Zostawiamy ich samych sobie

Zostawiamy ich samych sobie

Joanna Brodniewicz, Paweł Kozacki OP: Czy mógłby Pan naszkicować sytuację Kościoła w Kazachstanie?

Zdzisław Nowicki: Najliczniejszą grupą etniczną w Kazachstanie są Kazachowie będący nominalnie muzułmanami–sunnitami. To byli koczownicy, którzy dopiero niedawno osiedli i ich podejście do tradycji islamskiej jest inne niż np. sąsiadujących z Kazachstanem Uzbeków. Stanowczy islam panuje jedynie na południu, czyli tam, gdzie sięgają wpływy kulturowe Uzbekistanu i Uzbeków, szczególnie z doliny Fergany. Drugą grupę religijną stanowią Rosjanie, którzy nominalnie są prawosławni. Znaczna część Rosjan i Kazachów podchodzi do religii jako do tradycji. Nie jest to czynne oddawanie czci Bogu.

Kościół w Kazachstanie pojawił się już w XIII wieku. Panuje stereotyp, że Kazachstan i terytorium Wielkiego Stepu były zawsze muzułmańskie. To nieprawda. Gdy Benedykt Polak, franciszkański mnich z Wrocławia, około lat 1246–1248 powędrował z papieskim poselstwem do stolicy Mongolii poprzez Siedmiorzecze, czyli teren, na którym obecnie leży Ałmaty, chrześcijanie już tam byli. Potem Kościół wrócił do Kazachstanu w XIX wieku wraz z polskimi zesłańcami, którzy pojawili się tam po insurekcji kościuszkowskiej, a następnie napływali po każdym powstaniu czy buncie. Przynosili ze sobą wiarę ojców. Zawsze byli z nimi kapłani. Niedługo po Polakach przyszli Niemcy, Litwini, Łotysze, Ukraińcy, obywatele Rzeczpospolitej. Pierwsze informacje o Kazachstanie przekazane Europie pochodziły od Polaków: na przykład świadectwa Adolfa Januszkiewicza, bliskiego przyjaciela Adama Mickiewicza, czy Gustawa Zielińskiego. Polacy budowali na tamtym terytorium miasta i kościoły. Gdy przyjrzymy się historii Ałmaty, spostrzeżemy, jak ogromną rolę w tym mieście odegrali Polacy. Pierwszy gubernator generał Gierasim Kołpakowski pochodził z rodziny polsko–kozackiej. Wszędzie, gdzie pojawiali się Polacy, pojawiał się Kościół. Później bolszewicy próbowali go zniszczyć i złamać. Wiemy o wielkim głodzie Ukraińców, ale nie wiemy o skutkach kolektywizacji na terenie Wielkiego Stepu — ginął wtedy co drugi Kazach. Bolszewizm próbował zniszczyć Kościół, a jednocześnie w latach 1936–1937 przysłał do Kazachstanu ogromną liczbę Polaków z Żytomierszczyzny, tak zwanej Marchlewszczyzny, Chmielnicczyzny, z regionu Winnicy, z Kamieńca Podolskiego… Często prawie już nie mówili po polsku, ale pamiętali, że są Polakami. Zachowali szlacheckie nazwiska z Mazowsza i wiarę ojców. To byli rzymscy katolicy, nie prawosławni, nie unici. Byli tam księża, którzy, ryzykując życie, pracowali wśród nich. Wiele razy słyszałem opowieści o heroizmie Kościoła. Pamiętam małą wioseczkę Bajandaj, niedaleko Ałmaty, w której Polaków świadomie umieszczono wśród Ujgurów. Bolszewicy byli przekonani, że katolicy i muzułmanie się nie porozumieją. Kiedy nocą przyjeżdżał ksiądz Bukowiński, żeby udzielać sakramentów, Ujgurzy stali na warcie, żeby Polacy mogli się modlić. Połączyła ich świadomość, że są wierzący. Tak jest do dziś. Mieszkają razem.

Kościół w czasie pieriestrojki i później, już w wolnym Kazachstanie, zaczął się odradzać dzięki Niemcom i Polakom. Dzisiaj ma dwie diecezje, jedną archidiecezję i jedną administrację apostolską. Faktycznie są to cztery diecezje, które stanowią stałą strukturę Kościoła — dwa lata temu kardynał Angelo Sodano dopełnił aktu ich erygowania. W Kościele jest od 2,5 do 3% mieszkańców Kazachstanu. To się jednak zmienia: Niemcy i Polacy wyjeżdżają. W naszej parafii w Ałmaty było coraz więcej Koreańczyków. W Kościele powoli pojawiają się Kazachowie, Rosjanie.

Na terenie Kazachstanu w Kościele dominuje język rosyjski. Tymczasem na południu kraju odradza się język kazachski. To dobrze, choć może to być problemem. Jak przygotowywać młodych kapłanów, siostry czy wolontariuszy, którzy przyjeżdżają tam do pracy, jak pracować wśród miejscowych?

Kościół na terenie Kazachstanu jest bardzo różnorodny. Oprócz Polaków — których wciąż jest najwięcej — pracują tam kapłani, siostry i wolontariusze z różnych narodów. Są Słowacy, Niemcy, Hiszpanie, jest coraz więcej Włochów. W diecezji, w której mieszkaliśmy, pracują księża z Meksyku, Argentyny i Peru. Pojawiły się różne grupy: na północy jest neokatechumenat, w naszym regionie stosunkowo silne Opus Dei, grupy związane z Comunione e Liberazione. Kościół jest żywy i rośnie.

Mówił Pan o nominalności muzułmanów i prawosławnych. Czy można powiedzieć, że katolicy też są nominalni?

