Życie na stendbaju

Życie na stendbaju

Ciągła gotowość do zmian, tę umiejętność starano nam się wpoić w seminarium – wspomina ks. Stanisław Kulig. „Musicie być ciągle w drodze. Nie możecie się przyzwyczajać do miejsc, ludzi, sytuacji” – powtarzał często ojciec duchowny.

W praktyce objawiało się to tym, że współlokatorów w pokojach nie wybieraliśmy sami, lecz przydzielali nam ich wychowawcy. Ponadto co pół roku następowała zmiana. – Było to trudne, ale przygotowywało do życia kapłańskiego. Do tego, że to nie ksiądz decyduje, gdzie będzie mieszkał i pracował, wśród jakich świeckich i wikarych, kto będzie jego przełożonym. Ta lekcja się przydała – mówi ks. Stanisław. Wie o tym, ponieważ w ciągu 13 lat kapłaństwa zmieniał parafię sześć razy.

Zapotrzebowanie: szansa i problem

Kapłan przeprowadza się kilka, a nawet kilkanaście razy w życiu. W archidiecezji wrocławskiej podczas ostatniego synodu ustalono, że wikary może pracować w jednej parafii maksymalnie pięć lat, choć może to być okres krótszy. Wszystko zależy od potrzeb poszczególnych parafii, zapotrzebowania na pomysły, energię, doświadczenie konkretnego księdza. Podobna zasada panuje we wspólnotach zakonnych.

– Zmiana miejsca posługi to dobra praktyka – twierdzi o. Marek Kosacz, dominikanin. – Nie pozwala zasiedzieć się w jednym miejscu, otoczyć się ciepełkiem. Zmusza do ciągłego stawiania pytań o to, co dla nas najważniejsze, dla kogo pracujemy – czy chcemy zaspokoić własne ambicje i zdobyć uznanie wśród ludzi, czy pracujemy dla Pana Boga. Przenosiny to szansa na poznanie nowych osób, nauczenie się od nich nowych rzeczy. Raz ksiądz pracuje w środowisku wielkomiejskim, z prężnymi wspólnotami, innym razem trafia na wieś. Dzięki temu poszerza umiejętności, zbiera doświadczenie. Ma możliwość spojrzenia na siebie oczami nowych osób, współbraci, proboszczów, świeckich – podkreśla o. Kosacz. – Zobaczenia w sobie czegoś innego, czasem lepszego, ale czasem także i gorszego, niż się spodziewał.

Przenosiny kapłana nie odbywają się jednak w próżni. Dotykają także osób, wśród których kapłan posługuje. I tu pojawia się problem. Duchowny sam wybiera sposób życia. Składając przerzeczenia kapłańskie lub zakonne, dobrowolnie zobowiązuje się do posłuszeństwa. Jednocześnie godzi się na ciągły niepokój, brak stabilizacji. Ale wierni świeccy? Tych nikt nie pyta, czy chcą ciągłych zmian. Przenosiny kapłanów okazują się zadaniem także dla nich.

– Droga do Boga prowadzi przez człowieka – mówi Waldemar Bober, który wraz z żoną Jolantą od kilkunastu lat należy do Oazy Rodzin. – Także w tym sensie, że świeccy, budując swoją drogę, wybierają księdza, który ich prowadzi. Wybierają, u kogo chcą się spowiadać, czyich kazań słuchać. Zabranie księdza z parafii narusza te przyzwyczajenia, każe od początku zaczynać poszukiwania swojej drogi i swoich kapłanów.

– To dobrze – mówi o. Marek Kosacz. – Świeckim też potrzebne jest przewietrzenie, odświeżenie, poznanie nowych ludzi, usłyszenie nowych kazań. Naturalną sprawą jest, że każdy z kapłanów akcentuje inne aspekty nauki Chrystusa. Zmiany dają świeckim możliwość poznania słów Jezusa w ich bogactwie i różnorodności. Jeden ksiądz bardzo dobrze prowadzi zajęcia z młodzieżą. Dlaczego przywilej kontaktu z nim mają mieć tylko młodzi ludzie z jednej parafii? Wierni, akceptując przenosiny kapłana, dzielą się nim w ten sposób z członkami innej parafii. To oducza egoizmu i egocentryzmu – mówi z przekonaniem o. Kosacz.

