Wywiad z autorką książki „Szkoła macierzyństwa”

Wywiad z autorką książki „Szkoła macierzyństwa”

Zuzanna Opolska z kobieta.onet.pl przeprowadziła rozmowę z Magdaleną Wegner-Jezierską, autorką Szkoły macierzyństwa:

Medialny przekaz uśmiechniętej mamy z bobasem przekłamuje rzeczywistość. W szkole rodzenia mówię kobietom: tak nie będzie. Rzeczy naprawdę ważne wymagają zaangażowania. O bezwartościowym, a może bezcennym zawodzie „mamy domowej” rozmawiamy z psycholog dr Magdaleną Wegner-Jezierską.

„Kura domowa”, która siedzi w domu, nie pracuje i nie zarabia, wypracowuje „niezłą kasę”?

Opracowanie z rozdziału „Biznesplan mamy domowej” to moja gabinetowa ostateczność. Przemoc w rodzinie nie zawsze jest dostrzegalna, zwłaszcza, jeśli ma charakter ekonomiczny. A decyzja o pozostaniu w domu i wychowywaniu dzieci często łączy się z finansowym uzależnieniem i poczuciem psychicznego dyskomfortu. Niektóre żony za każdym razem muszą prosić o pieniądze na pampersy, śpioszki czy nowe buty dla dziecka. Ale czy mężowie za każdym razem proszą o obiad, wyprasowaną koszulę i odebranie dzieci ze szkoły? To, że nie jesteśmy aktywne zawodowo nie znaczy, że nasza praca nie ma wartości ekonomicznej. Jeśli kobieta decyduje się zostać z dzieckiem, to rodzina nie musi zatrudniać pomocy domowej, niani i ogrodnika. Przeliczając wartość poszczególnych czynności na stawki rynkowe okazuje się, że „mama domowa” wypracowuje rocznie powyżej 50 tysięcy złotych, czyli teoretycznie zarabia około czterech tysięcy miesięcznie. I warto mieć tego świadomość. Partnerzy powinni patrzeć na wspólne życie w dłuższej perspektywie. Nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Być może mąż straci pracę i zajmie się domem, a kobieta wróci do zawodu.

Pani książka Szkoła macierzyństwa zmienia współczesną perspektywę. Macierzyństwo to nie tylko „marnowanie życia w domu”?

Do mojego gabinetu często trafiają kobiety, które spotykają się z podobnymi komentarzami: „Matka Polka”, wózkowa, utknęła w garach i pieluchach. I nawet, jeśli „mama domowa” próbuje odeprzeć to i tak jej nikt nie słucha. A ja jestem osobą, która ma porównanie. Mam szóstkę dzieci poza okresem czasu, kiedy są malutkie, wykładam w Wyższej Szkole Umiejętności Społecznych w Poznaniu, prowadzę gabinet psychologiczny, piszę naukowe artykuły i mogę głośno powiedzieć, że prowadzenie domu i wychowywanie dzieci również rozwija osobowościowo. To praca 24/h na dobę bez taryfy ulgowej. Nie mogę stwierdzić, że mam dość, odejść, rzucić wszystkiego, a następnego dnia rozesłać CV. Muszę doprowadzić „projekt dziecko” do końca. To szalenie trudne, ale super satysfakcjonujące. Mając dziecko stajemy się inną osobą i nabywamy inne kompetencje…

Jakie?

Uczymy się cierpliwości, logistyki, empatii, wybiegania wyobraźnią o kilka kroków do przodu, asertywności i dystansu do siebie. W „Biznesplanie mamy domowej” pokazałam, że zajmowanie się domem jest jak zarządzanie firmą. O sukcesie zwykle decydują detale, czyli sprawy przyziemne. Prowadząc gabinet muszę zadbać o zapas chusteczek higienicznych, kawę i wodę, a wychowując dziecko muszę być na czas pod szkołą, porozmawiać z wychowawczynią, sprawdzić pracę domową i przygotować drugie śniadanie. W obu przypadkach muszę nieustannie się szkolić, czytać, podnosić kompetencje. Jako psycholog posiadać aktualną wiedzę, jako rodzic nadążać za ciągle zmieniającymi się, rosnącymi dziećmi i ich światem. Dziecko to nie zmienianie pieluch, ale projekt wysokiej rangi. Moja misja to reklama takiej właśnie perspektywy patrzenia na macierzyństwo. Często słyszę od „mam domowych”, że jest im wszystko jedno: czy jest piątek czy środa. To bardzo źle, bo każdy dzień powinien się od siebie odróżniać. Powinniśmy mieć inne plany i inne zadania, realizować je, odhaczać i iść do przodu. A co najważniejsze dzielić się nimi z partnerem. Na tym właśnie polega rodzina.

Dzisiaj wielodzietne rodziny są passe, dlaczego?