Nie. Jedynie wśród starych katolików, Polaków, Niemców, jest niewielka grupa wierzących niepraktykujących, czyli nominalnych katolików, którzy mówią o sobie „jestem katolikiem”, a do kościoła idą raz czy dwa razy do roku. Zdecydowana większość ludzi, którzy przychodzą do kościoła, potrafi uzasadnić, dlaczego to czyni, choć niekiedy ich postawy mogą być trudne do przyjęcia, ponieważ wyrośli w innej mentalności, kulturze, w innej cywilizacji. Na Wschodzie kapłani wiele wysiłku wkładają na przykład w sakrament pojednania. Często ludziom trzeba tłumaczyć od podstaw, co jest złem, a co dobrem. Tam Kościół się rodzi, rośnie, ale trudno powiedzieć o nim, że jest nominalny. Ważnym wydarzeniem zawsze jest Wielka Sobota. Prawie we wszystkich parafiach w Kazachstanie są chrzty dorosłych. To doświadczenie, które zapamiętam na całe życie.

W jaki sposób ten Kościół przetrwał przez lata komunizmu?

Przetrwał dzięki heroizmowi świętych kapłanów, sióstr, babć, matek, kobiet.

Przed końcem pobytu w Kazachstanie pojechaliśmy do Oziornoje, wioski leżącej na północy, w bok od głównej drogi, która prowadzi z Kokczetau w stronę Rosji, na Noworosyjsk. To miejsce, do którego nie prowadzi żadna droga. Znajduje się tam sanktuarium Matki Bożej Królowej Pokoju — jedyne w tej chwili sanktuarium na terenie Kazachstanu. Mieszkają tam Polacy zesłani w 1936 i 1937 roku. Kiedy tam przyjechali, brakowało wody pitnej. Wokół była tylko słona. Ludzie umierali. Stare babcie opowiadały, że najczęściej umierali ci, którzy przyjechali na przednówku, wiosną. Legenda głosi, że jednemu z mężczyzn objawiła się Matka Boża, która ukazała źródła słodkiej wody. Fakty były takie: w 1940 roku, gdy bolszewicy przywieźli tam ogromną liczbę Polaków z terytorium zajętego po 17 września i gdy w 1941 roku wybuchła wojna z Niemcami, nastał koszmarny głód. Gdy skończyła się zima, obok wioski pojawiło się ogromne jezioro, a w nim wielka liczba ryb. Ludzie wyjmowali je dłońmi z wody. Dzięki nim przeżyli. Do dziś nie wiadomo, skąd się wzięły, bo najbliższa rzeka Iszim, oddalona 100 km od wioski, nigdy takiej liczby ryb nie miała. Osiemdziesięcioczteroletnia babcia Teterowa powiedziała nam: „Nie wiemy, czy to był cud, wiemy tylko, żeśmy się bardzo modlili, że pojawiły się słodka woda i ryby”.

Babcie z Oziornoje opowiadały nam o tym, jak księża przychodzili nocami, chrzcili dzieci, udzielali sakramentów. Ludzie w Oziornoje do dzisiaj się gorliwie modlą. Codziennie wieczorem spotykają się na Różańcu. Ci, którzy tam mieszkają — około 650 osób — nie mają zamiaru emigrować. Prawdopodobnie niedługo będzie pierwszy repatriant z Oziornoje, ale to chłopiec, który kończy seminarium „Redemptoris Mater” i pewnie zostanie misjonarzem. Kiedy pytaliśmy, dlaczego nie proszą o repatriację, mówili: „Tutaj jest nasza Polska”. Do tej Polski przyjeżdżają ludzie z całego Kazachstanu i się modlą. W stepie, gdzie było jezioro, stoi na wąskiej, wysokiej kolumnie posąg Matki Bożej wykonany przez rzeźbiarkę z Poznania. Pod nim jest czerwona skała, która rośnie, wychodzi z ziemi. To także można uznać za cud. Kościół jest bardzo ostrożny w takich opiniach. Wielokrotnie słyszeliśmy od starszych ludzi historie, które wskazują na zasadniczy cud — siłę tamtejszego Kościoła, który przetrwał najtrudniejsze doświadczenia.

Czy Polacy z innych miejscowości, urodzeni w Kazachstanie chcą wracać do Polski? Jaka jest obecnie ich sytuacja w Kazachstanie?

Różnie bywa. Robiliśmy wszystko, żeby mogli wrócić ludzie starsi, ci, którzy chcą w Polsce złożyć kości. Oprócz starszych przyjeżdża do Polski młodzież, która studiuje i przeważnie zostaje. Często, gdy się usamodzielnia, sprowadza swoich bliskich. To naturalny proces. W ciągu ostatnich kilku lat przyjechało około trzech, czterech tysięcy ludzi. To mało. Wielu chciałoby przyjechać, ale nie widzą szans na przyszłość. Nie ma masowej repatriacji, tak jak to było w przypadku Niemców. Wielu naszym rodakom przyjazd Polaków z Kazachstanu wydawał się absurdalny, zwłaszcza urzędnikom, bo uważali, że oni niczego Polsce nie dadzą. To nieprawda. Dają bardzo wiele — serce, otwartość. Nam są potrzebni ludzie inni od nas samych. Polska po II wojnie światowej stała się zamknięta, ksenofobiczna. Po raz pierwszy jesteśmy monolitem narodowym. Gdyby dziś Piłsudski wstał z grobu, to nazwalibyśmy go kacapem, bo przecież slidzikował, mówił zupełnie inną polszczyzną niż my. Polacy, którzy przyjeżdżają z Kazachstanu, też często się dowiadują, że są kacapami. Nie jesteśmy otwarci.

