Wojciech Sulimierski

Kocham Cię! w „Newsweek Psychologia” (1/2021)

Gdy jest dobry autor, powstaje dobra książka. Gdy jest dobry rozmówca, powstaje dobry wywiad, jak ten: Miłość kocha mity z pierwszego wydania dwumiesięcznika „Newsweek Psychologia”. Z Wojciechem Sulimierskim, współautorem książki Kocham Cię! Współczesne mity o miłości rozmawia Katarzyna Zacharska.

KATARZYNA ZACHARSKA: W jakie mity dotyczące miłości najchętniej dzisiaj wierzymy?

WOJCIECH SULIMIERSKI: Na przykład w takie, że każdy powinien znaleźć swój ideał kobiety albo męż­czyzny lub że jak przeżywamy trudności w związku, to powinniśmy się rozstać, lub że liczy się tylko miłość od pierwszego wejrzenia. Mitem jest też to, że miłości nie da się zdefiniować, że dla każdego jest czymś innym, albo to, że facet i tak nie zrozumie, a kobiety są nielo­giczne, więc nie da się ich pojąć itd.

A które mity są, według pana, najbardziej szkodliwe?

Centralnym mitem jest ten, który mówi, że liczy się tylko miłość od pierwszego wejrzenia. W naszej kulturze zauroczenie, zakochanie, czy – inaczej mówiąc miłość romantyczna ma ogromną wartość, wysoką rangę. Jest wynoszona do jedynego wzorca miłości, o którym pisze się wiersze, robi filmy i śpiewa piosenki. Ludzie łapią się na to na różny sposób. Na przykład jeśli są zakochani miłością romantyczną, a później to zakochanie mija, zamiast nad związkiem pracować, rozstają się, no bo „miłość po prostu wygasła”. Przekonanie, że liczy się tylko miłość od pierwszego wejrzenia, powszechne szczególnie wśród młodych ludzi, może być szkodliwe. Przede wszystkim dlatego, że jest nieprawdziwe. Idealizuj e j eden aspekt zjawiska miłości względem pozostałych. Oszukuje tych, którzy doświadczają miłości od pierwszego wejrzenia, wma­wiając im, że już osiągnęli pełnię miłości. A także tych, którzy nie mieli szczęścia doświadczyć takiego przeży­cia, dowodząc, że są jakoś upośledzeni czy wybrako­wani, nie potrafią kochać i nie jest im to przeznaczone.

A zakochanie i zauroczenie jest przecież etapem miłości.

Dokładnie tak. To piękne i fascynujące, gdy się pojawia, ale potem musi się skończyć, jakoś wypalić czy mówiąc pozytywnie – ewoluować. I dopiero wtedy jest czas na miłość rozumianą jako postawę. Trzeba zatem rozróżnić miłość jako uczucie i miłość jako postawę.

Kolejny mit, z jakim się pan i współautor Piotr Klimski rozprawiacie w książce Kocham Cię! Współczesne mity o miłości, jest o tym, że każdy powinien znaleźć swój ideał kobiety lub mężczyzny.

Po wielu rozmowach wśród dorosłych i młodzieży okazało się, że to jest bardzo popularny pogląd. Występuje w co najmniej dwóch odmianach. Jedni mówią: pragnę odnaleźć w ogóle idealną kobietę / idealnego mężczyznę, inni natomiast skłonni są się zgodzić, że być może nie ma ludzi idealnych, ale wierzą, że aby odnieść sukces w miłości, trzeba znaleźć swój ideał kobiety lub mężczyzny, czyli kogoś, kto będzie dla nich subiektywnie idealny. Niektórzy nazywają to poszukiwaniem drugiej połówki.

Dlaczego ten mit jest szkodliwy?

Bo nie ma ludzi idealnych. Poszukiwanie doskonałej miłości, partnera czy partnerki z góry skazane jest na porażkę. Uzależnienie przebiegu swojego życia od znalezienia idealnego człowieka to dramatyczna strata czasu i sił. Wcześniej czy później musi doprowadzić do rozczarowań i wycofywania się z kolejnych relacji. A przecież bardzo łatwo – po kilku nieudanych próbach – przyjąć sposób myślenia typu „ja to w ogóle się do związku nie nadaję”, co w ogromnej większości przypadków nie jest prawdą.

Dlaczego zajął się pan mitami o miłości?

Takim spiritus movens powstania tej książki był mój przyjaciel Piotr Klimski, z którym ją napisałem. Piotr na co dzień jest katechetą w jednym z liceów. Spotyka się z młodymi ludźmi i słyszy, co mówią i czego szukają w życiu. W pewnym momencie dotknięty był tym, jak wielu z nich utożsamia miłość z uczuciem, z porywem serca. To oczywiście tylko jedna z obserwacji, było ich dużo więcej. Ja z kolei pracując jako psychoterapeuta, spotykając się z dorosłymi w gabinecie, widzę skutki błędnych przekonań o miłości w terapii indywidualnej i terapii par.