– Świeccy, wybierając Boga, wybierają Kościół z jego strukturą – wyjaśnia o. Krzysztof Popławski, prowincjał polskich dominikanów. – Jako osoba decydująca o zmianach personalnych w poszczególnych klasztorach, muszę brać pod uwagę cały organizm, jakim jest polska prowincja dominikanów. Każda wspólnota chciałaby mieć niezmiennego, a jednocześnie mądrego i sympatycznego księdza, ale ja muszę reagować na potrzeby wszystkich parafii i placówek duszpasterskich. Decyzja o przenosinach to odpowiedź na potrzeby miejsca, a czasem potrzeby konkretnych braci – podkreśla.

Nowy kapłan, nowe zwyczaje

Jolanta i Waldemar Boberowie przyznają, że akceptacja zmian bywa trudna. Wspominają kapłana, który w ich parafii prowadził Msze dla dzieci. Podczas jednego z nabożeństw ksiądz powiedział: „Nie będziemy się już spotykać. Biskup przenosi mnie na inną parafię”. Czteroletnie wówczas córki Joli i Waldemara nie mogły zrozumieć tej sytuacji. Do tego stopnia, że na ich rysunkach pojawiły się pułapki na „niedobrego biskupa, który zabrał ich księdza”. Gdy dziewczynki dorosły, trafiły do duszpasterstwa młodzieży przy wrocławskim klasztorze dominikanów. Podczas pięciu lat ich aktywności w duszpasterstwie wspólnotę prowadziło trzech kapłanów.

– Za każdym razem zmiana duszpasterza była trudnym momentem – wspominają Emilka i Kamila. – Nowy kapłan wprowadzał za każdym razem nowe zwyczaje. Najłatwiej było zaakceptować zmiany w sposobie odprawiania liturgii. Trudniejsza była akceptacja zmian filozofii duszpasterstwa. Jeden kapłan trzymał dystans, drugi był jak bratłata. Pierwszy angażował do współpracy rodziców, drugi nie widział dla nich miejsca we wspólnocie. To było jak budowanie duszpasterstwa od początku – mówią. Sprawę dodatkowo komplikował fakt, że zmiana duszpasterza wiązała się za każdym razem ze zmianą ekipy najbardziej w duszpasterstwie aktywnej – osób odpowiedzialnych za śpiew, przygotowanie czytań, wspólnych śniadań. Skutek był taki, że wraz z przyjściem nowego duszpasterza jedna trzecia członków duszpasterstwa odchodziła ze wspólnoty. Dlaczego nie można było kontynuować działalności duszpasterstwa, opierając się na dotychczasowych zasadach? Emilka z Kamilą nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie. – Miałyśmy wrażenie, jakby nowy kapłan odcinał się od wszystkiego, co było wcześniej, chciał wszystko robić po swojemu – mówią.

Czy wierni mniej lub bardziej boleśnie odczują zmianę duszpasterza, zależy w dużym stopniu od następcy. Zdarzają się sytuacje, kiedy kapłan pozwala sobie na publiczną krytykę poprzednika. Czasem następca nie sprawdza się w pracy z konkretną grupą ludzi, na przykład z młodzieżą. Zdarza się i tak, że następcy nie ma. Dzieło okazywało się pomysłem jednego kapłana, niekontynuowanym przez kolejnych księży. Trudno tu się dziwić rozgoryczeniu członków takich wspólnot, którzy mówią o sobie, że są jak owce bez pasterza.

– Takie zawirowania są nieuniknione – stwierdza prowincjał polskich dominikanów. – Nie pracuję przecież z aniołami, ale zwykłymi ludźmi. Oczywiście można mówić o sposobie przeprowadzenia zmiany. Zgadzam się, że jest to szczególnie ważne przy pracy z osobami młodymi, kierującymi się bardziej emocjami niż logiką. Ideałem jest sytuacja, gdy duszpasterstwo prowadzi dwóch kapłanów. Wtedy, gdy odchodzi jeden z nich, drugi kontynuuje wspólne dzieło. Jednak takie sytuacje należą do rzadkości – przyznaje. Wytłumaczenie jest proste – dużo innych zaangażowań polskich kapłanów. Natomiast, co podkreśla o. Popławski, moment zmiany to moment szansy. To czas postawienia pytań o swoje miejsce na drodze do Pana Boga, weryfikacji tej drogi.

Choć bywa i tak, jak w przypadku 16letniej Justyny. Dopiero zaczęła poznawać Boga i Kościół. Zdobyła się na wysiłek rozmowy duchowej, podczas której opowiedziała o swoich bólach i rozterkach. Jednak zaraz po tym spotkaniu ksiądz został przeniesiony do innej parafii. Justynie zabrakło sił, by kolejnemu kapłanowi mówić o swoich przeżyciach.