Mówiłem już, że z Oziornowo nikt nie wyjechał. Nie chcą, oni są po prostu u siebie. Babcia Teterowa powiedziała nam: „Myśmy chcieli wyjechać w czterdziestym piątym, wtedy nam powiedzieli, że jesteśmy Sowiety i nas nie puszczono. A teraz? Teraz nam dobrze. Teraz tak by się chciało pożyć, a ja mam już osiemdziesiąt cztery lata”.

Polacy w Kazachstanie też są potrzebni. Niektórzy robią kariery — mamy nawet Polaków ministrów. Teraz już nie są obywatelami drugiej kategorii. Za Rosjan, zwłaszcza w czasie komunizmu ortodoksyjnego, tak byli traktowani. Jak to jest dziś? Młodzież jest bardzo ambitna, chce się uczyć. Starsi natomiast boją się kazachizacji. Język kazachski jest dla Polaków trudny, bo to język turski, a nie słowiański. Poza tym w Kazachstanie są ogromne dysproporcje w poziomie życia. Obok niewyobrażalnego bogactwa jest też nędza. Niestety, więcej jest Polaków ubogich niż bogatych, bo pochodzą ze wsi.

Czy środowiska polskie są skonsolidowane?

Istnieje organizacja polonijna obejmująca cały Kazachstan, ale nie wszyscy Polacy chcą do niej należeć, pozostała nieufność. Kraje postkomunistyczne dopiero tworzą społeczeństwa obywatelskie, dotyczy to i kazachstańskich Polaków. Poza tym organizacje polonijne powstawały w okresie schyłkowego komunizmu. W ich tworzeniu uczestniczyło państwo, a to nie budzi zaufania, przynajmniej nie jest ono zjawiskiem powszechnym. Jednak powoli się to zmienia. Znaczącą rolę w konsolidowaniu Polonii odgrywają przyjeżdżający do Kazachstanu z Polski nauczyciele, którzy tam — z zasady — bardzo dobrze pracują.

Czy są prowadzone szkoły polskie?

Są to szkoły z językiem polskim. Nasi rodacy, którzy chcą się uczyć polskiego, mają taką możliwość. Trzeba władzom kazachskim oddać, że realizują umowę oświatową między Polską a Kazachstanem. W tej chwili problemem jest kwestia uznawalności tytułów. Mamy nadzieję, że to się ułoży, bo Kazachstan podpisał tzw. Protokół Boloński.

Wróćmy jeszcze do czasów komunizmu. Znane są powiązania Kościoła prawosławnego z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa. Czy to zjawisko występowało tylko w prawosławiu, czy również w katolicyzmie?

Jest to skomplikowana sprawa. W katolicyzmie kolaboracja nie była tak wyraźna. Kościół katolicki zawsze miał centrum władzy kościelnej poza państwem rosyjskim, dlatego nigdy nie był zniewolony do końca. Jednocześnie zapomnieliśmy, że okres niezależności od państwa skończył się w prawosławiu bardzo dawno temu. Według Pomeranca w Rosji skończył on się wraz ze zwycięstwem Josipa Wołodskiego nad Nilem Sorskim, a faktycznie zniewoleniem Cerkwi przez Iwana Groźnego. W państwie carów była też próba zniewolenia Kościoła katolickiego. Kiedy dzisiaj historycy Kościoła analizują postaci bardzo zasłużone, okazuje się, że wiele z nich, na przykład pierwszy arcybiskup (Polak Bohusz– –Siestrzencewicz) w państwie Katarzyny Wielkiej, było bardzo uzależnionych od państwa. Na szczęście nie znam wśród katolików udokumentowanych przypadków ujawnienia tajemnicy spowiedzi. Po stronie prawosławnej było to, niestety, powszechne. To bardzo bolesne.

Kościół prawosławny był zniewolony przez długie wieki, ale w Kościele katolickim ten problem też istniał. Najpiękniejszy kościół w Azji Centralnej, kościół w Taszkiencie zbudował ksiądz katolicki pochodzący ze środowiska litewsko–polskiego Justas Pranajtis, teolog z Akademii Duchownej w Petersburgu. Pokazał się z jak najgorszej strony w czasie słynnego procesu Bejlisa, któremu zarzucano rytualny mord dziecka chrześcijańskiego. Ksiądz Pranajtis występował na tym procesie jako teolog, który udowadniał, że istniały w judaizmie rytualne mordy. Ten, który wykonał niesamowitą pracę misyjną w Azji Centralnej, faktycznie miał grubą teczkę w ochranie, carskiej policji politycznej. Najprawdopodobniej mieli go w ręku, skoro zgodził się na absurdalne, nade wszystko kompromitujące jego, ale i Kościół, zeznania w procesie. Ta teczka istnieje do dzisiaj w archiwum historycznym w Petersburgu, ale nikt z historyków jej nie zbadał. To nieporozumienie. Podobne rzeczy działy się w czasach Związku Radzieckiego. Myślę jednak, że księży zniewolonych do końca, na usługach GPU było niewielu. Jednocześnie jestem daleki od tego, żeby sądzić tych, którzy kolaborowali. Napisałem kiedyś szkic o Mikołaju Jaruszewiczu, arcybiskupie Leningradu, postaci koszmarnej. Andrzej Grajewski w Kompleksie Judasza przedstawia go jako wzorcowego Judasza w Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej. Przed śmiercią ten człowiek głosił kazania, na które ściągały tysiące słuchaczy. Ludzie, którzy dzisiaj je czytają, piszą o nim, że to był nowy Jan Złotousty. Ten, który wcześniej głosił peany na cześć Stalina, skończył życie śmiercią męczeńską za wiarę.

