Rozmowa ze współautorką książki „Życie zmienia się, ale się nie kończy”

W aktualnym wydaniu dwumiesięcznika „Newsweek Psychologia” (6/2020) opublikowana została rozmowa „Żegnaj” z Ewą Chalimoniuk. Zachęcamy do lektury.

Śmierć rodziców jest jedną z największych strat w życiu człowieka. Nawet jeśli ma dzieci, męża czy żonę, to już jako dziecko jest sierotą. O rozstaniu z ważnym etapem życia, kiedy byliśmy dla kogoś dziećmi, mówi psychoterapeutka Ewa Chalimoniuk.

KATARZYNA ZACHARSKA: Dlaczego śmierć rodziców, bez względu na to, ile mamy lat jako dzieci, jest tak bolesna?


EWA CHALIMONIUK:

Bo każda śmierć bliskiej osoby bar­dzo boli. Czujemy się tak, jakby ktoś wyrwał nam kawałek żołądka albo serca. Jest to zawsze proces trudny i bolesny. Jednak jeżeli mieliśmy wystarczająco dobre relacje z ro­dzicami, to godzenie się na ich śmierć może być łagodne, dlatego że „spotkaliśmy się” za życia. Wszystko, co było ważne, powiedzieliśmy sobie i daliśmy w dwie strony. Nor­malna żałoba nie wymaga żadnej terapii, to jest naturalny proces, który powinien odbywać się wśród najbliższych. Jeżeli jednak nie zbudowaliśmy innych, równie ważnych i dobrych więzi z dziećmi czy z mężem, to śmierć rodzica może być bardzo dramatyczna. Bo okazuje się, że to była najważniejsza w naszym życiu osoba. Żałoba staje się wte­dy trudniejsza. Nie ułatwiają jej też pogmatwane relacje z rodzicami. Jeżeli przez całe życie mieliśmy nieustającą nadzieję, że one się poprawią, to kiedy rodzic umiera, na­gle zostajemy w rozpaczy, że to się już nigdy nie stanie. I często takie osoby trafiają do mnie na terapię. Zostają z niedokończonym życiowym tematem. Jak mają teraz same sobie wybaczyć, jak się ukoić, dać sobie opiekę, po­czucie wartości, ważności, spełnienia, bycia kochanym? Jeśli nigdy nie doczekały się tego od swojej matki albo nie umiały tego dać, bo nie umiały wybaczyć rodzicowi i do końca żyły w dystansie albo pretensji czy nienawiści? Zo­stają z poczuciem winy lub krzywdy.

To znaczy, że relacja, jaką mieliśmy z rodzicami, wpływa na rodzaj żałoby po nich i sposób jej przeżywania?

Tak.. Jeżeli mieliśmy dobrą więź z rodzicami, nie trzy­maliśmy się ich kurczowo, a oni nas od siebie nie uza­leżniali, to kiedy umierają, jesteśmy w rozpaczy, ale nie
spada nam poczucie chęci czy sensu życia. Jeżeli jednak proces oddzielania pępowiny i stawa­nia się autonomiczną osobą nie do końca się powiódł i – jako dorośli – jesteśmy emocjonalnie zależni od swoich rodziców albo ci rodzice nas uzależnili od siebie, to moment, kiedy odchodzą, jest najczęściej pozorną ulgą. Tak naprawdę przed tą osobą dopiero otwiera się pustka, otchłań rozpaczy i samotności. Jak nagle z takiej uzależnionej emocjonalnie osoby stać się kimś niezależnym? Miewałam takich pacjentów. Bardzo dorosłe osoby były nagle jak dziecko we mgle, nie wiedziały, co mają ze sobą zrobić.

Za życia rodziców sytuacja takiego uzależnienia nie była aż tak ewidentna?

Czasem pewnie pojawiał się bunt, czasem złość, ale jeśli nie umiemy sobie z czymś poradzić, to w tym tkwimy. Jest to znana nam sytuacja, czasami frustrująca, a czasami uznana za prawidłową. Tylko że jeżeli to było nadmierne uzależnienie, to wraz ze śmiercią rodzica kończy się w pewnym sensie życie tej osoby, która nie zbudowała czegoś własnego. Przypomina to sytuację małego dziecka, które bez opieki rodziców jest bezrad­ne i przerażone widmem śmierci. Takie wewnętrzne stany mogą pojawiać się też w życiu dorosłej osoby, która traci rodziców, od których była uzależniona.

Czy śmierć rodziców w dorosłym życiu przeżywa się inaczej niż stratę innej bliskiej osoby?