Czyli pana przyjaciel obserwował to, co dzieje się na początku tych miłości, a pan sytuacje po latach, kiedy dorośli już ludzie przychodzą na terapię.

Patrzyliśmy na ten sam problem, tylko z innej strony. I stworzyliśmy dwugłos, posługując się każdy swoim doświadczeniem.

Jaki wpływ na budowanie tych mitów ma popkultura?

Ogromny. Nie jest tajemnicą, że to, co na co dzień widzimy w telewizji, na billboardach, w reklamach rzeźbi nas i kształtuje. Nawet jeśli tego nie chcemy, odcinamy się i naśmiewamy z prostych matryc czy stereotypów – to jednak wchodzi to w głowę.

Czy czytanie małym dziewczynkom bajek, na przykład o Kopciuszku, może być szkodliwe?

Bajki czytane są małym dzieciom i posługują się ste­reotypami, ale po to, by objaśnić świat, odróżnić do­bro od zła. Ich funkcja jest nie do przecenienia, tak więc bajek dla dzieci bym się nie czepiał. Natomiast „bajek dla dorosłych” dotyczących miłości – tych ste­reotypów widzianych w reklamach i popularnych se­rialach – dużo bardziej…

Proszę podać przykład.

Nośnikiem wielu fałszywych mitów dotyczących mi­łości są na przykład komedie romantyczne. W wielu z nich mężczyzna „po przejściach” w końcu po raz pierwszy „naprawdę” się zakochuje i stwierdza, że ko­bieta, którą spotkał, jest „tą wyjątkową”. Oczywiście, tak może rzeczywiście być, ale częściej rodzi się tu po­ważne nieporozumienie. To znaczy: wielu mężczyzn zmieniających często partnerki rzeczywiście (au­tentycznie) zakochuje się za każdym razem, a obiekt westchnień wydaje im się ideałem. Problem w tym, że zwykle po kilku miesiącach dochodzą do wniosku, że jednak to tylko kolejna zwyczajna kobieta. Zako­chanie kończy się, a nie następuje faza intymności i zaangażowania – nie rodzi się związek. I ten przykła­dowy mężczyzna wraca do punktu wyjścia, napędza­jąc w ten sposób błędne koło samospełniającego się proroctwa. Jest też prawdopodobne, że taka osoba jest uzależniona od seksu i nie potrafi nawiązać z nikim trwałej więzi.

Z kolei wiele kobiet, w których ten mężczyzna był przelotnie zakochany, miało nadzieję być „tą jedyną” – i niestety rozczarowują się. Współczesne komedie romantyczne i niektóre książkowe romanse nie poma­gają im trzeźwo ocenić sytuacji, ponieważ scenariusz wydarzeń w wielu z nich nie zdarza się prawie nigdy w rzeczywistości. Prowadzi to do wielu rozczarowań i tragedii.

Czytając literaturę, śledząc historię, widzimy, że przez wieki popełnialiśmy i powtarzamy wiele błędów dotyczących miłości. Jakie najczęściej?

Jest nim naiwne przekonanie, że miłości nie trzeba się uczyć. Trzeba się uczyć do egzaminu, trenować, żeby być sportowcem. A w przypadku miłości wie­rzymy, że miłość ma przyjść sama, a z nią wiedza, jak wychować dzieci i jak być w związku. Być może to sprawdzało się w dawnych czasach, kiedy kultura była bardziej – ogólnie mówiąc – konserwatywna, stabilna i dawała w zestawie pewien pakiet zachowań i ocze­kiwań. Dzisiaj jest bardziej zliberalizowana i wiele rzeczy trzeba odkrywać na własną rękę. A to znaczy, że trzeba poznawać swoją własną płeć, poznawać płeć drugiej osoby i dużo rozmawiać.

Czyli podstawą powinna być gotowość do poznawania drugiej osoby?

A nawet pewna pokora w tym poznawaniu. Małżeń­stwo amerykańskich psychologów, Julie i John Gottman, pod koniec ubiegłego wieku zrobiło przekrojowe badania dotyczące małżeństwa. Obejmowało m.in. pary, które stworzyły długie związki i bardzo dobrze oceniają swoje współżycie. Sprawdzali, co u nich do­brze pracowało. Dzięki tym badaniom Gottman wyło­nił podstawowe przesłanki tworzące zdrowy związek, które opisał w książce Siedem zasad udanego małżeń­stwa. Jedna z głównych brzmi: poznawajcie nieustan­nie swojego partnera, „aktualizujcie” jego „mapę”. Ponieważ zmieniacie się w trakcie życia, musicie się cały czas poznawać. Inną zasadą jest nieustanny szacunek, pokora w po­znawaniu tego drugiego, rozwiązywanie konfliktów, które da się rozwiązać, oraz ak­ceptacja tych, których rozwiązać się nie da.

