Życie jak redwood

Mnich należy do rzadkiej, choć nieginącej Herbertowskiej „rasy amatorów”. I należy sobie życzyć, aby dla dobra ludzkości nie opuszczał pochopnie jej szeregów, skuszony nową etniczną jakością proponującą chociażby na początek odbycie nowicjatu w trójwymiarowym Internecie pod postacią awatara – by użyć świetnego określenia Jacka Dukaja – „wybierającego spośród wielu dostępnych w ofercie modeli garnitur szyty na cywilizację”.

Amatorstwo

Rasa amatorów jest rasą dyletantów – nie specjalistów. I dobrze by było, aby taka właśnie pozostała do końca – choć zdarzają się w niej mistrzowie i ludzie z dyplomami ukończenia kursów z zakresu „życia duchowego”, to jednak przeciętny członek tej rasy szuka ciszy, samotności i oddalenia we własnym stylu, potykając się i błądząc, doznając olśnień i oczarowań, wystawiając się czasami na śmiech i zgorszenie ludzi zamykających wszystko w bezpiecznych definicjach, które jeśli nawet powołują się erudycyjnie na Tradycję – to nie zostały jednak doświadczone, czyli przetestowane na własnej skórze. Amator jest człowiekiem, który lubi… i który wie, gdzie szukać, by uniknąć dań zbyt ościstych lub zbyt ciężkich. Mnich, żeby zostać mnichem, wytrwać w tym stanie do śmierci, musi lubić takie właśnie życie, powinien być całkiem naturalnie amatorem ciszy, samotności i oddalenia, powinien je lubić całkiem po prostu, podobnie jak pozostawanie na marginesie życia – inaczej będzie go „nosić”, będzie cierpiał, zadawał sobie wyrafinowane umartwienia, będzie oskarżał, aż wreszcie stanie się bohaterem znanej fraszki Sztaudyngera: „Mistyk wystygł, wynik cynik”. Mówię o głębokiej predylekcji pochodzącej z ludzkiego serca. Nie mam na myśli ani temperamentu, ani charakteru (np. bracia bardziej „wsobni” nie są wcale lepszym materiałem na mnichów niż bardziej na zewnątrz wychyleni). Nie myślę też o dawniej uprawianym zawodzie (brat Szczepan, który w naszym opactwie trudni się zbieraniem trufli, był tancerzem. I nim pozostał… „Niestety” – jak nieodmiennie dodają nieliczni w naszej wspólnocie bracia faryzeusze). Benedykt mówi przecież do kandydata na mnicha: „Kimkolwiek jesteś”. „Amatorstwo” jest też w jakimś sensie ochroną i protestem przeciw „chrześcijańskiemu gułagowi”, w który może przemienić się ta wspólnota monastyczna, w której wszystko jest przewidziane i wszystko na swoim miejscu oprócz ludzi, którzy domagają się, by traktować ich jak ludzi, i pracy – tego prostego w gruncie rzeczy środka na podniesienie poziomu dyscypliny, adrenaliny i „wypełniacza” wewnętrznej pustki. Przypadek Mertona, który był „wykształciuchem”, nie jest dobrą ilustracją tego ostatniego problemu, ale przypomnę drobną historię z Getsemani – kiedy ojciec Ludwik M. wyznał opatowi, że już nie wyrabia, usłyszał, że „dawniej bracia pilnujący krów potrafili jeszcze na kolację zebrać kilka wiader soczystych jeżyn…”. I nie była to nagana. To była pociecha! „Amatorstwo” właśnie przez tę „miłość do”, przez to lubienie bezinteresowne a pełne pasji chroni życie monastyczne (teraz myślę o trapistach) przed podpadnięciem pod kategorię wziętą z Houllebecqa: „Proste, wieśniacze życie, z dużą dozą godności. Życie dość głupawe jednakowoż”.