W innych krajach postsowieckich istnieją duże napięcia narodowo–religijne. Jak to wygląda w Kazachstanie?

Do dziś nie ma w Kazachstanie konfliktów narodowościowych, których wszyscy się bali. Profesor Brzeziński pisał, że Kazachstan będzie czarną dziurą, że może tam dojść do poważnych konfliktów. Fakt, że się tak nie stało, to zasługa Nazarbajewa. To ciekawy lider. Oceniamy go z perspektywy europejskiej, nie uwzględniając specyfiki cywilizacyjnej tamtego rejonu. To niewątpliwie nasz błąd. Nazarbajew robi wszystko, żeby nie dochodziło do konfliktów narodowościowych czy religijnych. Ma też wielki szacunek dla Kościoła katolickiego i Ojca Świętego. W Karagandzie będą niebawem dwie katedry — jedną buduje ks. abp Jan Paweł Lenga, notabene były podpolnik — nigdy nam o tym nie mówił, bo jest bardzo skromnym człowiekiem, ale to, czego on nie powiedział, dopowiedziały nam staruszki w wioskach na północy. Ówczesnego księdza Jana Pawła przeganiali, sztrafowali, a on mimo wszystko duszpasterzował. Za pracę wśród dzieci i młodzieży nakładali na niego ogromne kary finansowe, a on płacił i uparcie robił swoje. Niedaleko, w tej samej Karagandzie, budowana jest katedra grekokatolicka. Buduje ją o. Wasyl Howera, Ukrainiec, który kończył studia na KUL–u. Bardzo pięknie mówi po polsku. Są tam siostry greckokatolickie, Ukrainki, które pracują dziś w nuncjaturze.

Mamy w pamięci napięcia między Kościołami, które występują w Rosji. Jak one rzutują na sytuację w Kazachstanie?

W jakiejś mierze rzutują, zwłaszcza tam, gdzie kapłani prawosławni są bardzo słabo przygotowani. Pojawiają się problemy. W tej chwili jest nowy metropolita Metody, który rozmawia z katolikami, ale jest on postacią dość skomplikowaną. Ma ogromne ambicje, niektórzy mówią, że chce zostać patriarchą. Jego poprzednik, metropolita Aleksiej był bardziej otwarty, utrzymywał ciepłe kontakty z katolikami. Postawiono mu absurdalne zarzuty o kryptokatolicyzm. Podobno ze względu na stan zdrowia został przeniesiony do niewielkiej eparchii w środku Rosji.

Tam, gdzie kapłani prawosławni są lepiej wykształceni, kontakt jest lepszy. W Kapczegaju, 60 km od Ałmaty, obok kościoła katolickiego stoi cerkiew prawosławna. Katolicy złożyli się na dzwony w cerkwi, a prawosławni na organy w kościele katolickim. Takie sytuacje się zdarzają, ale nie są częste. W samym Ałmaty jest wspaniała parafia prawosławna przy soborze nikolskim. Mają bardzo dobrą stronę internetową, wydają co tydzień gazetkę, która jest na bardzo solidnym poziomie teologicznym i liturgicznym. Prowadzą rewelacyjną szkółkę niedzielną dla dzieci i młodzieży. Wśród dobrze przygotowanych kapłanów prawosławnych jest świadomość wspólnej odpowiedzialności za Kościół — lud Boży. Nie ma otwartych konfliktów typu rosyjskiego. Na to by nie pozwolił Nazarbajew.

Słyszałem, że zaprosili Pana nawet do seminarium prawosławnego…

Byłem pod wrażeniem tego seminarium. Jest bardzo piękne. Na samym początku zaskoczyła mnie biblioteka, a w niej książki, których wielu prawosławnych hierarchów w Rosji nie toleruje: ojca Mienia, ojca Aleksandra Schmemana, ojca Gieorgija Fłorowskowo. To teologowie wysokiej klasy. Była tam cała patrystyka. Wiedziałem, że to będzie miejsce dialogu, bo ludzie czytający książki, które z natury rzeczy mają służyć dialogowi, nie mogą być zamknięci. Samo spotkanie było bardzo bogate, ciepłe. Na koniec spotkała mnie ogromna niespodzianka. Wstała bardzo atrakcyjna kobieta około trzydziestki i ze łzami w oczach powiedziała: „Jeśli powiedziałabym, że jestem szczęśliwa, że pan tu jest wśród nas, to nic bym nie powiedziała. Pańska obecność tutaj znaczy dla mnie o wiele więcej”. Pochodziła z miasteczka pod Karagandą. Matka Rosjanka z typowej rodziny rosyjskiej, sowieckiej, w której problem Boga nie istniał, a ojciec Polak — głęboko wierzący katolik. To on nauczył matkę i wszystkie dzieci katechizmu, a że w okolicy nie było kościoła katolickiego, zaprowadził ich do cerkwi. Nauczył ich kochać Kościół powszechny. Ta dziewczyna powiedziała: „To, że tu jestem, i postanowiłam oddać swoje życie na służbę Cerkwi, to dzięki ojcu, Polakowi, katolikowi. Jestem bardzo szczęśliwa, że w Kazachstanie istnieje Cerkiew prawosławna i Kościół katolicki”. Tę wypowiedź bardzo gorąco przyjęli jej koledzy, którzy się szykują do kapłaństwa. Mało ich: piętnastu. Żartowali, że po jednym na milion mieszkańców Kazachstanu.

Co robiła dziewczyna w seminarium?

