Wojciech Prus OP

Rozmowa z Wojciechem Prusem OP – współautorem książki „Niespodziankowe bajki”

Od lat po Mszach opowiada dzieciom (i dorosłym też) bajki, które pomagają mu w prosty sposób przekazać sens Ewangelii. Niektóre ukazały się właśnie w tomie „Niespodziankowe bajki. Wielkie prawdy w małych opowiastkach”. Z ojcem Wojciechem Prusem OP rozmawia Hubert Piechocki.

Jak Ojciec zaczął opowiadać bajki?

To zrodziło się z potrzeby. Byłem duszpasterzem akademickim i przygotowywaliśmy do Pierwszej Komunii Świętej chłopców z DPS-u na Łanowej w Krakowie. To byli chłopacy z upośledzeniami, najczęściej intelektualnymi. Dlatego w ramach przygotowań szykowaliśmy dla nich scenki, które miały pomóc w przeżywaniu Mszy św. Potem też odprawiałem raz w miesiącu Msze św. dla rodzin. I zacząłem rozbudowywać te opowieści. Pamiętam, jak byłem nakazaniu… z patelnią. „Przygotowywałem” jajecznicę, robiłem wszystko
według przepisu. I zapytałem dzieci, co jeszcze trzeba zrobić, żeby usmażyć jajecznicę. Mówiły, że trzeba gdzieś znaleźć ogień czy gaz. To ja mówię im, że nie mam. Na to jeden chłopiec wskazał na świeczkę! Już po odejściu z Krakowa jeździłem na wakacyjne wyjazdy z wychowankami z Beczki. Dzieci było na nich sporo. Chcieliśmy wspólnie przeżywać Msze Święte. Żebym nie zanudził dzieci, zacząłem wymyślać dla nich wtedy historyjki. Tak zaczęło się to opowiadanie Ewangelii w nieklasyczny sposób.

Bajki, które Ojciec opowiada, są dla dzieci czy dla dorosłych?

Oczywiście, że wymyślam je pod ką­tem dzieci, ale w gruncie rzeczy są też dla dorosłych. Są uniwersalne. Opo­wiadam je po niedzielnych Mszach o godz. 16.00 w Poznaniu. Często na bajkach zostają też dorośli. Niedawno zmarła starsza już pani Maria, która przychodziła na Msze, po których opo­wiadałem bajki (wtedy to były jeszcze Msze o godz. 11.30). Dostałem od niej list, w którym dziękowała mi za te baj­ki. Bajki pomagały jej zrozumieć, o co chodzi w Ewangelii. Przyznam, że nie zawsze łatwo nawiązać bajką do Ewan­gelii. Takich świadectw dorosłych, którzy odnajdują się w bajkach mam więcej. To mnie cieszy. Opowiadam te bajki też dla rodziców. Podsuwam im pomysły na to, jak opowia­dać dzieciom o przestrzeni duchowej, o obecności Boga. Staram się konstruować bajki tak, by niosły ze sobą pozytywny przekaz.

W książce znajdziemy te same opowieści, które kiedyś można było usłyszeć z ambony?

Książkę stworzyłem wspólnie z panią Małgosią Swędrowską. Ja opowiadałem bajki po Mszach, potem zostały spisane z nagrań i ten spisany tekst dostała pani Małgosia. Ona nadała tym mówio­nym bajkom taką szatę literacką. Gdy dostałem zredagowane, rozbudowane bajki, to nie miałem problemu z tym, żeby się w nich odnaleźć. To
wciąż były moje opowieści. A jednocześnie było to nasze wspólne dzieło. Ta współpraca była dla mnie fascynującą przygodą.

To opowieści dla każdego.

Współautorka stwierdziła, że te bajki są nawet dla niewierzących. Jest w nich bowiem sporo tre­ści, które nie mówią wprost o Panu Bogu. Choć każda opowieść kończy się „modlitwą dziecię­cego serca”. W każdej z nich jest taki moment, który – jak mówił ks. prof. Tischner – dotyczy „myślenia według wartości”. Akcentujemy war­tości, pokazujemy je, opowiadamy o nich. I mają też taki rys dominikański, zaczerpnięty ze św. Tomasza z Akwinu. Takie podejście, że bardziej niż wymiar moralny fascynuje nas tajemnica.