– Rzeczywiście, zdobycie zaufania i praca z człowiekiem wymaga czasu – potwierdza ks. Stanisław Kulig. Podobnie nie da się zbudować wspólnoty w kilka tygodni, a nawet miesięcy. Zbyt szybkie odejście duszpasterza, przewodnika grupy może przerwać dzieło w połowie. Choć z drugiej strony taka sytuacja jest sprawdzianem, czy dana wspólnota buduje na piasku, czy na skale. Na swoich uczuciach i emocjach, czy na Chrystusie. – Dobrze budowane dzieło przetrwa – zapewniają zgodnie księża. Świadomość możliwości przeniesienia kapłana daje wiernym szansę wzięcia sprawy w swoje ręce, wykazania się, a przez to osiągnięcia samodzielności i dojrzałości w budowaniu własnej drogi do Boga. – Oczywiście, że szkoda każdej zagubionej owcy – potwierdza o. Popławski. – Ale wierzę, że w wymiarze sakramentalnym te osoby powrócą, choć może już nie do dominikanów, ale do franciszkanów czy jezuitów.

W drogę za spowiednikiem

Świeccy mają swoje pomysły na przeciwstawienie się przymusowym zerwaniom więzi kapłan – wierny. Piszą petycje i listy do biskupa, a nawet fizycznie nie pozwalają kapłanowi wyjechać z parafii. Inny sposób ma Waldemar Bober. Od kilkunastu lat spowiadają się wraz żoną u tego samego spowiednika. Bez względu na to, w jak odległej od ich domu parafii kapłan akurat posługuje.

– Szukanie stabilizacji i spokoju jest czymś bardzo ludzkim w naszych niespokojnych czasach. Dodatkowo rozmowa na tak intymne tematy, jak to ma miejsce podczas spowiedzi i rozmów duchowych, prowadzi do powstania silnych więzi między rozmówcami, które trudno zerwać – potwierdza doradca rodzinny Urszula Neumann. Sakrament pokuty to szczególne spotkanie Boga i człowieka, ale także dwojga ludzi. Spotkanie, które stawia jego uczestników w trudnej sytuacji. Sprawą pierwszorzędną jest utrzymanie odpowiedniego dystansu. Z jednej strony konieczne jest stworzenie poczucia bezpieczeństwa, by penitent mógł się otworzyć, powiedzieć o swoich problemach, troskach, a z drugiej strony kapłan musi czynić wszystko, by swoją osobą nie przysłonić Chrystusa.

– Tu zachodzi podobny mechanizm jak w przypadku spotkań terapeuty i pacjenta – zwraca uwagę pedagog Małgorzata Mazur. Kapłan nie może odgrywać roli „protezy emocjonalnej”, służącej do zaspokajania potrzeby akceptacji czy przynależności. Musi przede wszystkim wychowywać do dojrzałości. Potwierdzając, że nie jest to łatwe, opowiada własną historię. Wspomina księdza, który przez kilka lat był jej spowiednikiem, kierownikiem duchowym, w końcu przyjacielem. Decyzja przełożonych o przenosinach kapłana do innego miasta była dla Małgorzaty bardzo trudna i bolesna. – Straciłam grunt pod nogami – mówi. – Poczułam się porzucona, pozostawiona w pół drogi. Potrzebowałam trochę czasu, by zrozumieć, że ksiądz był tu tylko pomocnikiem Jezusa i że odszedł pomocnik, a główne źródło pocieszenia i miłości pozostało niezmienne. Kilka miesięcy zajęło mi zrozumienie, że inne osoby też mogą pomóc mi w drodze do Boga. To doświadczenie przydaje się teraz, gdy przyszło mi żegnać kolejnego kierownika duchowego – dodaje Małgosia.

Przenosiny duchownych to mechanizm, który broni przed patologiami. Pomaga rozerwać zbytnią bliskość, przerwać ewentualną uzależniającą więź między uczestnikami takich spotkań.

Nieświęte tajemnice Kościoła

– Decyzja o przydzieleniu kapłana do konkretnej parafii to jedno z najtrudniejszych zadań stojących przede mną jako prowincjałem dominikańskim – podkreśla o. Popławski. Jaki moment przeniesienia duszpasterza wybrać? Czy dać mu możliwość kontynuowania pracy, czy już zaproponować nowe zadanie? – Staram się każdą sytuację rozważać osobno. Nie jestem wszechwiedzący i nie znam wszystkich odczuć i emocji moich braci, spraw przez nich prowadzonych, ludzi, wśród których posługują. Zdarzało się, że kapłan przekonywał mnie, by pozostawić go na dotychczasowej placówce, że ważne jest, aby mógł kontynuować swoją działalność. Ale zdarzało się też, że ksiądz mnie nie przekonał – dodaje szybko o. Popławski. – Po rozmowach z braćmi to ja podejmuję ostateczną decyzję.

