziennik”. Dobrze to zapamiętałem, bo nagle do pokoju weszła matka i ruchem ręki powiedziała „cicho”. A potem zakryła dłońmi twarz w niemym bólu. Z ekranu mówili, że zabili księdza i że właśnie wyłowili jego ciało. Nic z tego nie rozumiałem. Tylko ta dramatyczna reakcja matki, inna, dotychczas nieznana. Kilka dni później ojciec zabrał mnie na mszę za ojczyznę, do ogromnego kościoła w naszym hutniczym mieście. Przy ołtarzu stał duży portret księdza z telewizora. W kościele był ścisk, nic nie widziałem. Ojciec wziął mnie i posadził sobie na ramionach. Ten jedyny raz w kościele. Morze ludzi trzymających wysoko w rękach małe krzyżyki. Niektórzy otwierali palce w geście solidarnościowych „zajączków”. Widok niezwykle poruszający. Do dziś zostało we mnie wrażenie podniosłości tamtej chwili, widoku rąk i księdza, który od ołtarza mówił dobitnie kilka razy, że odpuszczamy winowajcom. Taki był mój pierwszy kontakt z Jerzym Popiełuszką. A właściwie z pamięcią o tym, kim był dla innych. Nigdy go nie poznałem…

Bez uwznioślenia

Zostało Ci jeszcze 89% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

||
Wyczyść

Zaloguj się