Były tam dwie dziewczyny i z tego, co mówiły, wcale nie planowały, że będą w przyszłości żonami księży, chociaż to jest możliwe, bo kapłani prawosławni się żenią. Najzwyczajniej w świecie chciały uczyć religii, katechezy, studiowały teologię. W tym seminarium odbywają się czteroletnie studia. Nasze seminarium misyjne w Karagandzie działa od ośmiu lat. Klerycy dostają tam strasznie w kość z języków. W tym seminarium pracują np. świeccy profesorowie z Uniwersytetu Karagandyjskiego. To dobre, reprezentujące solidny poziom seminarium. Jest w nim więcej kleryków niż w seminarium prawosławnym. Spotkałem tam chłopaka, który przyszedł do seminarium katolickiego z piątego roku Swiato–Troickiej (Moskiewskiej) Akademii Duchownej. Miał napisać pracę z apologetyki udowadniającą wyższość tradycji prawosławnej nad katolicką. Studiując historię Kościoła, dogmatykę, doszedł do wniosku, że jego miejsce jest w Kościele rzymskokatolickim. Przyprowadził później do Kościoła całą swoją rodzinę wraz z ojcem, profesorem uniwersytetu. W tym samym seminarium spotkałem młodego Rosjanina piszącego piękne wiersze w języku kazachskim, którego nauczył się w seminarium. On na pewno będzie pracował wśród Kazachów.

Mówiąc o powszechności Kościoła, chciałem zapytać o obecność protestantów czy wręcz sekt protestanckich…

W Ałmaty jest sześć parafii Kościoła episkopalnego, czyli jednej z anglikańskich denominacji, w której dominują Koreańczycy. Ten Kościół ma bardzo silne zielonoświątkowe skłonności. Kontakty z nim są ograniczone, nie widać postaw ekumenicznych, ale też nie widać wrogości. Raczej ludzie z tych Kościołów przychodzili do nas niż odwrotnie. Najczęściej byli to Koreańczycy. Zaczynali u protestantów i przychodzili do Kościoła rzymskokatolickiego. Znam dziewczynę, która po ośmiu latach u protestantów przyszła do Kościoła rzymskokatolickiego i została franciszkanką. Olga jest zwariowaną zakonnicą z gitarą.

Pojawia się niestety dużo sekt. Na przykład moonowcy, dużo jest też świadków Jehowy. Przyjeżdżają bardzo dobrze przygotowani. Słyszałem, że przybywają, znając już języki turskie, mają zaplecze materialne, którego katolikom często brakuje. Problem ten dotyczy zwłaszcza polskich kapłanów.

Czy Polscy kapłani są w gorszej sytuacji od swoich braci z innych krajów?

Sytuacja polskich kapłanów jest trudniejsza niż innych, bo często są zostawiani sami sobie. Wysyłamy ich i przestajemy się nimi interesować. Gdy teraz trwa atak na Fundusz Kościelny, dotyka on przede wszystkim tych chłopaków, którzy są pozbawieni praw. Młodzi kapłani mówili: „Panie ambasadorze, pracujemy tu ósmy, dziewiąty rok. Nasi koledzy, którzy pracują w Polsce, mają za te osiem, dziewięć lat składkę emerytalną ze szkoły, a my wrócimy do Polski i co? Bogu dzięki, że z Funduszu Kościelnego mamy składkę zdrowotną i możemy się przebadać raz do roku. A co poza tym? Co będzie, gdy wrócimy na emeryturę? Nastąpi przecież taki moment, kiedy ze zdrowiem będzie gorzej. Chyba że Kościół się tutaj na tyle umocni, że nie będziemy musieli wracać, ale nasza sytuacja będzie dużo gorsza i trudniejsza”. Ich macierzyste diecezje nie chcą we właściwy sposób o nich pamiętać. Włosi mają np. bardzo piękny system parafii bliźniaczych — kiedy ksiądz wyjeżdża z parafii w Italii, jego macierzysta parafia wspiera parafię w Kazachstanie. Tak było na przykład z ojcem Massimo z Kapczegaju. On naprawdę wspaniale pracuje, ale też wie, że ma zaplecze w swojej ojczyźnie. Kiedy ojciec Kalikst, polski franciszkanin, zbudował dom rekolekcyjny w Żanaszarze dosłownie z niczego, zrobił to tylko dzięki pomocy współbraci z Korei. Ojciec Kalikst jest Polakiem, ale pomógł mu jego brat zakonny Diego, który jako gwardian franciszkański zawiózł go do Korei, przedstawił, zaprotegował. W efekcie bardziej pomogli mu Koreańczycy niż my, Polacy. To problem naszej odpowiedzialności za Kościół, problem ogromnie ważny, a nierozwiązany nawet w minimalnym stopniu. Dajemy wspaniałych ludzi na misje, ale zostawiamy ich samych sobie.

Jacy kapłani trafiają do Kazachstanu? Czy tylko wspaniali, zapaleni gorliwcy, prawie święci apostołowie czy również tacy, którzy nie mogli się odnaleźć w Polsce?

Są jedni i drudzy, ale dominują gorliwcy. Wyjeżdżają też kapłani, którzy mieli problemy, ale i oni niekiedy odnajdują tam swoje miejsce i pracują wspaniale. Inaczej to wygląda w zakonach, które łatwiej podejmują decyzje, łatwiej wysyłają ludzi i ci ludzie są lepiej przygotowani. Oczywiście są diecezje, które poważnie traktują problemy misyjne, może dlatego, że mają więcej powołań. Spotykaliśmy więcej księży z okolic Tarnowa czy Przemyśla niż z innych regionów Polski. W Kazachstanie księża muszą się adaptować. Początki są trudne, bo warunki życia są inne. Kapłanowi z Polski na początku niełatwo przystosować się do pracy w grupie 20, 40 czy nawet 100 osób. U nas kościoły są pełne, ale anonimowe. Tam odwrotnie. Pracuje się ze wspólnotą. Większość kapłanów, którzy wrastają w tamtą ziemię, nie potrafi się odnaleźć po powrocie do Polski. Czują się tutaj źle. Spotykam kapłanów, którzy wrócili do kraju, nawet się odnaleźli, ale marzą o ponownym wyjeździe do Kazachstanu.