Utrata rodziców ma swoje specyficzne cechy. Po pierwsze, przybliża nas do własnej śmierci. Kiedy umierają nasi rodzice, a my jesteśmy w drugiej połowie życia, to jeszcze bardziej nas konfrontuje z tym, że należymy już do pokolenia, które starzeje się i zaczyna umierać. Po drugie – oto stykamy się z rzeczywistością, w której nie mamy już mamy i taty. To przekonanie pochodzi głęboko z naszego wnętrza i jest niezależne od tego, jacy oni byli. To jest dla człowieka bardzo bolesna i dramatyczna świadomość. Że został sam. Nawet jak ma dzieci, męża, żonę, to jako dziecko jest już sierotą. Po trzecie – oprócz bólu, smutku i żalu możemy bardziej niż w innych przypadkach paradoksalnie doświadczać ulgi, nie wykluczając tamtych uczuć.

Dlaczego ulgi?

Bo kiedy ma się normalne życie związane ze swoją rodziną, pracą, często daleko od rodziców, to opieka nad nimi, kiedy się starzeją, dodatkowo nas absorbuje.

Szczególnie gdy są już owdowiali, cierpią i chorują, po­trzebują od nas dużego zaangażowania. Kiedy odcho­dzą, doświadczamy ulgi. Nie ma jej w takim wymiarze,
kiedy umiera dziecko czy partner. Perspektywa obcowania i konfrontacji z niedołężnością, cierpieniem i umieraniem naszych rodziców bywa trudna. Chcemy od niej uciec. Jednocześnie świadomość, że nie jesteśmy w stanie tego procesu umierania powstrzymać, jest bardzo bolesna. Akt zgonu jest rozwiązaniem tego wewnętrznego konfliktu.

Czy uświadamiamy sobie tę ulgę?

Oczywiście, bo czujemy, że ciąży na nas odpowie­dzialność moralna za godne życie matki czy ojca. Teraz ludzie żyją dużo dłużej. Jeżeli umiera osoba, która ma 80 czy 90 lat, to ona raczej już wymagała bardziej in­tensywnej opieki. Ulga może płynąć również z poczu­cia, że ona już nie cierpi z powodu swojej choroby.


Czy kiedy umierają rodzice, to w dorosłym człowieku budzi się dziecko?


Ten moment rozpaczy, że oto nie mam już mamy czy taty, nie jest głosem osób dorosłych, ale wewnętrznej regresji do małego dziecka. Doświadczamy strachu i lęku, że zostajemy sami. Nie są to stany związane z rzeczywistością, bo nie byliśmy już od rodziców zależni, często raczej oni od nas. Ale te uczucia się pojawiają. Mogą być szczególnie rozpaczliwe i dłużej trwać u osób, które nie ułożyły sobie dorosłego życia.

Czy myśli pani, że religijność pomaga w godzeniu się ze śmiercią bliskich nam osób?

Może, ale nie musi tak być. Osoby głęboko religijne mają w swojej wierze oparcie i to im pomaga. Bo na tym polega wiara. Czasem w dojrzały sposób godzą się z tym,
że Bóg nas stworzył i Bóg zabiera życie. A czasem w taki bardziej magiczny, że z osobą, która odchodzi, spotkają się później w niebie, że nie muszą się już o nią martwić, bo jej jest już dobrze. Tak jak w innych trudnych momentach szukają oparcia w sile wyższej, tak w momencie śmierci tym bardziej, bo jest to bardzo trudne, progowe doświadczenie. Ale wiele religijnych osób w procesie żałoby czuje żal i złość do Boga. Dobrze, jak dają sobie prawo do tego gniewu, gorzej, gdy jest on blokowany przez stereotypy, np. „nie można się złościć na Boga” – wtedy proces żałoby nie może się wysycać. Dla niektórych ból utraty jest tak wielki, że obrażają się na Boga i odchodzą z Kościoła. Często jest to tylko etap ich żałoby. Gdy poradzą sobie z infantylną nadzieją, że wiara czy Bóg miał ich uchronić przed utratą kochanej osoby, wracają do swojej wiary. Osoby niewierzące nie przeżywają tego. Za to częściej karmią się nadzieją, że gdyby wierzyły w życie pozagrobowe, to byłoby im łatwiej. Możliwe, że niektórzy z nich w tym momencie szukają pocieszenia w wierze albo stają się religijni.

A czy pani w swojej praktyce zawodowej spotkała się z tym, że osoby wierzące łagodniej przechodzą żałobę?

Nie mogę powiedzieć, że łagodniej. Bo na przykład agnostycy nie mają oparcia w wierze, ale wiedzą, że to już koniec i są pogodzeni z tym, że tak się właśnie kończy życie. Że to jest tak, jakby mieli zasnąć. Ale tak samo przeżywają swoje osamotnienie, opuszczenie, że już tego rodzica nie ma. Niezależnie od wiary i przeko­nań zostają z uczuciem opuszczenia i utraty. Doświad­czają tego osoby wierzące i niewierzące.

Osoby wierzące mogą mieć nadzieję na spotkanie.