Czego nie wiemy o miłości, a powinniśmy?

Po pierwsze, że miłość nie jest tylko uczuciem, a tym bardziej nie jest zakochaniem. W ogóle zako­chanie nie jest miłością. Miłość to przede wszystkim postawa. Ma więcej wspólnego z głową i rozu­miem niż z tak zwanym sercem, czyli uczuciem. Idąc dalej i patrząc na miłość jako postawę czy zaangażowanie, to powiedziałbym, że miłość pole­ga w dużej mierze na dialogo­waniu, przyjaźnieniu się i często też na poddawaniu się wpływo­wi tej drugiej osoby (oczywiście: w pewnych granicach) i służeniu jej. Dzisiejsza mentalność nie lubi słowa „służyć”. Jest mentalnością indywidualistyczną, atomistyczną: tu nikt nie będzie nikomu słu­żył, to niech mi służą. Miłość jest jakąś formą dbania, troski o dobro drugiego, co tak czy inaczej pole­ga na służbie. Wiemy doskonale będąc w związkach, szczególnie mając dzieci, że gros naszego cza­su to jest jakaś forma służby dla żony, dla dzieci, robienia czegoś dla nich. Często wymaga samoza­parcia i rezygnacji ze swoich ulu­bionych rzeczy. Ale i tu nie można przesadzać. Słabo funkcjonujące byłoby małżeństwo, w którym tyl­ko jedno służy drugiemu, a drugie jest bierne. Wiadomo, że w mał­żeństwie chodzi o współzależność, wzajemność.

Jakie zasady funkcjonowania dobrego związku są opisywane w książce?

Jedną z nich jest to, że związek powinien dbać o swoje granice zewnętrzne i wewnętrzne. Prawie każda para, która przychodzi do gabinetu na terapię, ma zaburzone jakieś granice: czy to między mał­żonkami jako tworzącymi parę, czy to między parą a na przykład ich rodzicami. Granice wewnętrzne związku dotyczą indywidual­ności i odmienności każdego z partnerów. Nie mogą one być w parze zbyt sztywne, bo wtedy ta para prze­staje być parą, staje się bytowaniem dwóch osób pod jednym dachem. Ale nie mogą też być zbyt płynne, żądając, żeby partnerzy byli do siebie we wszystkim podobni i mieli zawsze takie samo zdanie. To samo dotyczy granic zewnętrznych pary – tych między parą a światem zewnętrznym.

Obie granice powinny być wyraziste i półprzepuszczalne. Dbanie o nie, aby nie były zbyt sztywne ani zbyt miękkie, jest troską o dobrostan pary.

Ważną regułą dla zdrowia pary jest też zasada równej wartości partnerów. Chodzi o to, że niezależnie od tego, co robią zawodowo, czy szerzej, społecznie, ich wkład, który wnoszą do małżeństwa i rodziny, jest taki sam, tzn. jest tak samo wartościowy, chociaż różni się co do treści. Nawet jeśli jedna osoba piastuje wysokie stanowisko, a druga opiekuje się dziećmi i prowadzi dom, ich wartość w związku jest równa. Trzecia zasada dotyczy tak zwanej równowagi funkcji progresywnej i regresywnej w związku. Progresywne funkcje to działania, które potocznie ocenilibyśmy jako „silne”: piastuję ważne stanowiska, mam władzę, jestem kompetentny, wiem, jak coś zrobić itd. Natomiast zachowania regresywne (potocznie: wyrażające „słabość”) to te, które mówią: potrzebuję opieki, jestem słaby, nie radzę sobie, nie wiem jak… itd. Chodzi o to, żeby jedne i drugie zachowania były w parze elastyczne, tzn. nie przyporządkowane w sztywny, schematyczny sposób tylko jednemu partnerowi w każdej życiowej sytuacji. Innymi słowy, żeby ten, kto na co dzień jawi się jako „słaby”, mógł jednak czasem kompetentnie o czymś zdecydować i podzielić się mądrą radą. A ten na co dzień „silny” mógł z kolei wypłakać się czasem w ramię tego (niby) „słabego”. Żeby nie było tak, że jedna strona jest zawsze silna, mocna i wiedząca, a druga słaba, niewiedząca i bezradna.
Można powiedzieć, że te trzy zasady to taka konstytucja zdrowego związku małżeńskiego.