Kapłani zwracają uwagę, jak bardzo istotny jest styl informowania o zmianach. Czy jest to jedno zdanie rzucone w biegu przez telefon „przenosimy księdza”, czy jest to propozycja przedstawiona w osobistej rozmowie z podaniem za i przeciw. Od jednej z sióstr zakonnych usłyszałam, że jakakolwiek próba dyskusji na temat dalszej pracy na tej czy innej parafii traktowana jest w jej wspólnocie jako niesubordynacja i podważenie ślubu posłuszeństwa.

W polskiej praktyce duszpasterskiej przenosiny bywają traktowane jako forma nagrody. Wśród wikarych istnieje nieformalny ranking lepszych i gorszych parafii. Środowisk, w których pracuje się łatwiej i trudniej. Proboszczów, z którymi łatwiej lub trudniej się dogadać. Niestety, zdarza się i tak, że mechanizm przenosin wykorzystywany jest do dyscyplinowania zbyt buńczucznych księży. Ksiądz Kulig opowiada swoją historię. – Wytykałem proboszczowi błędy. Nie mogłem i nie chciałem się pogodzić ze zbyt protekcjonalnym traktowaniem wiernych, przerzucaniem całej roboty na wikarych. Koledzy mówili mi: „Zarabiasz na przenosiny”. Rzeczywiście pod koniec roku szkolnego, zaledwie po roku pracy w tej parafii dostałem dekret kierujący mnie do innej. Czy to była kara? Nie umiem powiedzieć – przyznaje ks. Stanisław. – Dla mnie współpraca z tym konkretnym proboszczem była bardzo trudna, więc w pewnym sensie spotkała mnie nagroda. Na pewno nieumiejętność zawiązania porozumienia była porażką i przykładem, jak trudne jest życie i działanie w odgórnie narzuconych warunkach.

Do jednej z parafii trafił ksiądz, który umiał zarazić wiernych swoim entuzjazmem. W kościele zaczęły się pojawiać nowe osoby, rozkwitło duszpasterstwo młodzieży. Po roku jednak rozeszła się wieść o zakończeniu przez księdza pracy w tej parafii. Podczas Mszy kapłan enigmatycznie powiedział o kłopotach zdrowotnych i nowych wyzwaniach. Jednak w prywatnej rozmowie z częścią parafian przyznał, że powodem odejścia był brak porozumienia z proboszczem. Zaczęły się szerzyć plotki. Mówiono już o blokowaniu pracy wikarego czy wręcz zaszczuciu go przez proboszcza. Ksiądz znowu wystąpił oficjalnie i zaprzeczył wszelkim pogłoskom. Podkreślił swoją sympatię do przełożonego i to, jak wiele się od niego nauczył. Jednak te wyjaśnienia tylko zagmatwały całą sytuację. Parafianie podzielili się w ocenie kapłana. Dla jednych był świętym, który swoje cierpienie potrafił złożyć w ofierze. Dla innych stał się przykładem obłudy Kościoła. Jeden z parafian wyżalił się biskupowi, że smutnym zjawiskiem jest brak sensownego wytłumaczenia, dlaczego musi odchodzić kapłan, którego ludzie tak pokochali i z którym wiązali nadzieje. Zapytał biskupa, czy zdaje sobie sprawę, że ta sytuacja prowadzi do pęknięcia wspólnoty parafialnej. Usłyszał w odpowiedzi, że dramatem biskupa, Kościoła jest niemożliwość powiedzenia świeckim, dlaczego dany ksiądz odchodzi. Ta historia obrazuje, że często przenosiny księdza przynależą do gatunku „nieświętych tajemnic Kościoła”. Wytwarzają w świeckich przekonanie, że odejście kapłana jest efektem „winy i kary”, których problem powinni rozwiązać księża i biskup, a nie parafialna wspólnota.

Naturalna skłonność do poszukiwania siedliska

Ksiądz Kulig na pytanie, co przychodzi mu do głowy, gdy słyszy słowo „dom”, długo się zastanawia, by w końcu z wahaniem odpowiedzieć: „miejsce, w którym aktualnie posługuję”. Choć ostatecznie przyznaje, że jest to namiastka prawdziwego domu, bardziej miejsce pobytu, hotel.