Przez dwadzieścia lat mojej pracy nie pamiętam, że­bym słyszała nawet od osób głęboko wierzących, że mają nadzieję na spotkanie po śmierci ze swoim bliskim. Nie wiem, z jakiego powodu, czy jest to rzecz tak intymna? Częściej mówią, że ufają Bogu, że ta osoba jest już bezpieczna, że jest już w dobrym miejscu, że już ma spokój. Starzy ludzie często mówią, że chcą już do­łączyć do zmarłych, bo samotne życie w chorobie stra­ciło dla nich radość i sens. Pamiętam jednego chłopca, który chciał umrzeć, żeby się już spotkać z mamą. Ale to było dziecko. Nadzieja na spotkanie z ukochaną osobą w niebie jest potrzebna małym dzieciom, by poradzić sobie ze śmiercią.

Czy na śmierć rodziców można się przygotować?

Jeśli ktoś nie zaprzecza zupełnie rzeczywistości, z którą ma kontakt, to zauważy, że ona go przygotowuje. Pro­ces starzenia się, niedołężnienia naszych rodziców jest zapowiedzią ich śmierci. Osoby wierzące przygotowuje do tego wiara. Z prochu powstali­śmy i w proch się obrócimy. Wła­ściwie od początku życia wiemy, że jesteśmy śmiertelni i w naturalnym porządku nasi rodzice odejdą przed nami. Przygotowaniem, które nieco ła­godzi ich odchodzenie, jest trud, który musimy włożyć w patrzenie, jak chorują, niedołężnieją, mówią, że już chcą umrzeć, że życie jest dla nich cierpieniem. Jeśli jesteśmy obecni w życiu tych ludzi, to cały czas konfrontujemy się z tym, że ich śmierć już niedługo nastąpi. Często rodzice próbują przygoto­wać dzieci na swoją śmierć, mó­wiąc, w czym chcą być pochowani, w jakim obrządku i gdzie. Na po­czątku część dorosłych ludzi temu zaprzecza. Często z lęku przed śmiercią albo żeby nie urazić rodzi­ców, nie chcą o tym rozmawiać. Jest to jednak prawdziwa potrzeba star­szych ludzi, którzy chcą pozamykać swoje sprawy. I kiedy już nie boimy się rozmawiać o ich umieraniu, to mamy szansę przejść proces żegna­nia się z nimi i przygotowania do ich odejścia. Większość ludzi chce poważnie roz­mawiać o tym, co ich czeka. Mar­twią się tym, co po sobie zostawią. Albo boją się swojej śmierci. Czasem niewierzący, którzy byli ochrzczeni, chcą jednak być pochowani zgodnie z religijnym obrządkiem i chcą, by dzieci im w tym pomogły.

Wydaje się, że umieranie może być procesem bardzo świadomym.

Zależy, w jakim stanie umysłu są ludzie i na ile są pogodzeni ze swoim życiem i śmiercią. Znałam w swo­im życiu takich, którzy codziennie odmawiali pacierz po to, żeby już przyszła po nich śmierć. I to było szczere i prawdziwe. To ci, którzy chcą już spokojnie odejść, są ducho­wo i świadomościowe gotowi. Jest też druga grupa ludzi, tak bar­dzo niepogodzonych z tym, że ich życie dobiega kresu, że są bardzo uciążliwi dla innych, szarpią się psychicznie, odchodzą w bardzo dużym napięciu. Całe nasze życie jest procesem godzenia się z utratami i dojrzewania do odejścia, do śmierci. W zależności od tego, jak nam się to uda, na ile żyliśmy w zgodzie ze swoimi wartościami czy celami, to taką mamy śmierć.

Utrata rodziców jest jedną z większych strat i krokiem milowym w przybliżaniu się do własnego kresu.

Na skali frustracji i cierpienia największym bólem jest utrata małżonka i dziecka, nie rodziców, bo to jest na­turalny proces. I atawistycznie mamy zakodowany ten porządek odchodzenia. Jednak pod tym względem, na który pani zwraca uwagę, że to nas konfrontuje z wła­sną śmiertelnością, jak zadbać o swoje odchodzenie, jak się z tym zmierzyć, to na pewno śmierć rodziców jest wydarzeniem bardzo ważnym. Uświadamiamy sobie wtedy, że za chwilę nasza kolej.

Rodzice to te osoby, które były zawsze. To ich zobaczyliśmy jako pierwszych na tym świecie. Z nimi przeżywaliśmy swoje dzieciństwo, l z nimi ono poniekąd odchodzi.

Dla jedynaków może być to trudniejsze. Bo tylko ro­dzice są lustrami ich pierwszych doświadczeń życio­wych. Tylko w rodzicach było jeszcze potwierdzenie ich życia, wspomnień i tego, czego doświadczyli. Myślę, że dla osób, które mają braci, siostry, wujków, większy krąg przyjaciół i rodzinę, tych luster, które są świadka­mi ich życia, jest więcej. Rodzice jako jedyni mają dostęp do naszych najwcze­śniejszych lat, których my nawet nie pamiętamy. Mamy je w pamięci raczej przez ich wspomnienia, jacy byliśmy, jak wyglądały nasze pierwsze lata. Ze śmiercią naszych rodziców kończy się ważny etap w życiu, kiedy byliśmy dla kogoś dziećmi.