Trzy niebezpieczeństwa

„Amatorstwo”, ponieważ pochodzi ze mnie, jest moje, jest mną zabarwione, narażone jest na trzy potężne niebezpieczeństwa – najpierw to, że może stać się już tylko moje. Wtedy będzie szukać za wszelką cenę ozdób, póz, kostiumów i stylizacji, żeby tylko wynieść się ponad masę i jej przeciętność. Każdy mnich może poświadczyć, że bracia tacy na początku są bardzo komiczni, a na końcu najzwyczajniej męczący i nudni. „Amatorstwo” może też rościć sobie prawo do stania się jedyną regułą życia dla wszystkich i wtedy najdziksze pomysły okazują się przesłaniem z nieba, „amator” staje się prawdziwym terrorystą, kłótnikiem i uparciuchem, by skończyć jako maniak, o którym powie się po śmierci, odczytując nad marami nekrolog, że „miał duże poczucie humoru”, co w zakonnym slangu oznacza wiele, choć w tym wypadku jest prośbą o miłosierne spuszczenie zasłony milczenia. „Amator” może też – i to jest trzecie niebezpieczeństwo – paść ofiarą fałszywej nadziei. Niejednemu z mnichów zdaje się, że to bezinteresowne lubienie, tę „miłość do” można bez wielkich szkód pomylić z samowystarczalnością. Ponieważ bez wielkiego wysiłku odczuwają to „coś” (podobnie jak sympatyczni ludzie uważają niekiedy, że przez tę sympatyczność są świetnymi kandydatami do małżeństwa), wytyczają sobie śmiałe i bardzo ambitne cele, które w ich mniemaniu zostaną „jak najnaturalniej” i jak najdoskonalej przez nich zrealizowane. I jeszcze mały cytat z Mertona:

Widziałem wielu ludzi wstępujących do zakonów ze szczerym, gwałtownym pragnieniem Boga i doświadczenia kontemplacyjnego. I widziałem, jak opuszczali klasztor pobici, sfrustrowani przez samą intensywność swoich niespełnionych pragnień. Nie ma bardziej okrutnej nadziei niż próżna nadzieja na doskonałe spełnienie rozumiane w taki sposób, że staje się całkowicie niemożliwe.

Kto nam to zrobił?

Dobry monastyczny pedagog nie powinien niszczyć tego „amatorstwa”, ale umiejętnie je podsycać i hodować, pamiętając, że właśnie dzięki niemu życie monastyczne zyskuje niepowtarzalny smak wyrażający się również w dynamicznej, zaskakującej odkrywczością sztuce, sztuce ludzkiej, w której chce się zamieszkać, i jednocześnie sztuce odważnej – czyli takiej, która nie boi się przedstawić świata „lepiej uporządkowanego pod względem wartości niż świat, który znamy z potocznego doświadczenia”. W tym miejscu muszę przywołać świętego Bernarda, którego jednak obwiniam o „islamizację” cysterskiego życia. W pewnym momencie ta potężna i nieujarzmiona osobowość zadekretowała mającą służyć kontemplacji prostotę – ubodzy mnisi powinni postępować za Chrystusem ubogim, co przełożyło się chociażby na zakaz używania przez kopistów więcej niż dwóch podstawowych kolorów, zniesienie ferii świateł w witrażach, wyrzucenie na zewnątrz manuskryptów i odarcie kościelnych i krużgankowych kapiteli z wszelkiego życia, jak i z „mitycznego plugastwa” w postaci smoków, jednorożców i tym podobnych zabawek nieustatkowanych umysłów. Jeśli kultura w pewnym momencie zamyka się w przestrzeni arabesek, które są dywagacją na temat dywagacji – to znak, że cywilizacja straciła zdolność interpretacji siebie i chyli się ku upadkowi. Upadek taki jest oczywiście rozłożony na wieki, które mogą jeszcze zrodzić reakcję na taki „koran” w postaci alternatywnej religijności – barokowej, ciepłej, pełnej cudów i zabobonnych praktyk, religijności, w której poczesne miejsce zajmuje – mająca zbudować innych i mile połechtać próżność religianta – pobożność. Ale to nie wszystko, bo upadająca cywilizacja podnieca się również znaczącym i przekazywanym następnym pokoleniom pytaniem: „Kto nam to zrobił?”. Bo ktoś z zewnątrz przecież musi być winny tego stanu rzeczy (dziś za brak powołań i utratę atrakcyjności monasteru można winić przechodzący zbyt blisko opactwa TGV, wiatraki produkujące ekologiczny prąd – przeciągi, Internet i oczywiście socjalistów. Sprawcy się zmienili, ale sposób rachunku sumienia już nie).

Takie pytanie prowadzi w końcu do zwarcia szeregów, ogłoszenia, że „my prawdziwi, a oni fałszywi”, my zachowujemy Regułę „ściśle”, a inni używają jej w postaci złagodzonej, hodować świnie i krowy – dobrze, zgodnie z Regułą, uczyć w szkole i głosić konferencje – źle, bo aktywnie itd. Są to oczywiście rozważania „amatorskie” i nie powinny z tego względu oburzać fachowców od historii sztuki i dziejów europejskiego monastycyzmu. Śmiem jednak twierdzić, że choć trochę powinny być zauważone przez przyjmujących na furcie kandydata do „życia angelicznego” lub żegnających rozgoryczonych tym właśnie życiem, w którym za dużo świętej ideologii.