Może niekoniecznie passe, ale są rzadkością z kilku powodów. Przede wszystkim dzieci wymagają dużych nakładów finansowych, a w chwili, kiedy decydujemy się na urlop wychowawczy utrzymanie domu spada na partnera. Poza aspektem ekonomicznym w rodzinie w sensie strukturalnym musi być miejsce na więcej dzieci. Ich liczba jest jednym z indywidualnych wyobrażeń. Podobnie jak to czy chcę mieszkać w metropolii czy na wsi, mieć własną firmę czy pracować w korpo, wyjść za mąż czy wstąpić do zakonu. Dla niektórych rodzina to minimum piątka dzieci, pies, kot i trzy chomiki. A dla innych: mama, tata i dziecko. I nie można powiedzieć, że jedna z tych wizji jest gorsza, są po prostu inne. Bardzo ważną kwestią jest pytanie: czy w naszym związku jest jeszcze miejsce na kolejne dziecko? Czy jesteśmy go ciekawi? Czy to dla nas skarb czy obciążenie? W „Szkole macierzyństwa” pokazałam, że dziecko to nie tylko nakłady finansowe, pieluchy i nieprzespane noce. Pisałam o wachlarzu, który ma dwie strony. Z jednej mamy trudności, a z drugiej w pakiecie z dzieckiem dostajemy niesamowite przeżycia, wzruszenia, radość i bezwarunkową miłość oraz szansę na niepowtarzalny własny rozwój. Znaczenie ma też model rodziny, jaką tworzymy: partnerski czy bardziej tradycyjny. Bez wsparcia męża nie zdecydowałabym się na sześcioro dzieci. Nawet w sytuacjach, kiedy ogarniam wszystko sama, nigdy nie czuję się samotna. Zresztą w życie rodzinne zaangażowani są wszyscy, a każdy członek rodziny ma własne obowiązki. Do tego zachęcam rodziców jedynaków, którzy powinni mieć obowiązek dla domu.

Mam wrażenie, że współczesne dzieci od obowiązków wolą żądania…

A ich rodzice w moim gabinecie zastanawiają się jak zmusić 14-latka do ścielenia łóżka? Zmusić się nie da, ale można porozmawiać i użyć perswazji. Jeśli moje dziecko nie chce ułożyć butów w przedpokoju, to może tego nie robić. Ale następnym razem może to ja nie będę miała ochoty zawieźć go do kolegi. Rodzice uczą dzieci, że są osobami od zaspokajania ich potrzeb. Basen, tenis, języki są na pierwszym miejscu w domowym budżecie, a gimnastyka mamy musi poczekać na lepsze czasy. Takie podejście szkodzi wizerunkowi mamy w oczach dziecka, które w przyszłości nie będzie miało do niej szacunku. Jeśli czwarty sezon chodzę w przechodzonych butach, a moje dziecko śmiga w najnowszych nike’ach to uczy się, że tak powinno być. Co dzieje się z łóżkiem 14-latka, który idzie do szkoły? Ścieli je mama. Gdyby moje łóżko „w przedziwny sposób” ścieliło się samo to na pewno bym tego nie robiła. Podobnie gdyby „w przedziwny sposób” obiad podjeżdżał mi pod nos. Ale tak się nie dzieje…

Jakie inne błędy popełniamy wychowując dzieci?

Niektóre mamy poprzez dziecko tworzą dla siebie towarzystwo i zapełniają nim swój świat. A warto równolegle pamiętać o sobie i własnej pasji. Oczywiście nie będę zdobywać Mount Everestu, jeśli mam trzymiesięczne dziecko, ale mogę utrzymywać kontakt z innymi alpinistami, czytać książki i planować wyprawy. Dobrze jest mieć wizję, że nasze dzieci staną się samodzielnymi dorosłymi, którzy mają prawo przeprowadzić się na koniec świata i wysyłać nam kartki na Boże Narodzenie. Dla mnie to też nie jest łatwe, bo jestem typem mamy kwoki i gdybym miała jedno dziecko to pewnie zadziobała bym je na śmierć. Ale musimy zdawać sobie sprawę, że w perspektywie czasu będziemy coraz mniejszą częścią świata naszych dzieci, a z czasem staniemy się tylko wspomnieniem.

W książce podkreśla Pani rolę bezpiecznego stylu przywiązania. Jak nie zadziobać dziecka, ale nie być „zimną matką”?

Style przywiązania ukształtowane we wczesnym dzieciństwie mają konsekwencje w naszym dorosłym życiu. Dziecko, które ma poczucie, że rodzic jest dostępny i wspierający, czuje się kochane i bezpieczne. Jest gotowe na eksplorację świata i otwarte na ludzi. W relacji z mamą bardzo istotny jest kontakt dotykowy. I nie chodzi o to, żeby dziecko zagłaskać, ale być blisko i reagować na jego potrzeby. Mamy Afrykanki noszą dzieci cały czas przy sobie, a jak słyszą, że nasze noworodki leżą w łóżeczkach, ubrane od stóp do głów jak mali biznesmeni to patrzą z pobłażaniem. Z tej perspektywy totalnie popłynęliśmy i odeszliśmy od natury, gdzie wszystko jest dużo prostsze. Kobiety potrzebują wzajemnego wsparcia bardziej niż mężczyźni. Niestety, w dzisiejszych czasach trudno zorganizować kobiece plemię, więc zostają nam grupy wsparcia dla mam.

Pełna wersja wywiadu: kobieta.onet.pl