Bohaterami tych opowiastek są głównie zwierzęta.

Kiedyś było więcej bajek nie o zwierzętach. Ostatnio znajoma przypomniała mi bajkę o fo­telu. Pomysł na nią wziął się z życia, jak wiele mo­ich opowieści. Ktoś przywiózł z Berlina stuletni fotel. I wymyśliłem historię o płaczącym fotelu, który marzył o tym, by ktoś przemówił do niego w Boże Narodzenie. A teraz rzeczywiście, boha­terami bajek są głównie zwierzęta, które mają swoje imiona, charaktery. Może jest to związane z tym, że ja nigdy nie miałem zwierząt!

Aż trudno w to uwierzyć!

Miałem tylko rybki w akwarium. Może w ten sposób jakoś oswajani świat zwierząt, naturę? Kiedyś interesowałem się głównie sportem, a te­raz też przyrodą. Ale nie jestem fachowcem. Na Msze z bajkami przychodził znajomy, a zarazem nauczyciel biologii. I ja wtedy drżałem. Kiedyś mi powiedział: „Ojcze, sarenki nie mają kopytek,
tylko raciczki!”. Dzięki bajkom mogę więc doko­nać korekty mojej nikłej wiedzy o zwierzętach (śmiech).

Ma Ojciec swego ulubionego bohatera?

Dźwiękowo to na pewno zajączek Felek. On tak charakterystycznie sepleni. Zaczerpnąłem to od nieżyjącego już ojca Stefana. Felek sepleni gło­sem, którym kiedyś mówił o. Stefan. Lubię bar­dzo wiewiórkę Ulkę, sowę Zofię, wróbelka Elka… On zawsze przyfruwa i kiedyś pewna mała dziewczynka napisała mi w liście, że to chyba Duch Święty… Elek śpiewa, że „wszystko będzie dobrze, to nie ma żadnej obawy”. Ale na dzisiaj chyba najbliżej mi do jeżyka Tuptusia.

Dlaczego?

Jeżyk Tuptuś jest bardzo chorowity i słaby, ale ma za to bardzo czułe, dobre serce. Czuje, rozumie, widzi więcej niż inni. I potrafi „rozbrajać” – bajka o takim rozbrajaniu jest w tej książeczce. Rozbroił kota, dyrektora szpitala, który uważał, że jest lwem i przez to wszyscy się go bali… Sięgam ostatnio po literaturę młodzieżową. Dawniej czytałem opowieści indiańskie dla chłopców, a teraz czytam książki dla dziewcząt – o Ani z Zielonego Wzgórza. Jestem na ostatnim tomie serii – Rilla ze Złotego Brzegu. To poruszająca książka o czasach 1 wojny światowej, w której walczą synowie Ani. I w tej książce jest Walter, który kojarzy mi się z Tuptusiem.

Co ich łączy?

To bardzo czuły bohater, jest poetą, „słyszy gło­sy”. Bardzo nie chce iść na wojnę, nie chce zabi­jać. W końcu w tej wojnie ginie. Ale skojarzył mi się z Tuptusiem i z potrzebą „rozbrajania” ludzi. Rozbrajania gestów prowadzących do przemocy, wojny, niszczenia. Cała historia ludzkości pełna jest takich absurdów, w których giną ludzie. Na
szczęście pojawiają się tacy bohaterowie jak Tup­tuś – może słabi fizycznie, pełni kruchości, ale wnoszący do świata czułe serce.

A bajka na czas pandemii?

W czasie lockdownu opowiadałem bajkę o trój­ce rodzeństwa, bohaterów wzorowałem na dzie­ciach przychodzących na moje Msze. Gdy byliśmy zamknięci, mały Franek mówił, że to wszystko jest bez sensu, był smutny. Wtedy wróbelek Elek poprosił srokę, by na smutnego Franka siedzące­go w ogrodzie zrzuciła orzecha. Chłopca zabolało od uderzenia, ale podniósł głowę i zobaczył wró­ble siedzące na drutach – ułożone jak nuty. Znał się na nutach i dzięki temu zanucił sobie Jezu, ufam Tobie. To bajka na ten czas.

Rozmowa opublikowana została na łamach tygodnika „Przewodnik Katolicki”, nr 44