Szkoła służby Pańskiej

Ale jak świat światem nikt sam z siebie nie może zrobić się mnichem. To, co ze mnie, musi pójść do szkoły służby Pańskiej i przyjąć nie ze mnie, ale z zewnątrz Dobrą Nowinę o zbawieniu w interpretacji Reguły. To „z zewnątrz” jest ważne, najważniejsze, bo natychmiast sytuuje mnie w przestrzeni niezasłużonego daru – mnich ma być zjednoczony z Chrystusem i być Jego żywym świadkiem, a tego właśnie nie można traktować jako towaru do nabycia czy wyniku nagromadzenia niezwykłych doświadczeń lub zasług. Podeprę się znów Mertonem: „jest to czysty dar Boga i darem być musi, jest to bowiem częścią Jego istoty”. Szkoła służby Pańskiej jest w tej perspektywie, być może, przede wszystkim przygotowaniem przestrzeni dla tego daru – nazwijmy to prymitywnie lądowiskiem dla Ducha Świętego. Zajmę się teraz przez chwilę opisem jego przygotowywania.

Pedagogia dawnych cystersów, próbując wyjaśnić kandydatom i nowicjuszom przewagę cenobitów nad eremitami (bo eremityzm nieodmiennie pojawia się u zmęczonych i sfrustrowanych zakonników pod zakazaną postacią wysp szczęśliwych), odwoływała się do początków misterium wspólnego życia i zamieszkania, czyli Trójjedynego Boga, który jest wspólnotą par excellence i mówi nam, że tylko w niej można doświadczyć szczęścia zjednoczenia i przemienienia i tylko od niej pochodząc, można być świadkiem żywego Chrystusa. Pedagogia „początków” miała na celu ośmielenie przestępującego progi klasztorne; czekające go życie było pewne, bo sam Bóg jest pewny. Ufność wobec takiego sposobu życia nie opierała się jednak na erudycyjnych dywagacjach, ale na „eksperymencie” – słowo to zresztą jest jednym z kluczowych w cysterskiej mistyce. Boska wspólnota była najpierw doświadczona przez Apostołów, ludzi nam podobnych w swojej grzeszności, i to oni właśnie stanowią fundament każdej wspólnoty – według jednego z dawnych klasyków cysterskich Baudouina de Ford byli oni właśnie ludźmi „doświadczonymi”, tymi, którzy takiej wspólnoty zasmakowali i dotykali. Baudouin powie jeszcze, że powodowani byli „instynktem” Ducha Świętego – można ten instynkt określić w przybliżeniu jako „górny węch” , instynktowne reagowanie na to wszystko, co służy pokojowi. Nie da się więc nie zauważyć potężnego dynamizmu przebijającego ze słów Baudouina – fundamenty Apostołów to nie wkopane w ziemię kamienie, ale raczej płyty tektoniczne prowokujące od czasu do czasu prawdziwe trzęsienie ziemi w Kościele, płyty w ciągłym ruchu prowokowanym właśnie przez „instynkt” Ducha Świętego. Wniosek formacyjny z tej nauki wydaje się prosty – prawdziwe doświadczenie da się powtórzyć, możemy być tacy jak oni, bo upewnia nas o tym ten sam Chrystus – wczoraj i dziś, ten sam na wieki. Możemy nabyć ten „instynkt” lub – wyrażając się bardziej precyzyjnie – dać się nabyć temu instynktowi, oddać się w jego posiadanie. Nie wolno nam jednak pod żadnym pozorem zapominać, że to doświadczenie dotyczy konkretnych ludzi z konkretnego czasu i przestrzeni – dlatego warto pochylać się nad historią własnej wspólnoty, szkoły służby Pańskiej (przypomnijmy, że u cystersów występuje ona pod nazwą „Schola Christi” albo „Schola Caritatis”), i to z dwóch powodów. Najpierw dlatego, żeby się zawstydzić i spokornieć – cokolwiek by mówić, byli to ludzie, którym udawało się w czasach wcale nie łatwiejszych niż nasze stworzyć koherentną wizję życia dla Boga. Tu i ówdzie w archiwach możemy znaleźć oczywiście świadectwa ukazujące może przesadną dumę z tej koherencji – jak chociażby sławne powiedzenie jednego z championów odnowy cysterskiej z XIX wieku trapisty o. Hieronima Rogera, który tak zachwalał pewnemu nuncjuszowi życie w obserwancji La Trappe: „Zwłaszcza panny mniszki umierają tu bardzo szybko, ale zapewniam Eminencję, że czynią to z prawdziwą przyjemnością. Byłem tego częstym świadkiem”. Dobra znajomość naszych zakonnych korzeni wiele może nam też wytłumaczyć z zachowań, odruchów i dziwnych niekiedy zwyczajów w szkole służby Pańskiej, które zyskały z czasem status świętych, choć tak naprawdę nikt nie da sobie głowy uciąć, że naprawdę takie są. Można je więc przepracować, opierając się na przekonaniu, że za ewangelię się umiera, za zakonne konstytucje można cierpieć, ale zwyczaje nie są już godne ani jednego, ani drugiego.