Dlaczego źle się czują?

Bo tu jest wszystko ułożone. Pewien ksiądz powiedział kiedyś, że w Polsce kapłan przypomina kogoś, kogo w Rosji koszmarnie nazywa się służalszczim kulta, czyli urzędnikiem kultu: takiego, który ma odprawić mszę świętą, pogrzeb, ślub, ma zaplanowany kalendarz i przeznaczony jest do wykonywania określonych, uporządkowanych funkcji. Tam kapłan musi być cały czas wśród ludzi, rozwiązywać najróżniejsze ludzkie problemy. Musi być lekarzem, nie tylko duszy, ale i ciała, tym, który pomoże zorganizować przedszkole, szpital, dom dziecka. Pod Szczecinem jest obecnie chrystusowiec, ojciec Piotrek Brotoń, który płakał, gdy wyjeżdżał z Kazachstanu. W najtrudniejszych latach pracował w kazachskiej wiosce, która się organizowała i pięknie stanęła na nogi. Oprócz tego, że był księdzem, że zbudowano dwa kościoły w parafii, udało mu się wykreować miejscowego lidera, zbudować przedszkole, Dom Polski. Wioska była polska, więc działał w swoim charyzmacie. Ksiądz w Kazachstanie musi skorzystać z idei, które wypracowali wielkopolscy księża, Wawrzyniak i inni. Kapłani, którzy pracują tam w warunkach misyjnych, boją się polskiego uporządkowania, ułożenia planu zajęć, po którym przychodzi pustka i samotność. Tam kapłan nigdy nie jest samotny, zawsze jest wśród ludzi. Oczywiście naraża go to na wiele trudnych sytuacji, które wiążą się z rozczarowaniem. Tak też się zdarza.

Kościół misyjny, w którym jest zwykle mało księży, a są wielkie potrzeby, bardzo eksploatuje duchownych. Czy nie prowadzi to do wypalenia misjonarzy?

Bardzo eksploatuje. Zdarza się, że kapłani są wypaleni. Ludzie w okolicy są jego. Zdarza się, że we wspólnocie ktoś odchodzi, ktoś dopuści się zła, które jest nie do przyjęcia dla pracującego z nimi przez lata kapłana. Na przykład dochodzi do rozbicia rodziny. Ta sprawa wygląda w Kazachstanie dużo lepiej niż w Rosji, ale też jest to trudny problem, zwłaszcza w środowisku rosyjskim. Dla kapłana, który mocno wiąże się z parafią, który stawia na swoją grupę, fakt, że ludzie bardzo zaangażowani we wspólnotę rozchodzą się, że dochodzi do zdrady małżeńskiej, jest tragedią. To oczywiście zdarza się i w Polsce, ale w niewielkiej społeczności, w której wszyscy się znają, takie tragedie przeżywa się jako koszmarny ból.

Słyszałem księży, którzy mówili: „Najlepsza parafia, najlepszy samochód i coroczna pielgrzymka do Rzymu, Lourdes czy nawet do Ziemi Świętej nie znaczy dla mnie więcej niż praca tutaj”. Niedawno odwiedziłem księdza, który pracował kilka lat w Kelerowce. Był wspaniałym proboszczem, a potem bardzo poważnie zachorował na nadciśnienie i musiał wrócić do Polski, żeby się leczyć. Ma na plebanii izbę pamiątek z Kazachstanu i ciągle powtarza: „Już się czuję lepiej, niebawem wracam”. To jego marzenie. Nie zawsze wyjeżdżają tam młodzi kapłani, początkujący. Do Kazachstanu pojechał kiedyś ks. Stanisław Choinka, proboszcz ze Świętego Marcina na Piwnej w Warszawie, jeden z najsłynniejszych warszawskich proboszczów. Pracował tam w Oziornym, potem w Rosji, a w tej chwili jest proboszczem w Szczuczyńsku, w bardzo pięknym miejscu, w rajskim zakątku kazachstańskiej ziemi. Starszy kapłan, który się tam odnalazł i wspaniale pracuje.

Mówił Pan o ogromnym zaangażowaniu księży i sióstr…

To, co robią siostry, przechodzi ludzkie pojęcie. Nie doceniamy ich w Polsce, a one się tam wspaniale realizują, są tam, gdzie ludzie najbardziej ich potrzebują.