– Człowiek ma naturalną skłonność do zapuszczania korzeni – nie dziwi się tym rozterkom Urszula Neumann. – Szukamy czegoś, co jest nasze własne: domu, siedliska. Ciągła zmiana miejsca pobytu, bycie w gotowości do pozostawienia wszystkiego i ruszenia w drogę, powiedziałabym – bycie na stendbaju, jest czymś sprzecznym z ludzką naturą. Owszem, są osoby, które dużo podróżują, często zmieniają miejsce pobytu, ale i one czas między podróżami spędzają w domu, w swoim azylu i własności. Mają miejsce, z którego wyjeżdżają i do którego wracają. Kapłan jest tego pozbawiony.

– Patrząc na problem przenosin od strony ludzkiej, być może miałbym prawo do rozżalenia i poczucia krzywdy – przyznaje o. Marek Cul, dominikanin. – Tak jednak nie jest. Chciałbym, aby moim domem była wspólnota zakonna i Eucharystia. Rozpoczynając życie zakonne, ślubowałem między innymi ubóstwo i posłuszeństwo. Ubóstwo to oddanie wszystkiego, w tym marzeń o rodzinie, domu, spokoju i bezpieczeństwie. Tak jak mówił Jezus: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne – gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć” (J 9,58). Z kolei posłuszeństwo to bycie w ciągłej gotowości do pójścia tam, gdzie posyła mnie Chrystus. Jezus, powierzając Piotrowi misję pasterską, mówił: „Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś. Ale gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz” (J 21,18). Słowa te poprzedził trzykrotnym pytaniem „Czy Mnie miłujesz?”. Wiedział, że zadanie to można zrealizować wyłącznie w miłości i łączności z Nim.

Ojciec Krzysztof Popławski w ciągu 15 lat kapłaństwa posługiwał w siedmiu klasztorach. Mówi jednak, że miał szczęście. – Zawsze wiedziałem, czemu dana przeprowadzka służy. Miałem świadomość końca jednego zadania i potrzeby zajęcia się nowym.

Brak domu, konkretnego własnego miejsca na ziemi stanowi jednak szczelinę w duchowości księdza. Jej zapełnienie jest wyzwaniem, w myśl nauk ojców Kościoła, że to, co nie jest przyjęte, nie może być przemienione. Zmagał się z tym i Jan Paweł II, który w książce Wstańcie, chodźmy napisał: „Boża miłość nie nakłada na nas ciężarów, których nie moglibyśmy unieść, ani nie stawia wymagań, którym nie moglibyśmy sprostać. […] Mówię o tym z tego miejsca, do którego doprowadziła mnie miłość Chrystusa Zbawiciela, wymagając, abym wyszedł z mojej ziemi i gdzie indziej, dzięki Jego łasce, przynosił owoc”.

– Oczywiście każda zmiana miejsca posługi boli – przyznaje o. Kosacz. To przecież za każdym razem wyrwanie z tego, co już znane, oswojone, polubione. Ale nie może być tak, by nasze emocje zapanowały nad podejmowanymi decyzjami. – Coraz bardziej przekonuję się, że nasze życie jest tylko na chwilę. Zmieniamy się my, zmieniają się ludzie, z którymi się spotykamy, zmienia się rzeczywistość społeczna i polityczna. Zmiana miejsca pobytu jest jednym z elementów tej zmiennej rzeczywistości – twierdzi o. Kosacz.

* * *

– Wybierałem się właśnie na kilkudniowe rekolekcje z grupą duszpasterską, którą się opiekowałem – opowiada jeden z księży. – Na prośbę uczestników rekolekcji zaplanowaliśmy dwie godziny adoracji Najświętszego Sakramentu. Sam byłem tym zdziwiony. Kto tyle wytrzyma? – zastanawiałem się. Pierwszego dnia rekolekcji dostałem telefon od przełożonego – przenosiny. To było duże zaskoczenie. W dotychczasowej parafii miałem już wydeptane ścieżki, zadania, znałem ludzi, mieliśmy wspólne plany na po wakacjach. Mam to wszystko rzucić i zaczynać od początku? – buntowałem się. Teraz już wiedziałem, że długą adorację przygotowywałem sam dla siebie. Klęcząc przed tabernakulum, wyrzuciłem Panu Bogu swoje rozczarowanie, zniechęcenie, obawę przed nowymi zadaniami. Po dwóch godzinach modlitwy mogłem już spokojnie przedstawić wspólnocie nową sytuację i zacząć się pakować.

Życie na stendbaju
Ilona Migacz

urodzona w 1969 r. – absolwentka filologii polskiej Uniwersytetu Szczecińskiego oraz Studium Komunikowania Społecznego i Dziennikarstwa KUL.Mężatka, matka dwóch córek. Mieszka pod Wrocławiem....