Pedagogia braku

Sam sobie często powtarzam, że próżno przywoływać złoty wiek cystersów i lepiej, bo prawdziwiej, uznać za swoje lata Rewolucji Francuskiej, tułaczkę o. Lestrange’a i jego wiernej grupy, która przekazała nam w zakonnych genach mentalność rzeczywiście rodem z Wielkiej Emigracji: pomysłowość, oszczędność, ale i pewnego rodzaju skłonność do zamykania się i poczucie wyższości wobec zepsutego świata. Nie można kochać zakonu bez znajomości jego historii, nie można kochać i trwać bez konkretnych twarzy i nazwisk, które nas poprzedziły, nie można liczyć na błogosławieństwo we wspólnotowym życiu, jeśli stosuje się logikę inteligentnego retuszu niewygodnych osób – jakie to głupie myśleć, że wszystko zaczyna się ode mnie. Pamięć o poprzednikach świadczy o klasie duchowej człowieka, bo oni się niejako w niego „wrzeźbiają” i swoją klasą go obdarowują. Nieraz widziałem też zadufków, którym śmierdziała historia wspólnoty – tak byli podnieceni własnym heroizmem, inteligencją i pomysłami reform – i nieodmiennie odnosiłem wrażenie, że wszyscy są tacy sami, pięknie kalibrowani i bez smaku.

W szkole służby Pańskiej serce rozszerza się na przyjęcie boskiego daru również przez naukę braku. Brak w zakonie nie jest nigdy stratą, ale zgodą, że nie wszystkie moje talenty i możliwości zostaną przez wspólnotę wykorzystane, nie można mieć wszystkiego, jeśli chce się posiąść najważniejsze, drobne a liczne perły trzeba odważnie sprzedać, żeby posiąść tę jedną – najpiękniejszą. Nie sądzę, że współcześni mnisi są naturami bardziej lękliwymi i skąpymi, są tylko bardziej krytyczni wobec sztucznego zakonnego entuzjazmu z jego nigdy niespełnionymi obietnicami – potrafią oddać wszystko, ale nie zgodzą się na kłamstwo, które kamień nazywa perłą a nienaturalny mozół lub majsterkowanie solidną, zdrową pracą. Nie znamy oczywiście tajemnic ludzkiego serca, i dobrze, ale mnicha zdradza twarz. Jeśli nie ma ludzi, którzy mogliby pokazać radość z oddania wszystkiego i uzyskania wszystkiego, to jak bardzo jesteśmy godni litości i jak bardzo żałosne są nasze utyskiwania na kondycję ludzi upadających pod ciężarem trudnego przecież monastycznego życia. Pedagogia braku została przedstawiona przez cystersa Guerrica z Igny jako scena chrztu Jezusa w Jordanie – nie pozbawiajmy zbyt szybko znaczenia, jakie mają w życiu monastycznym duchowe ubóstwo, strapienie, pustka czy totalne opuszczenie w doświadczeniu kontemplacyjnym. Nie ma innej drogi w oczyszczaniu człowieka – musi zanurzyć się w Jordanie (a czasami jest zanurzany), ale Jordan po Chrystusie to przestrzeń testu dla całej wspólnoty – nie wolno jej zostawić swojego brata samego i pod pozorem poszanowania jego autonomii, w rękawiczkach dyskrecji – a może tylko ze zwykłego tchórzostwa – skazać go na zagładę. Bo Jordan to braterska solidarność.

