Słuchanie na modlitwie

W cyklu „Po godzinach” Roman Bielecki OP poleca: „Słuchanie na modlitwie”

Truizmem jest powtarzać, że chcielibyśmy mieć wszystko od ręki. I że na nic się nie czeka. I że w Kościele takie myślenie jest też obecne. Weźmy na przykład mszę świętą, która kojarzy się z czymś, co ma być dynamiczne. Nie chodzi o to, żeby sztucznie rozwlekać celebrację, ale czasem w imię sprawnej obsługi sakramentalnej, gubimy coś istotnego. Brakuje zatrzymania się na tych momentach, które wymagają milczenia, jak na przykład chwile przed wyznaniem grzechów czy po komunii świętej. Zdaję sobie sprawę, że to trudne, że jako księża nie umiemy wytrzymać ciszy. Siadamy na chwilę po kazaniu, zatrzymujemy się i czujemy, jak w kościele rośnie napięcie, bo wszyscy czekają na następną akcję, trzeba iść dalej żeby nikt się nie zniechęcił itd. To refleksja po lekturze niezwykle inspirującej książki zmarłego w 2014 roku ojca Groeschela Słuchanie na modlitwie.

Mniej w niej o technice modlitwy, więcej o istocie. A wszystko podane w przystępny sposób. Podoba mi się antydogmatyczny sposób podejścia autora do kwestii milczenia i słuchania. Mówi oczywiście, że ono jest ważne i potrzebne, ale jednocześnie dodaje, że podejście do ciszy w kategoriach zrobienia czegoś specjalnego bywa drogą do sterroryzowania innych. Bo milczenia można używać jako środka nacisku i cichej agresji. A jemu zależy raczej na nauczeniu się korzystania z momentów, które się nam trafiają w codzienności. Anglicy nazywają to gap, czyli chwilą nicnierobienia – na przekór myśleniu, podpowiadającemu, że ciągle trzeba pokazywać jakąś aktywność. Bo jeśli przestaniemy być aktywni, to Pan Bóg nas nie zauważy. A to jest nieprawda, bo istnienie jest przed działaniem.

O tym także pisze autor. I dlatego bardzo polecam tę książkę do niespiesznego smakowania.