Z jednej strony widać bardzo romantyczną misyjną pracę Bożych szaleńców, a z drugiej strony brak wsparcia ze strony macierzystych diecezji oraz brak całościowej strategii, wizji…

Brak strategii misji jest w Kościele dużym problemem. Słyszałem o tym od wielu księży i biskupów. W Kazachstanie wygląda to może o tyle lepiej, że kiedy powstało niepodległe państwo, przysłano tu nuncjusza, który wiedział, czego chce. Na jego miejsce przyjechał kolejny doświadczony nuncjusz, który to wszystko bardzo solidnie pogłębia. Rola organizacji Kościoła jest ogromnie ważna, ale rzeczywiście macie rację, to nie jest problem nuncjusza, ale wizji. To zadanie dla całego Kościoła. Musimy zadać sobie pytanie, czy jesteśmy przekonani, i to bezwzględnie przekonani, że w nas jest pełnia Prawdy, czy jesteśmy pewni, że Kościół jest nosicielem Prawdy i solą ziemi, czy jesteśmy gotowi nieść wiarę. Potrzebne są najbardziej fundamentalne odpowiedzi. Potrzebne są centra misyjne, w których będziemy uczyli ludzi języków, które będą tworzyły zaplecza materialne dla misji. Wówczas rzeczywiście można będzie podejść do problemu bardziej konkretnie. Namawiałem kilku księży, by spróbowali napisać na ten temat, jednoznacznie się wypowiedzieć. Mają to przemyślane, ale nikt nie chce wychodzić przed szereg. Musi się znaleźć ktoś taki. Czy św. Franciszek Ksawery nie szanował inności Chińczyków? Jak najbardziej szanował. Kościół dziś też szanuje odrębność kulturową Kazachów, a także Koreańczyków, którzy masowo przychodzą do Kościoła, również Ujgurów. Wielu Ujgurów, którzy są od wieków muzułmanami, przeciera teraz oczy, bo kiedy czytają własną historię, dowiadują się, że zanim stali się muzułmanami, byli chrześcijanami.

Jaka wygląda sytuacja misjonarzy? Jaka jest struktura narodowa duchowieństwa w Kazachstanie? Z tego, co mówił Pan na początku, wynika, że duchowieństwo w Kazachstanie pochodzi z niemal wszystkich zakątków świata…

Dominują Polacy. Są najliczniejszą grupą. Na drugim miejscu są Niemcy i coraz więcej Słowaków. Zadziwia żywotność Kościoła słowackiego. Oprócz księży pojawiły się również słowackie siostry, które wspaniale pracują. Jest niemało Włochów, pojawiają się księża hiszpańskojęzyczni: i Hiszpanie, i Meksykanie, a nawet księża z Argentyny i z Peru. Jest kilku Amerykanów wraz z biskupem Chowańcem, który jest polskiego pochodzenia. W naszej parafii było dwóch amerykańskich księży. Jeden wyjechał na najtrudniejszy teren, w okolice Semipałatyńska, gdzie były wielkie opady radioaktywne. Pytałem go, klasycznego Kreola, który wiele lat pracował na Haiti, czy się nie boi. Powiedział: „Przecież mam 75 lat, to czego mam się bać? Tam jest potrzebny kapłan”. Ciekawie prezentują się także przedstawiciele ruchów z Francji, i to tych niekoniecznie znanych. Przyjeżdża młodzież, wolontariusze, którzy wspaniale pracują. Wolontariuszy najwięcej jest chyba z Francji i z Włoch. Są bardzo zróżnicowani obyczajowo, cywilizacyjnie, reprezentują odmienne tradycje Kościoła. Te różnice są widoczne. Nasi księża niekiedy kręcą nosem, później jednak przychodzi moment refleksji i zaczynamy się rozumieć. Obserwowałem te napięcia i doszedłem do wniosku, że to dobrze, iż Kościół jest różny, że ludzie idą w różne miejsca, różną drogą. Przed samym wyjazdem zaproszono mnie na uniwersytet kazachsko–amerykański, na dyskusję przedstawicieli wszystkich uniwersytetów ałmatyńskich na temat wartości uniwersalnych w życiu społecznym. Wyobraźcie sobie, że tę dyskusję prowadził młody profesor z uniwersytetu kazachsko–amerykańskiego, który jest narodowości tadżyckiej, czyli jako Tadżyk powinien być od wieków muzułmaninem, no może zaratustraninem albo manichejczykiem. Tymczasem Jamal, który się urodził w Oszu, na skraju doliny Fergany, jest rzymskim katolikiem i jest związany z Opus Dei.

A propos wartości uniwersalnych, co ma Kościół do zaoferowania mieszkańcom Kazachstanu? Na co czekają oni najbardziej?

Pierwsza rzecz, którą Kościół wszędzie i absolutnie może dać, to żywy Chrystus, wiara i wartości. Na tamtym terenie ciągle ważne są tradycyjne wartości. Kościół bardzo podkreśla wartość rodziny. W Kazachstanie rodzina jest istotna. Kościół głosi również solidarność społeczną, jest głosem sprzeciwu. W Kazachstanie reformy doprowadziły do niewyobrażalnych dysproporcji. W wielu miejscach pieniądz stał się wartością nadrzędną. W Ałmaty są dobre, bardzo drogie szpitale prywatne, nie ma natomiast ani jednego dobrego szpitala w ramach powszechnej opieki zdrowotnej. Jest za to 65 kasyn. Cały czas to początek drogi, Kościół dopiero zaczyna odnajdywać swoje miejsce.

Zna Pan sytuację Rosji i Ukrainy. Czy w Kazachstanie powstały specyficzne formy misyjne?

Zauważyłem coś, czego nie było w Rosji. Jest wielu ludzi, o których prawie nikt nie wie, że są katolikami czy chrześcijanami, a którzy świadczą własną postawą. Są to np. profesorowie pracujący na uniwersytetach. Byłem bardzo zaskoczony, kiedy dowiedziałem się, że na państwowym uniwersytecie w Astanie i na uniwersytecie w Ałmaty pracuje dwóch księży. Jednego z nich widziałem raz przy ołtarzu. Są związani z Comunione e Liberazione. Przy ołtarzu pojawili się dopiero wtedy, kiedy było potrzebne zastępstwo.