Rytmicznie prowadzone życie

Nic tak nie służy przyjęciu Bożego daru, jak zdrowe, rytmicznie prowadzone życie. Monastyczne dni lubię przyrównywać do redwoodu. Znane jest powiedzenie Ronalda Regana o tym drzewie, kiedy był jeszcze gubernatorem Kalifornii: „Jeżeli widzieliście jeden redwood, widzieliście je wszystkie”. Dobrze jest w szkole służby Pańskiej, kiedy dni mijają jeden za drugim a my rośniemy, bez ustawicznego przypatrywania się sobie i życiu, bez nadmiernych komentarzy i wysysania z dni wszystkich możliwych soków, bez mnożenia konferencji, spotkań, warsztatów i treningów, komisji i podkomisji, które mają szlachetny cel pouczenia nas, czym jest życie mnicha.

Niekoniecznie trzeba wszystko interpretować, osaczać, łapać i składać w szklanych gablotach niczym kolorowe motyle na szpilce – cieszące oko, niestety martwe. „Życie? – pytał Czechow. – Życie to marchew. A marchew to marchew”. Warto w szkole służby Pańskiej otrzeć się choćby o ten cytat. Trzeba skończyć to ciągłe przygotowywanie się do życia i zacząć wreszcie i po prostu żyć. Bez pośpiechu, bo „pośpiech rujnuje zarówno świętych, jak i artystów. Chcą szybkiego sukcesu i tak się ponaglają, by go osiągnąć, że nie mają czasu na szczerość wobec siebie samych. A kiedy dopadnie ich to szaleństwo, dowodzą, że właśnie ten ich pośpiech jest rodzajem integralności”. Bez „Fado”, straty i opłakiwania świata, który odchodzi, lub naszej młodości, która niewidzialnie staje się starością, bo każdy dzień to bliżej Chrystusa, w którym nie ma straty. Żyć, a wtedy objawi się „to” i pewnie zaraz zniknie. By znów kiedyś, w najmniej oczekiwanym momencie się pojawić. A może całą filozofią tego życia jest rozbrojenie?

Ludziom zdają się różne rzeczy – albo że są świętymi, albo że potępionymi już za życia, nawet w klasztorze wydaje się im, że stali się gorsi niż byli w świecie, choć to tylko zamknięta do tej pory w butelce ich prawdziwa osobowość ukazała się w całej okazałości, inni chcą koniecznie coś po sobie zostawić, jakiś nowy klasztor, wspaniale funkcjonującą wspólnotę lub choćby na nowo pobielony kurnik, inni znów czekają na nie wiadomo co, inni myślą, że tu jest źle, a tam dobrze, inni są tak usłużni i dobrzy, że chce się ich zabić, jeszcze inni wybierają lepsze, bo gorsze nie jest ich godne, inni próbują przenieść Górę Athos do jakiejś zapyziałej francuskiej dolinki, inni nie mogą rozpocząć rozmyślań bez uderzenia buddyjskiego gongu, brat X domaga się zakupu krowy, bo bez krowy jaki z niego mnich, inni uroczyście ogłosili wygaśnięcie cysterskiego charyzmatu, przejętego w całości przez świeckich i proszą o miłosierne rozpuszczenie do domu, inni chcieliby wreszcie poważnie porozmawiać o spadku powołań i odejściach, bo to, co do tej pory było powiedziane, poważne żadną miarą nie jest, ktoś inny pyta złośliwie, dlaczego w Wielkiej ciszy panuje jeszcze większa cisza „w temacie” produkcji, spedycji i handlu, i w ogóle sposobów zarabiania euro na chlebuś spożywany w idealnej samotności – przecież to oszukiwanie kandydatów, którzy jeszcze gotowi wziąć sobie do głowy, że będą tylko palić w kozie bukowymi szczapami i gapić się przez okno na górski masyw.

Patrząc na to wszystko, można uświadomić sobie, że w rozbrojeniu najważniejsze jest poczucie humoru, najdoskonalsza forma miłości, która potrafi znieść wszystko.

* * *

A Pan Bóg? – jakby zapytał filozoficznie dziadek z Konopielki. – Co na to Pan Bóg? Pan Bóg, Ojciec wszelkiego miłosierdzia i Pan wszelkiej pociechy, właśnie pozwolił wstać słońcu nad opactwem i dalej twierdzi, że wybrał dla nas ze wszystkich możliwych światów ten najlepszy, czyli mamy szansę.

Życie jak redwood
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...