Do Kazachstanu przyjeżdżają ludzie, którzy zaczynają pracować. Nie prowadzą klasycznej działalności misyjnej: nie nawracają, nie chrzczą… Są obecni, są wśród ludzi, wśród młodzieży. Mają bardzo dobrze funkcjonujące centrum młodzieżowe. Mówią, że nie chcą nikogo nawracać, by nie wyrywać z korzeniami. Trzeba postawić pytanie, co to znaczy. To jest delikatny problem. Jeśli jestem chrześcijaninem, katolikiem, muszę postawić sobie pytanie, czy chcę, by ktoś, kto ze mną jest, z kim żyję i dla kogo mam być świadectwem, pochylił głowę i się ochrzcił. Coraz bardziej żywe jest Opus Dei. Pojawili się w Kazachstanie młodzi ludzie, którzy prowadzą spotkania dla młodzieży akademickiej. Niekiedy jest to nauka kuchni hiszpańskiej, niekiedy nauka tańca, czasami nawet wspólnie wypite piwo czy herbata — to jest bycie razem z ludźmi.

Czy z Opus Dei są tylko Hiszpanie?

Nie, ale dominują wciąż osoby hiszpańskojęzyczne. Tak jak we wspólnotach związanych z ruchem charyzmatycznym dominują Francuzi. Najwięcej wolontariuszy w kręgu Opus Dei pochodzi z Hiszpanii, w kręgu Comunione e Liberazione są ludzie z Włoch.

Czy działalność wspólnot, takich jak Opus Dei czy Comunione e Liberazione, polega na kontaktach bezpośrednich?

One są wśród ludzi. Spotkaliśmy się już wcześniej z misją poprzez obecność. Doktor Friedman w Nowgorodzie, w Rosji, zaprosił franciszkanki misjonarki Maryi do szpitali, do klinik Akademii Medycznej. Arcybiskup Lew się na nas wtedy obraził. On był przekonany, że te dziewczyny będą się zajmowały prozelityzmem. Tymczasem one przyjechały, zaczęły wspaniale pracować i po pewnym czasie arcybiskup się z nimi zaprzyjaźnił. One po prostu pytały chorego, umierającego człowieka: „Jesteś wierzący?”. „Tak”. „Potrzebujesz kapłana?”. „Potrzebuję”. Kapłan prawosławny po siedemdziesięciu latach nawet nie pomyślał, że może wejść do szpitala. Siostry brały telefon i wołały batiuszkę zza rogu i on przychodził. Arcybiskup potem mówił: „One zmusiły moich leniuchów do pracy”. Niestety, dla wielu prawosławnych wciąż jesteśmy heretykami. Dla nas Kościół prawosławny jest Kościołem. Wszystkim prawosławnym mówiłem: „Jeśli bylibyście wszyscy prawosławni albo choć w większości, to śpiewalibyśmy Te Deum laudamus”. Franciszkanki zrobiły w Nowgorodzie dużo dobrego. To znak, że można świadczyć poprzez obecność.

One były pielęgniarkami, tak?

Tak. Świadczyły o wierze, o Panu Bogu, o misji Kościoła.

Okazuje się, że w Kazachstanie jest podobna sytuacja. To samo robią protestanci i sekty. Przyjeżdżają i zaczynają uprawiać pole. Mają nasiona dla sąsiadów albo zaczynają ich uczyć, jak gospodarować. Element misji cywilizacyjnej istnieje wszędzie. Księża niejeden raz mówili, że za mało jesteśmy tutaj obecni cywilizacyjnie, społecznie. Idziemy w tej chwili do środowisk inteligenckich, to ma swoje znaczenie. Tam można iść tylko wtedy, kiedy jest się do tego odpowiednio przygotowany.

Jak powinna wyglądać odpowiedzialność Kościoła polskiego za naszych braci w Kazachstanie?

Jeszcze nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Dopiero się uczę Polski po powrocie, jeżdżę, spotykam się z ludźmi, staram się rozmawiać. Nadal jednak sądzę, że są sprawy, które moglibyśmy już dzisiaj adaptować, jak na przykład bliźniacze parafie.

Czy to jest problem tylko polskiego Kościoła, że nie dba on o swoich kapłanów, którzy wyjeżdżają na Wschód?

W dużej mierze tak.

A inne Kościoły Europy Środkowowschodniej, np. słowacki?

Po pierwsze, Słowacy przyjeżdżają głównie ze zgromadzeń — pamiętam na przykład wspaniałego naszego proboszcza z Charkowa, we wschodniej Ukrainie, księdza ze Zgromadzenia Misjonarzy świętego Wincentego ŕ Paulo i zakonów, a te lepiej sobie z tym radzą. Dużo gorzej radzą sobie diecezje. Jest np. taki problem, czy ksiądz jest kapłanem swojej macierzystej diecezji, czy miejscowej, kazachskiej. Byłem kiedyś świadkiem konfliktu między kapłanem z polskiej parafii a biskupem. Każdy z nich miał swoją rację. Kapłan obraził się na przełożonego, a ponieważ nie chciał wyjeżdżać z Kazachstanu, więc przeniósł się do drugiego biskupa. Tamten zaś został bez księdza z Polski i posłał do parafii dwóch Filipińczyków, którzy nie znali ani rosyjskiego, ani polskiego. W efekcie w ciągu dwóch tygodni pojawili się tam jehowici.

Z Polski na misje do Kazachstanu przyjeżdża coraz mniej kapłanów z zakonów i ze zgromadzeń. To jest problem odpowiedzialności. Tak się dzieje z różnych, czasem bardzo skomplikowanych powodów, ale nie ukrywam, mnie w Kazachstanie bardzo brakowało i dominikanów, i salezjanów.

Zostawiamy ich samych sobie
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...

Zostawiamy ich samych sobie
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....